Dziewięć procent – tyle wynosi udział eksportu artykułów rolno-spożywczych do Wielkiej Brytanii w całym eksporcie rolno-spożywczym z Polski. Czyni to Brytyjczyków drugą, zaraz za Niemcami, największą grupą odbiorców towarów wyprodukowanych przez polskich rolników. Rzeczone dziewięć procent, w pierwszych siedmiu miesiącach roku 2020, przełożyło się na kwotę 1,7 mld EUR. Te – najdelikatniej mówiąc – zadowalające liczby wciąż są jednak zagrożone przez widmo bezumownego brexitu. Najdotkliwiej odczuć może go liczna w Polsce grupa hodowców zwierząt; w szczególności hodowców bydła mięsnego.

Obecnie obowiązujący okres przejściowy, związany z wystąpieniem Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej, kończy się wraz z ostatnim dniem 2020 roku. Do tego czasu relacje handlowe między Wyspiarzami a krajami, które pozostały w strukturach Wspólnoty pozostają niezmienne. Oznacza to brak taryf celnych, ograniczeń wolumenu eksportowego oraz obowiązywania wszelkich innych barier celnych. W tym czasie ważne pozostają także wszelkie uzyskane wcześniej pozwolenia, licencje czy normy sanitarne i fitosanitarne obowiązujące polskich i innych unijnych dostawców. Wciąż nie wiadomo jednak, czego należy spodziewać się wraz z nadejściem pierwszego dnia nowego roku kalendarzowego.

Silna pozycja wołowiny

Od czasu wejścia Polski do Unii Europejskiej przychody pochodzące z eksportu towarów rolno-spożywczych do Wielkiej Brytanii rosły nieustannie. Najwyższe tempo wzrostu przypada jednak na ostatnią dekadę. Dość wspomnieć, że w roku 2019 saldo handlu zagranicznego w tym obszarze było dla Polski czterokrotnie bardziej korzystne niż w 2009 i wyniosło 2,1 mld EUR. Dane z pierwszych siedmiu miesięcy br. każą sądzić, że także w 2020 roku nastąpi tu istotny rozwój.

Za tę pozytywną dynamikę odpowiadają w największym stopniu producenci mięsa, bowiem do głównych grup asortymentowych, które sprzedaliśmy na Wyspy w styczniu i lipcu tego roku należy mięso czerwone – 23,47 procent (1. miejsce) oraz mięso i podroby drobiowe – 11 procent (2. miejsce). Łącznie polski rynek mięsa zagospodarowuje zatem jedną trzecią polskiego eksportu rolno-spożywczego do Wielkiej Brytanii. Tylko w pierwszych siedmiu miesiącach tego roku jego wartość wyniosła 582 mln EUR.

Problemy sektora – co się wydarzy?

Sama tylko wołowina sprzedana do Wielkiej Brytanii warta była, w omawianym okresie, 400 mln EUR, co stanowi 18 procent ogółu eksportu mięsa wołowego z Polski. A producenci tego gatunku mięsa znaleźli się w ostatnim czasie w trudnej sytuacji. Nie tylko brexit wpływa bowiem negatywnie na stabilność sektora. Niemałe zagrożenie stanowi także wciąż żywy plan umowy handlowej, która podpisana ma zostać między Unią Europejską, a krajami Mercosur, w myśl której Europa miałaby zostać zalana tanią wołowiną i tanim drobiem z Brazylii, Argentyny i Chile. Hodowcy obawiają się także Europejskiego Zielonego Ładu, który przez wzrost kosztów zakupu pasz i wyłączenie użytków rolnych może ograniczyć potencjał polskich hodowli bydła mięsnego. Wreszcie – toporem w rękach kata jest przygotowywana obecnie nowa ustawa o ochronie zwierząt, która (zgodnie z zapowiedziami ministra Pudy) niezmiennie dążyć ma do faktycznej likwidacji produkcji mięsa halal i koszer w Polsce.

Polscy hodowcy bydła mięsnego twierdzą, że bezumowny brexit może stanowić dla nich znacznie większe zagrożenie aniżeli skutki ekonomiczne pandemii koronawirusa, które znacznie ograniczyły możliwości eksportu do krajów pozaunijnych. Stąd apel do Komisji Europejskiej o stworzenie mechanizmów, które pozwolą zarządzać potencjalnie trudną sytuacją sektora w przyszłym roku.

W przypadku bezumownego brexitu na polskim (lub unijnym) rynku pozostanie nawet 200 tysięcy ton wołowiny, która docelowo trafić powinna na brytyjskie stoły. Wciąż nie wiadomo jaka przyszłość czeka tak znaczne ilości mięsa. Wiadomo natomiast, że Wielka Brytania nie utrzyma obowiązujących obecnie zerowych stawek celnych dla unijnych producentów mięsa. Najsilniej odczują do dostawcy z Polski i Irlandii. Jeśli nawet producentom z tych dwóch krajów uda się ponownie wejść na wyspiarski rynek, na miejscu przyjdzie im konkurować z dostawcami z krajów Mercosur; tu ani Polacy, ani Irlandczycy nie będą w stanie podjąć walki cenowej – ergo: staną na straconej pozycji, ponieważ koszty produkcyjne, ponoszone przez Brazylijczyków czy Argentyńczyków, są znacznie niższe niż te, które dotyczą hodowców z krajów UE.

W przypadku, w którym Irlandia – będąca pierwszym eksporterem netto wołowiny w Unii Europejskiej – zostanie wypchnięta z rynku brytyjskiego, zapewne będzie starać się ulokować krajowe nadwyżki na wewnętrznym rynku unijnym. W tym celu skieruje do krajów UE znaczne ilości wołowiny w niższych cenach, co uderzy bezpośrednio w drugiego eksportera netto w Unii, czyli w Polskę.

Co zrobić?

Przed Komisją Europejską niemałe wyzwanie związane z koniecznością zażegnania potencjalnego kryzysu. Pewnym jest, że uruchomione powinny zostać mechanizmy wsparcia – czy to w postaci dopłat do prywatnego przechowywania, czy skupu interwencyjnego. Opracowanie właściwych i odpowiadających aktualnym potrzebom systemów zarządzania kryzysowego jest o tyle istotne, że rynek wołowiny może nie wytrzymać kolejnej, po pierwszej fali pandemii, serii ciosów.

Ponownie zamykany jest rynek HoReCa, część państw UE przygotowuje się to twardego lockdownu, nieznane są losy łańcucha dostaw na najbliższe miesiące, niewiadoma – w przypadku polskich hodowców – jest przyszłość możliwości dalszego skarmiania zwierząt wysokobiałkową paszą GMO, spada też prywatne spożycie wołowiny w gospodarstwach domowych (z powodu oszczędności), groźne pozostaje widmo bezumownego brexitu… Przed hodowcami trudny czas.