Chyba nie tylko ja mam wrażenie, że narracja o „poczekaniu z otwarciem społeczeństwa jeszcze parę tygodni” towarzyszy nam od marca 2020 r. Po osiemnastu miesiącach przestaje jednak działać na wyobraźnię i rozum. Społeczeństwo to nie pociąg, który może wiecznie czekać na spóźnialskich i przestraszonych podróżą, lecz żywy i dynamiczny organizm. Pozwólmy mu zachować przynajmniej podstawowe funkcje życiowe – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Wielokrotnie w moich felietonach zwracałem uwagę na społeczno-polityczne implikacje aktualnego kryzysu sanitarnego. Okazuje się bowiem, że slogan „podążania za nauką” (following the science) to przejaw zwykłego mydlenia oczu i iluzja, którą środowiska progresywne wykorzystują jako rodzaj niedopuszczalnego argumentu z autorytetu.

W istocie o polityce prozdrowotnej decydują często argumenty nie racjonalne i empiryczne, lecz etyczne oraz polityczne, a nawet emocjonalne. Jest to zresztą w pewien sposób zrozumiałe, ponieważ życie społeczne nie przypomina w żaden sposób funkcjonowania kolonii szczurów w warunkach laboratoryjnych. Funkcjonowanie wolnego społeczeństwa jest – po pierwsze – spontaniczne, a po drugie przypomina raczej debatę parlamentarną albo spór sądowy, w którym pod uwagę należy wziąć wszelkie argumenty. Ostatecznie decyzje podejmuje nie biegły albo ekspert od jednej dziedziny życia, lecz urzędnik państwowy, który musi ważyć różne racje. Najlepiej zresztą, kiedy decyzja pozostaje przy tym, na kogo będzie bezpośrednio oddziaływać, stąd nacisk na poszanowanie indywidualnych praw i wolności obywatelskich. Co prawda bywa tak, że w partyjnej demokracji parlamentarnej wygrywa po prostu lepszy orator i manipulator, a to prowadzi oczywiście do znanych z historii nadużyć. Trudno jednak im zapobiec bez podważenia istoty liberalizmu i demokracji.

Niemniej można wymienić kilka przykładów wyżej opisanego zjawiska, kiedy to ludzie chwalący się „podążaniem za nauką” w istocie rzeczy tego nie robili. O denializm oskarżane są bowiem osoby, które kwestionują oficjalne stanowisko lokalnych ministerstw, agencji zdrowia publicznego i organizacji międzynarodowych w sprawie sposobów walki z COVID-19. Polityka platform społecznościowych jest oparta o te oficjalne stanowiska i przejawia się w mniejszej lub większej cenzurze niedopuszczalnych treści (od „okienek informacyjnych” aż po usuwanie wpisów i blokowanie niepoprawnych użytkowników). Jest to o tyle absurdalne, że internet ma charakter sieci globalnej, a nie narodowej. Jeśli więc w Polsce zaloguje się na Facebooka i napiszę heretyckie zdanie: „może nie warto nosić maseczek?”, to jest to niedopuszczalne. Jeśli natomiast wsiądę w Gdyni na prom pod szwedzką banderą i dopiero wtedy udostępnię mój post, to jest to generalnie zgodne ze stanowiskiem lokalnej Agencji Zdrowia Publicznego. Wracając jednak do zasadniczego wątku, ciekawe jest to, że wówczas, kiedy amerykańska agencja CDC wydała zalecenie, aby osoby w pełni zaszczepione nie nosiły już maseczek (aktualnie to zalecenie znowu uległo zmianie), została oskarżona w mediach społecznościowych o „darwinizm”. Na tamtym etapie rozwoju epidemii było to raczej absurdalne oskarżenie. Co ciekawe, przecież to osoby kwestionujące zalecenia CDC nagle z „followers of science” – jeśli rozumiemy to jako podążanie za zinstytucjonalizowaną nauką – stały się „denialists”.

Obecnie z tym samym problemem mierzymy się, gdy chodzi o otwarcie szkół. Pomijam już to, że szkół nie chcą otwierać najczęściej hipokryci o progresywnych lub socjalistycznych poglądach, które historycznie wiązały się z obroną publicznie finansowanej i powszechnej edukacji. Istotniejsze jest to, że według stanu na pierwsze dni września 2021 r. oficjalna polityka państwa polskiego jest taka, aby szkoły były otwarte, a dzieci powinny generalnie wrócić do nauki stacjonarnej. Dlaczego zatem tak powszechne jest to kwestionowanie w liberalnych mediach i na tzw. blogach naukowych?

Co więcej, obecnie WHO i UNICEF jednoznacznie promują w mediach społecznościowych swoje oficjalne stanowisko, zgodnie z którym szkoły w Europie powinny generalnie zostać otwarte, oczywiście z zachowaniem prostych reguł ostrożności. Jeśli nie chcemy popaść w dalszą hipokryzję, nie wypada więc tego kwestionować. Sięgając natomiast nieco do przeszłości, w raporcie technicznym europejskiej agencji ECDC z lipca 2021 r. wyraźnie zaznaczono, że „generalny konsensus pozostaje taki, aby decyzja o zamknięciu szkół w celu kontrolowania pandemii COVID-19 była użyta w ostateczności. Negatywny wpływ psychiczny, mentalny i edukacyjny proaktywnego zamykania szkół na dzieci, jak też ekonomiczny wpływ w ogóle na społeczeństwo, prawdopodobnie przeważa nad korzyściami”. Co prawda, wspominany raport zawiera zastrzeżenie, że badania przeprowadzono w okresie poprzedzającym dominację wariantu Delta, ale czy naprawdę ma to istotny wpływ na to stanowisko? Należy także pamiętać, że raport powstał w okresie, kiedy niemożliwe były masowe szczepienia dzieci, a więc w tym względzie niewiele się zmieniło. Chyba nie tylko ja mam wrażenie, że narracja o „poczekaniu z otwarciem społeczeństwa jeszcze parę tygodni” towarzyszy nam od marca 2020 r. Po osiemnastu miesiącach przestaje jednak działać na wyobraźnię i rozum. Społeczeństwo to nie pociąg, który może wiecznie czekać na spóźnialskich i przestraszonych podróżą, lecz żywy i dynamiczny organizm. Pozwólmy mu zachować przynajmniej podstawowe funkcje życiowe.

Ostatecznie trzeba stwierdzić, że skoro chcemy cenzurować treści niezgodne z oficjalną polityką państwa albo organizacji międzynarodowych, to powinniśmy cenzurować wszystkie takie wypowiedzi. Skoro nie chcemy tego robić, nie cenzurujmy żadnych. W samym fakcie, że jakiś pogląd jest bardziej restrykcyjny, nie ma nic naukowego, co najwyżej jest to przejaw tzw. błędu konfirmacji. Poza tym każdy – nawet bez eksperckiej wiedzy – ma prawo wyrażać swój pogląd na temat ułożenia tak istotnych spraw społecznych jak to, czy w ogóle możemy wyjść z domu, posłać dzieci do szkoły i czy będziemy śledzeni urządzeniami cyfrowymi, czy nie. Jeśli to, co napisałem, to nieprawda, to zrezygnujmy w ogóle z demokracji liberalnej i ustanówmy rządy jakiejś scjentologicznej albo progresywnej rady mędrców. Gwarantuję, że nie będzie nam przyjemniej.