Decyzje polityczne podejmują nie tylko politycy. Podejmują je też wyborcy. Najlepiej by było, gdyby decyzji politycznych podejmowano możliwie jak najmniej. A to dlatego, że ten rodzaj decyzji zawsze oznacza decydowanie nie tylko za siebie, ale też za kogoś.

Prosty i klasyczny już obrazek pokazujący, czym się różnią decyzje polityczne od rynkowych, to porównanie wyborów konsumenckich na rynku oraz na rynku politycznym. Mogę sobie kupić czekoladę ulubionego producenta i mieć ją w koszyku, ale to wcale nie znaczy, że mój sąsiad też będzie musiał kupować to samo co ja. Ale kiedy mój sąsiad wraz ze swoją żoną zagłosują za opcją polityczną, z którą jest mi nie po drodze, to ja też, jako przegłosowany, będę podlegał decyzjom większości.

Zważywszy na ofertę polskich partii politycznych: jest to dla mnie niemałe ryzyko.

To ryzyko można i należy ograniczać w jedyny znany sposób, poprzez zastępowanie skali decyzji podejmowanych za kogoś i przy pomocy narzędzi, jakie daje polityka. Ostatecznie bowiem sprowadzają się one zawsze do jednego: do przymusu. Czym zastępować? Decyzjami podejmowanymi na rynku, a więc w przestrzeni, która oparta jest o dobrowolność. Te decyzje również będą miały swoje efekty zewnętrzne i także one w jakiś sposób będą oddziaływać na innych, bo na przykład nadzwyczajne powodzenie pewnej fabryki czekolad może doprowadzić do plajty jej konkurencji. Nie sprowadzają się one jednak do przemocy, są formą gry różnych podmiotów, czasami trudną dla graczy, ale jednak dającą jakąś swobodę decydowania o sobie wszystkim, nie tylko tym, którzy wygrali.

Polityka ma się jednak niestety lepiej niż rynek, bo ludzie ten drugi mają za coś ułomnego. I to prawda, rynek i jego decyzje są ułomne, ale każdego dnia na rynku, a więc w przestrzeni, która jest sumą dobrowolnych wymian, dochodzi do milionów korekt. W tym wielkim procesie, w którym wszyscy uczestniczymy, każdego dnia staramy się być lepsi – na przeróżne sposoby. W polityce nie trzeba się aż tak bardzo starać. Można być rozliczonym raz na kilka lat i cieszyć się życiem. A każdą, nawet najgłupszą decyzję, można jakoś opakować w PR. O dziwo, zawsze ktoś kupi nawet najbardziej nieprawdopodobne wyjaśnienie. Często dlatego, że jest mu ono na rękę.

Proces wybierania ludzi do polityki, którzy później będą wybierać za nas jest jednak do pewnego stopnia możliwy do poprawiania i nie ma co popadać w fatalizm. Jasne jest, że dla mnie lepiej jest i będzie, kiedy więcej wyborców będzie miało podobne poglądy do moich. Mogę w miarę swoich możliwości promować swoje podejście. Jest to działanie mikroskopijne w skali polityki jako takiej, ale jednak dostępne. Może też dać nadspodziewanie dobre efekty wtedy, kiedy wyczerpuje się jakiś paradygmat w polityce i pora na zmiany. Wówczas to za decydowanie mogą się zabrać krytycy poprzednich porządków, ale nie zrobią tego, jeśli nikt o nich nie wiedział i ich pomysły nie są znane, nie leżą na stole. Inaczej pisząc: co prawda wolałbym decydować sam za siebie, ale skoro już muszą decydować za mnie inni, to niech będą to przynajmniej ludzie podobni do mnie.

Właśnie dlatego jakimś pocieszeniem, choć oczywiście trzeba pamiętać o egzotycznym kontekście tego wydarzenia, jest całkiem świeże, bo zeszłomiesięczne orzeczenie Sądu Najwyższego Nowej Zelandii, który uznał, że granica 18 lat ustanowiona jako wiek uprawniający do głosowania jest dyskryminująca. Oczywiście, takie stanowisko nie pojawiło się samo z siebie i jest efektem nagłaśniania sprawy przez organizację Make it 16 NZ. Jak łatwo się domyślić już dzięki nazwie, aktywistom zależy na tym, aby w ich kraju można było głosować od 16. roku życia. Jest to oczywiście kolejna umowna granica i nic mi nie wiadomo o jej konstytucyjności, dyskryminacyjności czy jeszcze innej właściwości w świetle prawa Nowej Zelandii. Które zresztą jeśli się zmieni na korzyść poszerzenia rynku wyborczego o najmłodszych, to przecież nie od razu. Sprawą musi się teraz zająć nowozelandzki parlament, wybrany, co oczywiste, przez co najmniej osiemnastolatków.

Coś się jednak dzieje. Daleko od nas, ale jednak. I tak naprawdę dzieje się w tym kierunku, który może pomóc, choć gwarancji oczywiście nie ma, w tym, aby z demokracji uczynić trochę lepszy system.

Młodzi, nawet nieletni wyborcy, mogą co prawda nie mieć doświadczenia, ale to jeszcze nic nie znaczy, bo z kolei doświadczenie emerytów chętnie przecież chodzących na wybory było ukształtowane w innych czasach i w innych realiach. Tymczasem to właśnie na podstawie tego, co najstarsi wyborcy uważają za słuszne, podejmowane są decyzje dalekosiężne, z których konsekwencjami będą musieli mierzyć się najmłodsi. Ci, którzy może jeszcze nie płacą podatków i nie zarabiają, ale zaraz zaczną to robić i pracować na cudze emerytury, nigdy za to nie zobaczą swoich.

Młodzi wyborcy mają więc w oczywisty sposób sprzeczne interesy z najstarszymi przy urnach, co samo w sobie nie jest ani dobre, ani złe, a demokracja na szczęście może takie spory kanalizować i pozwala je rozwiązywać w sposób pokojowy. Ale samo w sobie może i nie jest, choć z mojej perspektywy byłoby lepiej, abym miał, jako wyborca w średnim wieku, więcej sojuszników od siebie o pokolenie młodszych, niż ludzi, których muszę przegłosować, a którzy są ode mnie pokolenie starsi. Tak bowiem będzie się układać, już się układa, jeden z najważniejszych podziałów politycznych w Polsce, ważniejszy niż to, kto jest prawicą, a kto lewicą. Decydowanie o politykach publicznych musi dotyczyć tego, w jaki sposób państwo nie tylko wywiąże się ze swoich zobowiązań wobec emerytów, ale też w jaki sposób wywiąże się ze zobowiązań wobec ich dzieci i wnuków, bo pamiętajmy o tym, że skoro fani kilkunastej emerytury lubią się powoływać na ten argument, to mogą to robić też i młodsi od nich. Dodatkowo, zupełnie inne tematy są i będą istotne dla nastolatków, którzy mogą nie mieć o czym rozmawiać z babcią przy obiedzie – i jednocześnie mogą też inaczej uszeregować swoje polityczne priorytety. W przypadku starzejących się społeczeństw, polskie też jest jednym z nich, udzielenie prawa wyborczego szesnasto- i siedemnastolatkom pozwoliłoby na zmianę rynku politycznego. Pojawiłaby się nowa grupa wyborców, którzy musieliby zostać zagospodarowani i którym partie polityczne musiałyby złożyć oferty. To mogłoby owocować mniejszym politycznym parciem na socjalne bezpieczeństwo i dbanie o interesy ludzi, którzy będą żyć już tylko z cudzych podatków. Dałoby też szansę tym, którzy te podatki będą płacić przez następne dekady. Ta szansa opiewałaby też i na to, że podatki byłyby względnie niskie i możliwie dobrze zagospodarowane.

Oczywiście sam wiek nie definiuje poglądów w pełni, jakichkolwiek, nie tylko politycznych. Mamy libertarian po siedemdziesiątce i nastoletnich komunistów. Chodzi jednak o pewne tendencje i przede wszystkim: możliwości. Tym bardziej, że wielu dziś lewicowo nastawionych licealistów może jeszcze zmienić swoje podejścia. W starszych pokoleniach jest to mniej możliwe. Jest tam za to duża mobilizacja wyborcza, nawet bez zagrzewania nikogo smsami od RCB. Żeby mierzyć się z ludźmi, którzy przy urnach chcą zabetonować nam przyszłość, musimy mieć wsparcie. I szukałbym go właśnie wśród najmłodszych.

Marcin Chmielowski
* autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułUnia uderza w konkurencję podatkową
Następny artykułKobiety w zarządach. Jak to wygląda w Polsce?