Fot. Pixabay

Obie wersje tarczy antykryzysowej muszą służyć ochronie i wspieraniu polskich firm, w tym oczywiście małych i średnich. Przedsiębiorcy rodzinni czują odpowiedzialność nie tylko za swój biznes, ale także za rodziny swoich pracowników i polską gospodarkę. Chcą maksymalnie złagodzić zbliżający się kryzys gospodarczy, w tym kryzys zatrudnienia oraz kryzys związany z zatorami płatniczymi.

Owszem, firmy doceniają postęp w rozwiązaniach proponowanych przez rząd w ramach rozszerzenia tarczy antykryzysowej i tarczy finansowej, mimo że proces legislacyjny jeszcze się nie zakończył.

– Poprawki tzw. pierwszej tarczy antykryzysowej rzeczywiście urealniły pomoc dla firm przez rozszerzenie zwolnienia ze składki ZUS dla firm zatrudniających do 49 pracowników, możliwość obniżenia płatności ZUS o połowę pod warunkiem utrzymania zatrudnienia oraz realizowane już wypłaty pieniędzy za „postojowe” – uważa Krzysztof Ogorzałek, wiceprezes firmy JMK Computerate, zarazem członek zarządu Stowarzyszenia Inicjatywa Firm Rodzinnych. – Ze względu na zróżnicowanie branżowe działalności firm trudno znaleźć rozwiązanie, które zadowoliłoby wszystkich, a finansów żadnego państwa nie stać na to, by pomóc wszystkim, np. rezygnując z całkowitego poboru podatków czy innych danin. Ale te pozytywne działania nie wystarczą. W naszym środowisku, polskich firm informatycznych, krąży takie powiedzenie, że jesteśmy „papierowym beneficjentem” obecnej sytuacji. Bo co prawda popyt na usługi firm informatycznych jest wysoki, ale obawiamy się, że nasi klienci mogą mieć duże kłopoty z płynnością na przełomie czerwca i lipca bieżącego roku – dodaje.

Zdaniem Krzysztofa Ogorzałka kluczowe jest nakierowanie działań na poprawę płynności firm. Należy zrobić wszystko, by utrzymać płynny obieg pieniądza, co również zapewnia wpływy do kasy państwowej, choćby z podatku VAT.

Jak wynika z badania przeprowadzonego przez Stowarzyszenie Inicjatywa Firm Rodzinnych (IFR), które jest dostępne w Internecie jako „Raport IFR z badania opinii przedsiębiorców rodzinnych nt. odmrażania gospodarki”, nadal połowa firm (50,4 proc.) uważa, że rozpoznanie ich potrzeb przez rząd nie jest właściwe. Aż 72,8 proc. krytycznie odnosi się do przedstawionych propozycji. Ponad 80 proc. firm rodzinnych oczekuje od rządu przedstawienia bardziej konkretnego planu rozmrożenia gospodarki. Chodzi o coś więcej niż jedynie kolejne działania osłonowe, które, zdaniem niektórych przedstawicieli firm, rząd dość chaotycznie dozuje. Chodzi o systemowe działania. Potrzebne jest selektywne i rozsądne podejście, nakierowane na odmrożenie gospodarki.

O co dokładniej chodzi firmom? Oczekują one zaufania ze strony organów państwa i oparcia się na doświadczeniach praktycznych przedsiębiorstw oraz na prostych procedurach przy udzielaniu wsparcia. Bardzo ważne jest uruchomienie handlu, oczywiście po spełnieniu przez ten sektor warunków sanitarnych, ale także objęcie przez państwo specjalną opieką i kwarantanną seniorów oraz osoby zarażone w taki sposób, aby pozostałe osoby mogły wrócić do pracy.

Mają swoje pomysły

To nie jest tak, że firmy tylko oczekują „dosypywania” pieniędzy przez budżet. Pomoc powinna być racjonalna i skierowana tam, gdzie jej faktycznie potrzeba, a przy tym udzielana w takiej formie, która pozwoli wielu firmom jak najszybciej odzyskać płynność, a nawet przejść do dobrze pojmowanej, rynkowej kontrofensywy. Postulowane są m.in. oddanie przedsiębiorcom środków zamrożonych na kontach split payment oraz należnych od urzędów skarbowych w ramach prostych i przyjaznych procedur, ograniczenie ustawowe RRSO i marż bankowych, przywrócenie, choćby tymczasowe, handlowych niedziel oraz zmiana techniki legislacyjnej – w celu stworzenia prawa łatwego do przeczytania i zrozumienia.

– Spełnienie naszych postulatów nie wymaga drastycznego uszczuplenia pieniędzy budżetowych – zaznacza Krzysztof Ogorzałek. – Ważnym punktem odniesienia do wszelkich działań pomocowych są także inne kraje. Warto pamiętać, że ten, kto wyjdzie z tego kryzysu najmniej „potłuczony”, będzie w stanie oprzeć się przejęciom przez firmy kraju, który obronił się lepiej w kryzysie. Należałoby wprowadzić takie mechanizmy, które po skutecznej „obronie płynnościowej” polskich firm pozwolą w przyszłym roku przejść im do ofensywy na zagranicznych rynkach oraz względnie tanio przejmować tamtejsze przedsiębiorstwa. Tu wsparcie finansowe państwa byłoby czymś dobrze zaadresowanym, przy czym oczywiście finansowanie tego mechanizmu powinno być dobrze uwarunkowane i kontrolowane. Być czymś na podobieństwo procedur działających przy wykorzystaniu środków unijnych, z wykorzystaniem dobrych doświadczeń PARP i przy uproszczonych procedurach.

Postulatem IFR jest wprowadzenie tzw. częściowej metody kasowej rozliczeń. Chodzi o to, by przychody były księgowane w momencie faktycznego wpływu gotówki na konto firmy, a koszty – gdy pieniądze faktycznie zostały wysłane do partnera biznesowego. Przy czym rozwiązanie to nie będzie się wiązać z istotnymi zmianami w pracy księgowości.

(Nie) tanie kredyty

Przykro to stwierdzić, ale tanie finasowanie przedsiębiorstw przez banki ze środków pomocy publicznej wcale nie jest tanie. W opinii wielu przedsiębiorców banki komercyjne zaostrzyły kryteria udzielania kredytów dla MŚP. Co gorsza – stosują zbyt wysokie marże, wykorzystując przymusową i trudną sytuację, w której znalazło się wiele firm. Także oprocentowanie teoretycznie tanich kredytów udzielanych z pieniędzy publicznych MŚP wcale nie jest tanie:

– Polski Fundusz Rozwoju dysponuje dużymi środkami na wspieranie przedsiębiorczości – mówi Krzysztof Ogorzałek. – Ale pieniądze, które otrzymują na ten cel banki, nie powinny być wykorzystywane do generowania dla nich dodatkowych przychodów, tylko w ramach umowy z bankiem, obwarowane realnie niskim RRSO, pokrywającym tylko koszty obsługi kredytu przez bank. Kredytu przecież bezpiecznego, którego gwarantem spłaty jest Bank Gospodarstwa Krajowego. Nie karmy banków, tylko gospodarkę – podkreśla szef JMK Computerate.

Żeby nie strzelić sobie w kolano

Firmy, które chcą przejść przez kryzys, muszą uważnie stąpać, by same sobie nie zaszkodzić przez niewłaściwe zarządzanie kryzysowe. Zdaniem prof. Andrzeja Blikle, byłego właściciela renomowanej warszawskiej cukierni i mentora kilku pokoleń przedsiębiorców, obecny kryzys, gdy pracownicy wykonują swoje zadania z domu, pokaże, na ile firmy posiadają wdrożone u siebie mechanizmy samoorganizacji. Samoorganizacja w firmie polega na tym, że to nie jedna osoba czy zarząd decyduje o tym, co mają robić pracownicy:

Firmy mogą dążyć do tzw. „turkusowej organizacji”, czyli zarządzania procesowego, polegającego na tym, że to nie szef, ale klient dyktuje pracownikowi, co ma zrobić danego dnia, czy w danym okresie. Żeby jednak to działało, szefowie muszą nabyć poczucia głębokiego zaufania do pracowników. Być pewni, że ci, jeśli się do czegoś zobowiążą, wykonają to najlepiej, jak tylko potrafią. Obdarzeni takim zaufaniem pracownicy podejmują wtedy właściwe decyzje. Biorąc na siebie pełną odpowiedzialność, muszą w razie porażki znaleźć jej przyczynę i ją usunąć. Zdaniem prof. Andrzeja Blikle w taki sposób zarządzanych firm jest w Polsce już około tysiąc.