Politycy firmujący strategię Polskiego Ładu robią co mogą, aby odczarować przekonanie o destrukcyjnym wpływie, jaki na jednostki samorządu terytorialnego wywrzeć miałby ten rządowy program. W jego założeniach wprowadzono nawet nową część subwencji ogólnej (część rozwojową), która wesprzeć ma inwestycje lokalne. Stworzono specjalny algorytm, który – biorąc pod uwagę liczbę mieszkańców i wydatki samorządów – pozwoli właściwie wyliczyć subwencję. Mówi się wiele o tym, by samorządy przestały się bać, ale to jest chyba niemożliwe. Dlaczego?

pedro_wroclaw/Pixabay

Wraz z końcem lipca Ministerstwo Finansów podało do publicznej wiadomości dane, z których wprost wynika, że w perspektywie lat 2022-2030 konta samorządów uszczuplone zostaną o ponad 145 mld zł. Miliardów – nie milionów. Już dziś wiadomo, że (zgodnie z przyjętą metodologią wyliczeń) efekty rządowego programu najsilniej odczują samorządy największe. I tak na przykład Warszawa stracić ma bez mała 1,75 mld zł.

Efektem Polskiego Ładu – jako że z pustego i Salomon nie naleje – będzie przeniesienie kosztów cięć na mieszkańców. Rząd, obracając pieniędzmi podatników, oddaje część z nich ich prawowitym właścicielom, którzy dodatkowo będą musieli za to zapłacić. I to niemało.

Samorządy mówią wprost, że uszczuplone budżety będą musiały rekompensować podwyżkami lokalnych opłat i podatków oraz rezygnacją z niektórych usług i inwestycji. Pewną szansą pozostaje tu zwiększenie udziału samorządów we wpływach z podatku PIT. Ale czy jest to realne…

O co chodzi w rządowych zmianach

Zmiany w ustawach o CIT i PIT doprowadzą do niemałych przetasowań. Kwota wolna od podatku zostanie zwiększona do 30 tys. zł, a drugi próg wynosić będzie 120 tys. zł – nie jak dotychczas 85 tys. zł. Wprowadzona zostanie także specjalna ulga podatkowa, która swoim zasięgiem obejmie klasę średnią. W praktyce oznacza to, że PIT-u płacić nie będzie już nawet 9 milionów obywateli, z których największą grupę stanowić będą emeryci i renciści. O ponad 50 proc. spadnie także liczba osób płacących 32-proc. podatek. „Zyskać” ma 18 milionów Polaków. Reszta straci – podobnie jak samorządy, ale o tym mówić głośno nie można.

Samorządy stracą, ponieważ największe wpływy notują one właśnie z tytułu podatków dochodowych – mówimy tu o rokrocznym zapełnianiu tymi daninami nawet 20 proc. samorządowej bezdennej studni. Najwięcej – jak wspomniano – stracą miasta największe, które już czynią konieczne wyliczenia. Warszawa zubożeje o 1,7 mld zł, a Kraków o 500 mln zł. W przypadku mniejszych miejscowości straty wahają się od kilku do kilkudziesięciu milionów. Warto przy tym pamiętać, że wydatki samorządów w ostatnich latach rosną, a nie maleją.

Cięć – bo one nadejdą – spodziewać należy się w sporcie, edukacji, gospodarce odpadami czy choćby komunikacji publicznej i w innych obszarach, które stanowią gros bieżących wydatków samorządów. Skoro rząd bawi się w Robin Hooda, ci, którym zabrano, będą musieli środków gdzieś poszukać.

Sprytna propaganda, w myśl której szary polski obywatel zarobić ma na Polskim Ładzie nawet „kilka dyszek” miesięcznie, weźmie w łeb, gdy Polakom za transport publiczny, przedszkola, żłobki, obiady w szkołach czy parkingi przyjdzie zapłacić znacznie więcej niż obecnie. Ci, którzy mieli zarobić, nie zarobią, a ci, na których miano tu zarobić – czyli głównie przedsiębiorcy – stracą podwójnie, bo wszelkie podwyżki odbiją się także na tej grupie.

Subwencja nie pokryje strat

Rząd twierdzi, że straty, które poniosą samorządy, zrekompensowane zostaną wspomnianą subwencją inwestycyjną. Mówimy tu jednak o kwocie 14 mld zł rocznie w perspektywie następnej dekady. Nawet największe rządowe gwarancje nie zasypią tej dziury. Poza tym, jak słusznie zauważają sami samorządowcy, JST mają te pieniądze, które faktycznie na ich kontach się znajdują, a nie te, które zostały im obiecane.