Nowym i naturalnym buforem między Wschodem a Zachodem wydaje się być już nie Ukraina, ale Polska. Nie jest to bufor o charakterze „ziemi niczyjej”, lecz państwo członkowskie Unii Europejskiej i NATO. Bufor, który ma swój głos i znaczenie – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Zacznijmy od truizmu i stwierdzenia, że w polskiej debacie publicznej funkcjonują często pewne „klisze” historyczne. Wielu z nas jest na przykład skłonnych myśleć o Polsce jako jedynym kraju, który zbudował aktywne państwo podziemne i nie kolaborował w żaden sposób z hitlerowcami. Jest to uproszczenie, bo zdrada występowała przecież w pewnej skali pomiędzy okupowany ziemiami poznańską a wołyńską. Ruch oporu działał natomiast choćby we Francji. Inną taką „kliszą”, o której dzisiaj porozmawiamy, jest przekonanie o nieszczęśliwym położeniu i swego rodzaju rozdarciu Polski pomiędzy Wschodem a Zachodem. Ile to razy słyszeliśmy, że losy naszej ojczyzny przechylają się raz to ku Rzymowi, a raz to ku Bizancjum? Jako przywarę Polacy sami sobie nierzadko wytykają, że nie możemy się zdecydować – albo ktoś decyduje za nas – czy chcemy zachodniego postępu i wolności, czy może wschodniej hierarchii, tradycji, ale też chyba po prostu biedy.

Do tej pory przedstawiano ten dylemat wyłącznie w negatywnym kontekście, jako swego rodzaju dopust Boży. Kwestię oszukania Polaków przez deterministycznie ujmowanego „ducha historii” i nieszczęśliwe położenie geograficzne. Rozważymy mimo tego kilka przyczyn, które pozwalają myśleć o Polsce jako nowym buforze, a na dodatek w sensie pozytywnym.

Pierwsza przyczyna jest w miarę oczywista i ma charakter geopolityczny. Jest dość jasne, że dotychczas wiele państw traktowało właśnie Ukrainę jako państwo buforowe. My także. Być może dla Polaków było to zresztą wygodne. Z ulgą mogliśmy odetchnąć, że w sposób tak jawny i brutalny to nasz sąsiad (a nie my sami) jest targany przez działania rosyjskich służb, prorosyjskich stronnictw politycznych i tak dalej. To Ukraińcy toczyli bratobójcze bitwy, które my zakończyliśmy najpóźniej w 1990 roku, na skutek kompromisu, który niektórzy zresztą uważają za zgniły. Aktualny status Ukrainy jest jednak nierozstrzygnięty, piłka jest wciąż w grze. Obie strony konfliktu międzynarodowego nie chcą najwyraźniej traktować powrotu do status quo, a więc buforowego państwa ukraińskiego jako sytuacji optymalnej. Można sobie teoretycznie wyobrazić podpisanie – zabezpieczonych przez mocarstwa zachodnie – porozumień, które w zamian za mniejsze lub większe koncesje, choćby terytorialne, na rzecz Rosji zakończyłyby rozlew krwi i „gorące” działania militarne. Niektórzy komentatorzy, być może włącznie z papieżem, zresztą się tego głośno domagają. Spotykają ich wszelako oskarżenia o defetyzm lub agenturalność. Sprawa jest pewnie bardziej skomplikowana, niż to wynika z inwektyw, ale dla nas ważniejsze jest to, że ani Zachodowi, ani Rosji nie zależy na szybkim rozwiązaniu problemu w podobny sposób. Pierwotny plan Rosjan był prawdopodobnie daleko idący i zakładał pełne zwasalizowanie Ukrainy, a nie tylko odstraszenie jej od Zachodu. Zachodnie mocarstwa z kolei zdają się grać va banque, być może przewidując możliwość strategicznego i znacznego osłabienia Federacji Rosyjskiej w dłuższym terminie. Sama natomiast Ukraina – z której autonomią decyzyjną należy się jak najbardziej liczyć – najwyraźniej nie tyle nie chce nawet porzucić, ile po prostu zaostrzyła swój kurs. Jest to pozornie paradoksalne, ale to kurs jednakowo nacjonalistyczny, jak i proeuropejski. Oba te trendy, a więc zarówno wzrost świadomości narodowej Ukraińców, idący w ślad za pewnymi ograniczenia względem mniejszości, ale też ich jednocześnie bardziej kosmopolityczne nastawienie, są przecież niekorzystne dla Rosji. Rosjanie chcą Ukrainy o tożsamości rozmytej, ale w barwach postsowieckich. Stwarza to zresztą pewne problemy także dla Zachodu, który jeszcze niedawno wszelkie formy nacjonalizmu naiwnie uważał za niebezpieczeństwo rychłego przejęcia władzy w Europie przez siły podobne narodowym socjalistom. W każdym razie, w tej sytuacji nowym i naturalnym buforem wydaje się być Polska. Nie jest to jednak bufor o charakterze „ziemi niczyjej”, lecz państwo członkowskie Unii Europejskiej i NATO. Bufor, który ma swój głos i znaczenie, przekraczające kwestię wygodnego tranzytu broni i zaopatrzenia na front ukraiński.

Po drugie, co zresztą ważniejsze, Polska może także pełnić rolę bufora kulturowego. Nie trzeba nikogo uświadamiać, że świat jest dzisiaj targany nie tylko przez wojny w sensie militarnym, ale także przez tzw. culture wars. W skrajnej postaci można sobie to wyobrazić w następujący sposób. Głównie inteligenckie i socjalliberalne elity krajów zachodnich promują specyficzną wizję rzeczywistości. Taką, w której technonauka jest ważna, być może nawet ważniejsza od jednostki, co implikuje swego rodzaju kolektywizm i „oświecony autorytaryzm”. Chodzi o rzeczywistość, w której być może chronimy wolność, ale głównie obyczajową i w sferze seksualności. Nie zaś religijną, ideową i gospodarczą. Gdzie wciąż toczy się spór o granice wolności słowa, a zwolennicy swobody ekspresji powoli tę wojnę przegrywają. Jest to świat, w którym ze względu na poprawność polityczną, zamyka się osoby o męskiej fizjonomii w jednej celi z biologicznymi kobietami, w ten sposób narażając je na krzywdę. To realia, w których nie pozwala się ludziom zdecydować, czy chcą się zaszczepić czy nie, chociaż wiele konwencji bioetycznych chroni ich prawo do decydowania o sobie, ale mówi się o aborcji na żądanie lub wyborze identyfikacji płciowej przez kilkulatków. Problem w tym, że rosyjscy ideolodzy – choćby znany szerzej publiczności za sprawą zamachu na jego córkę Aleksandr Dugin – upatrują w tym całkowitej zgnilizny i upadku cywilizacji zachodu. To nie do końca sprawiedliwa ocena, bo w tej cywilizacji jest czego bronić. Polska może więc pełnić rolę bufora, który w oba ekstrema wprowadzi element rozsądku i kompromisu. Z jednej strony powrotu do pewnych tradycyjnych wartości, swobody religijnej i raczej ponownego zepchnięcia do sfery intymnej cielesności i seksualności, a nie religijności i myśli politycznej człowieka. Z drugiej strony, należy jasno przeciwstawić się Ruskiemu Mirowi, z jego imperialnymi ambicjami, nieliczeniem się z podmiotowością jednostek i całych narodów słowiańskich czy bałtyckich, a także skrajną nietolerancją, zaściankowością i – co tu dużo mówić – ubóstwem mas.

Podsumowując, wszystko to wymagałoby budowy społeczeństwa opartego na tradycyjnych wartościach zachodu, takich jak chrześcijaństwo (nierozumiane jednak w sensie dogmatycznym), wolność osobista i swoboda ekspresji oraz dobrobyt materialny. Przyjęcia swego rodzaju nacjonalizmu obywatelskiego, który nie zamyka się też na współpracę między narodami i ma zdroworozsądkowe podejście do równowagi między elementem fachowym i racjonalnym oraz demokratycznym i metafizycznym w polityce. Parafrazując naszego romantycznego wieszcza: Polska nie Winkelriedem, lecz buforem narodów. To zadanie trudne i być może przerastające aktualne elity polityczne. Jednak czy zupełnie niewykonalne?

Michał Góra

Poprzedni artykułTak się przepala pieniądze na naukę
Następny artykułBędzie wsparcie dla nadodrzańskich przedsiębiorców