GUS właśnie podał dane dotyczące sytuacji demograficznej w Polsce za pierwszych siedem miesięcy 2021 roku. Okazuje się, że tylko od stycznia do końca lipca ubyło ponad 110 tys. Polaków. To tak, jakby zniknęły Przemyśl i Krosno razem wzięte lub cały Koszalin. Innymi słowy, demograficzny dramat nad Wisłą stał się palącym problemem. Polskę bez wątpienia czeka jedno z największych wyzwań w historii – i nie jest to wojna czy kryzys gospodarczy, a walka z postępującą depopulacją i kryzysem demograficznym.

jarmoluk/Pixabay

Przyrost naturalny po pierwszych 7 miesiącach tego roku był już niemal tak niski, jak w całym roku 2020, a może być tylko jeszcze gorzej. Eksperci szacują, że na koniec roku spadek liczby ludności naszego kraju może sięgnąć nawet minus 150 tys.! Przewidywania naukowców są jeszcze straszniejsze, jeśli weźmiemy „na warsztat” demografię Polski w okresie najbliższych kilkudziesięciu lat. Szacuje się bowiem, że do 2080 ubędzie ponad 7 mln Polaków, a jeszcze więcej osób przejdzie z wieku produkcyjnego do emerytalnego.

Zapaść demograficzna

Do 2050 roku – według Głównego Urzędu Statystycznego – liczba ludności Polski spadnie do 33,1 mln osób obniżając się, względem roku 2016, o 5,4 mln osób. W przypadku osób w wieku produkcyjnym prognozowany jest spadek ich liczby o 8 mln, czyli o jedną trzecią. Z kolei w najstarszej części populacji nastąpi wzrost o 4,4 mln – z 7,5 mln do 11,9 mln osób. Liczba osób w wieku przedprodukcyjnym z 7 mln obniży się do 5,3 mln (spadek o 1,7 mln).
Wobec zapaści demograficznej nieunikniony jest znaczący wzrost obciążeń daninami publicznymi osób w wieku produkcyjnym, by utrzymać inne grupy społeczne. Co zrobić, aby skutecznie przeciwdziałać tym tendencjom?

– Sytuacja jest o wiele gorsza niż 20 lat temu, gdy mieliśmy aspiracje, by być jedną z potęg. I były na to szanse, także ze względu na demografię. Pod koniec lat 90. i na początku wieku XXI w Polsce w wiek produkcyjny wchodzili młodzi ludzie z wyżu demograficznego lat 80., którzy byli naszym bogactwem. Młodzi i wykształceni. Należało zrobić wszystko, aby tych ludzi zatrzymać w Polsce, czyli zadbać o miejsca pracy i postawić na mieszkalnictwo. Już wtedy przygotowałem program 400+ na dziecko. Niestety, co się stało – wiadomo. Ponad 2 mln młodych Polaków, w poszukiwaniu lepszych warunków życia, wyjechało za granicę i to za granicą, a nie w Polsce, ci młodzi ludzie założyli rodziny – mówi dr Cezary Mech.

W Polsce pod względem demografii szczególnie dramatyczne są ostatnie, „pandemiczne” lata. W okresie między lipcem 2020 a czerwcem 2021 r. w Polsce urodziło się niespełna 344 tys. dzieci – wynika z szacunków GUS. Tak niskiej liczby urodzeń w ciągu 12 miesięcy nie zanotowano nad Wisłą co najmniej od lat 50. XX wieku, odkąd dostępne są dane Urzędu. Tymczasem najwyższa była liczba zgonów – sięgnęła niemal 540 tys. i była o 130 tys. większa niż rok wcześniej.

Na szczęście wraz z opadaniem III fali pandemii sytuacja zaczęła się poprawiać – o ile w kwietniu zmarło 55 tys. osób, to w maju 41 tys., a w czerwcu niespełna 36 tys. Liczba zgonów w ostatnim miesiącu była już tylko o 3 proc. wyższa niż przed rokiem – w kwietniu było to ponad 60 proc.

Przeciwdziałania depopulacji

Oczywiście nasuwa się logiczne pytanie: co robić by przeciwdziałać postępującej depopulacji w naszym kraju? Według ekonomisty dra Cezarego Mecha dzietność w Polsce można zwiększyć poprzez systemowe wspieranie matek na rynku pracy. Pomóc tutaj może gęsta sieć żłobków i przedszkoli, które ułatwią młodym rodzicom podejmowanie pracy bez martwienia się o to, z kim zostawić swoje dzieci. Rozbudowany system takich placówek funkcjonuje m.in. we Francji, która jest liderem pod względem współczynnika dzietności w całej Unii Europejskiej.

Drugi sposób to imigracja. Z tej Polska już korzysta od kilku lat – od kiedy tysiące, zwłaszcza ukraińskich imigrantów, zasilają codziennie nasz rynek pracy. Polskę na swój dom wybiera też coraz więcej Białorusinów. Brak jednak w tej kwestii silnych i konkretnych działań, które mogłyby ułatwiać imigrantom przyjazd do naszego kraju i zwiększyć skalę imigracji.
Żaden kraj nie powinien jednak opierać polityki demograficznej o imigrację. O ile bowiem w przypadku bliskich nam kulturowo Ukraińców czy Białorusinów ich imigracja, w pewnym stopniu, przyczynia się do poprawienia sytuacji demograficznej Polski, to już w przypadku obcych nam kulturowo imigrantów sytuacja się komplikuje.

Pisząc o sytuacji demograficznej Polski i masowej imigracji do naszego kraju bliskich nam kulturowo wschodnich sąsiadów, nie sposób nie napisać o potomkach polskich zesłańców mieszkających do dzisiaj w byłych republikach ZSRR. Wydaje się, że los Polaków w Kazachstanie i w innych postsowieckich krajach Azji to najcięższy wyrzut sumienia państwa polskiego.
Osoby z polskim pochodzeniem mieszkają także na obecnym terytorium: Armenii, Azerbejdżanu, Gruzji, Kirgizji, Tadżykistanu, Turkmenistanu, Uzbekistanu i azjatyckiej części Federacji Rosyjskiej. I w myśl znowelizowanej ustawy o repatriacji wystarczy, że są etnicznymi Polakami, by o wizę krajową się ubiegać. Jednak wcześniej to paradoksalnie właśnie Rosja (a nie Polska) stworzyła Polakom, dawnym obywatelom ZSRR, lepsze warunki do osiedlania – Rosja, która sama boryka się z kryzysem demograficznym.
Polska z pewnością ma warunki ku temu, by mogli się tu osiedlić potomkowie Polaków – ofiar represji i stalinowskich wywózek. Najwyższy czas, aby państwo polskie aktywniej zajęło się swoimi rodakami, poprzez stworzenie im w ojczyźnie przodków takich warunków, które zapewniłyby im godne życie i dobre perspektywy dla ich dzieci.