Spór o granice i migrantów prowadzony jest na polu publicystycznym i filozoficznym. Niewiele jest artykułów, które relacjonowałyby to, ile konkretne rozwiązanie będzie nas kosztować, nie pokazuje się modeli, ile finalnie migrantów może do nas napłynąć, brakuje opisu tego, jaki będzie socjologiczny lub geopolityczny skutek jednego lub drugiego rozwiązania – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Fot. PAP/ITAR-TASS.

W Polsce wartość prawdy obiektywnej jest uważana za istotną z kilku względów. Po pierwsze, nasz kraj leży na rozdrożu pomiędzy Wschodem a Zachodem, jednak od zawsze istnieją silne tendencje ku temu drugiemu. Z tego względu – pomimo pewnej skłonności ku „bizantyjskiemu” autorytaryzmowi – jesteśmy częścią kultury, jaka przypadła nam w spadku po Grekach i Rzymianach, a rolę przekaźnika starożytnych wartości przyjęło na siebie chrześcijaństwo. Po drugie, rzecz właśnie w tym, że dominujący lokalnie katolicyzm opiera się w dużej mierze na filozofii antyrelatywistycznej. „Dlatego Kościół katolicki – co jest ewidentne w nauczaniu Jana Pawła II i Benedykta XVI – nie przestaje podkreślać znaczenia, jakie w komunikacji (i w ogóle w relacjach międzyludzkich) ma prawda”, co słusznie podkreślił ks. Jan Perszon w artykule „Prawda w społeczeństwie relatywizmu”.

Nie tylko zresztą chodzi o prawdę, ale w ogóle o to, czy istnieją wartości absolutne. Na przykład przykazanie „nie zabijaj” rozciąga się nie tylko na zdrowych i żyjących ludzi (zakaz morderstwa), ale także chorych i już umierających (sprzeciw wobec eutanazji), albo tych jeszcze nienarodzonych (ograniczenie legalnej aborcji). Niemniej, niedopowiedzeniem byłoby stwierdzić, że w społeczeństwie laickim religia jako nośnik wartości i prawd absolutnych istotnie straciła na znaczeniu. Jeżeli ktoś próbowałby uzasadnić postulowaną przez niego zmianę kierunku rozwoju społecznego względami religijnymi, prawdopodobnie wywołałby tylko gniewną reakcję wcale nie skrajnie ateistycznej mniejszości, lecz większości populacji.

Inaczej jest natomiast z powołaniem się na autorytet nauki. W tym przypadku mamy do czynienia z reakcją wręcz odwrotną – działa pewien dogmatyzm i blankietowość. Jeżeli efektywność jakiegoś działania można próbować udowodnić tabelką albo wykresem, jest wcale niewykluczone, że obywatele zgodzą się na najdalej idącą ingerencje w sferę ich prywatności, choćby określone rozwiązanie podlegało uzasadnionej krytyce na przykład na gruncie etycznym. Można też przecież odwołać się do innej tabelki, która udowodni coś zupełnie przeciwnego. Najlepszym przykładem jest chyba spór pomiędzy zwolennikami i krytykami szwedzkich rozwiązań epidemicznych. Jedni prezentują wykresy, które mają pokazać to, że w Szwecji zmarło więcej osób niż u ich skandynawskich sąsiadów. Drudzy wskazują natomiast na ogólną nadmierną śmiertelność i stwierdzają, że jest ona relatywnie niska i Szwedzi pomimo braku drakońskich rozwiązań prawnych, plasują się na podobnym miejscu, jak na przykład Holandia czy Niemcy. Które z tych twierdzeń jest bardziej prawdziwą prawdą?

W Polsce natomiast, w dobie kryzysu sanitarnego, nasiliły się spory, które od dawna toczą się w społeczeństwie, a sprowadzają się do rozłożenia akcentów pomiędzy tym, co ważniejsze: wolność osobista czy bezpieczeństwo ogółu, efektywność czy sprawiedliwość? Co ciekawe, trudno jest odkryć jednoznaczny schemat, który wpływa na to, w jakiej mierze poszanowanie dla tych ogólnych wartości przekłada się na poparcie konkretnych polityk. Od marca 2020 roku debata w Polsce szczególnie silnie zarysowała się na trzech płaszczyznach: zdrowie publiczne, aborcja i bezpieczeństwo granic zewnętrznych.

Upraszczając nieco rzeczywistość, w sprawach zdrowia publicznego to prawicy i konserwatystom przypisywano relatywistyczną i defetystyczną postawę. Sprowadzała się ona do krytyki radykalnej ingerencji w sferę praw obywatelskich, wprowadzanych stanów nadzwyczajnych (lub podobnych rozwiązań), zwracaniu uwagę na brak właściwej podstawy prawnej wdrażanych ograniczeń oraz utylitarnym przekonaniu, że można poświęcić zdrowie lub życie niektórych, aby zdecydowana większość funkcjonowała relatywnie normalnie. W tym przypadku to indywidualne prawa i proceduralna sprawiedliwość były ważniejsze niż efekt. Lewica i progresywni liberałowie z kolei byli często skłonni – w imię „podążania za nauką” – zaakceptować nawet najdalej idące interwencje, w tym całkowity lockdown i śledzenie kontaktów obywateli dla celów epidemiologicznych za pomocą cyfrowych urządzeń, jeśli tylko dało się empirycznie wykazać potencjalną skuteczność tych niecodziennych przedsięwzięć.

Ogólnie rzecz biorąc, w sporze pomiędzy wolnością, autonomią cielesną i indywidualistyczną tradycją zachodniego prawodawstwa a bezpieczeństwem kolektywu i sprawnością działania, to prawica broniła tych pierwszych wartości, a lewica raczej tych drugich. Nieco groteskowe było zresztą to, jak eksperci i osoby uważające się za wyznawców postępu i swobód obywatelskich spoglądały z zazdrością na skuteczność makiawelistycznych, antyliberalnych i autorytarnych państw Azji wschodniej i południowo-wschodniej, na przykład Chin, Wietnamu, czy Singapuru.

Wracając do zasadniczego wątku, tak się jednak złożyło, że w trakcie trwających wciąż ograniczeń epidemicznych – za sprawą nieszczęsnego wyroku Trybunału Konstytucyjnego – w Polsce rozgorzał na nowo spór wokół kwestii usuwania ciąży. W tej materii głosy rozłożyły się inaczej. To prawica broniła pewnych ograniczeń nakładanych na wolny wybór kobiety w celu ochrony płodu i to pomimo tego, że w kwestii choćby szczepień stała raczej po stronie autonomii cielesnej zainteresowanej osoby. Tymczasem lewica jest skłonna wprowadzić obowiązkowe szczepienia czy paszporty szczepionkowe, chociaż w sprawie aborcji daje często prymat wolności wyboru i autonomii cielesnej pacjentki. Czy ktokolwiek jest w stanie z przekonaniem odgadnąć, jaka to podstawowa wartość (swego rodzaju odpowiednik moralnej Grundnorm, wykoncypowanej przez Hansa Kelsena na potrzeby konstytucjonalizmu) sprzyja jednym lub drugim tendencjom?

Ostatnią kwestia jest sprawa ochrony granic przed naporem migrantów importowanych przez naszych wschodnich sąsiadów z jeszcze dalszego wschodu. W tej kwestii to lewica i progresywiści domagają się rygorystycznego przestrzegania standardów prawnych, na przykład zakazu dokonywania tzw. pushbacków, czyli siłowego zawracania osób próbujących nielegalnie przekroczyć granicę. Priorytetowo traktują w tym przypadku wartości humanitarne i indywidualne prawa uchodźców, nie zaś bezpieczeństwo lokalnej wspólnoty i sprawność działania. Najlepszym chyba przykładem tego paradoksu jest to, że w sprawie epidemii to liberałowie i intelektualiści często chcieli wdrożenia stanu nadzwyczajnego i zamknięcia granic (czyli de facto domagali się ograniczenia praw własnych obywateli), natomiast w sprawie konfliktu przygranicznego to prawica popiera stan wyjątkowy i obowiązujące lokalnie ograniczenia. Gdyby to wszystko miało mieć jakikolwiek sens, lewica powinna stanowczo skrytykować takiej kraje jak Australia, które ze względów epidemicznych zablokowały właściwie możliwość nie tylko wjazdu, ale także swobodnego wyjazdu z własnego kraju. Prawica powinna je zaś pochwalić, bo przecież w ten sposób chciano zabezpieczyć lokalną ludność przed zagrożeniem z zewnątrz. Co jeszcze bardziej interesujące, chociaż w epidemii nie można było właściwie powoływać się na żadne inne dowody niż naukowe, w sprawie sporu o migrantów rzadko słyszymy w prasie argumenty stricte racjonalistyczne czy empirycystyczne. Spór dotyczy raczej wartości i jest prowadzony na polu publicystycznym i filozoficznym. Niewiele jest artykułów, które relacjonowałyby to, ile konkretne rozwiązanie będzie nas kosztować, nie pokazuje się modeli, ile finalnie migrantów może do nas napłynąć, brakuje opisu tego, jaki będzie socjologiczny lub geopolityczny skutek jednego lub drugiego rozwiązania. Dlaczego o epidemii mogą dyskutować tylko eksperci powołując się na twarde dowody naukowe, a o emigrantach każdy publicysta i to nawet emocjonalnie spekulując na tematy etyczne?

Konia z rzędem temu, kto coś z tego wszystkiego zrozumie. Być może więcej racji miał filozof o postmodernistycznych inklinacjach, Paul Karl Feyerabend, który napisał w swoim opus magnum, że Co się zaś tyczy słowa „prawda”, możemy w tym momencie jedynie powiedzieć, że z pewnością utrzymuje ono ludzi w nerwowym napięciu, lecz poza tym nie ma większego znaczenia.

Zaczerpnięto cytat z 16 rozdziału książki Paula K. Feyerabenda „Przeciw metodzie”, tłum. Stanisław Wiertlewski, opubl.: Nowa Krytyka, 1995, 6, s. 105-178 (pełne tłumaczenie – wyd. Siedmioróg), dostęp. w kolekcji bazhum.muzhp.pl.