Niewiele instrumentów finansowych daje obecnie tak dobry zwrot z zainwestowanego kapitału, jak handel pozwoleniami na emisje zanieczyszczeń. Nie jest on może najwyższy na rynku, ale za to pewny – przez ostanie pięć lat ceny uprawnień do emisji CO2 wzrosły aż pięciokrotnie i nadal rosną. To, co miało mobilizować unijne kraje do stopniowej i racjonalnej transformacji energetycznej, stało się dla takich krajów jak Polska kamieniem u szyi, kompromitując także ideę Europejskiego Zielonego Ładu.

Na rynku handlu uprawnieniami do emisji odbywa się skandaliczna spekulacja. Unia Europejska przygląda się temu. I nic nie robi.
Ten wysoce spekulacyjny rynek stal się jeszcze jednym z instrumentów nacisku na Polskę, żeby zamknęła jak najszybciej kopalnie i w ogóle pozbyła się energetyki opartej na tradycyjnych źródłach energii, a w perspektywie także na gazie – obojętne z jakiego kierunku pozyskiwanego.

Mówiąc wprost: uczestniczymy – jako kraj – w czymś, co zamiast robić nam „dobrze” w ramach teoretycznie przyjaznej sobie grupy państw UE, dobija nasz przemysł. Generuje impuls inflacyjny i bezrobocie. Obciąża absurdalnymi i rosnącymi opłatami. Drenuje kieszenie Polaków, którzy są zmuszeni płacić coraz wyższe rachunki za energię elektryczną, bo urzędy antymonopolowe nie są już w stanie dłużej powstrzymywać podwyżek.
Rysując miraże oparcia energetyki wyłącznie na „czystym” OZE, spychając gdzieś na bok dyskusję o niezbędnej energetyce jądrowej, w oczywisty i systematyczny sposób pozbawia się nasz kraj bezpieczeństwa energetycznego.

Znakomity geszeft

Światowe fundusze hedgingowe europejski rynek uprawnień do emisji CO2 traktują jak żerowisko. Na początku 2018 roku uprawnienie do emisji jednej tony CO2 kosztowało 8 euro. Teraz – około 40 euro. Prognozowane przez analityków i prognostyków od ekologii progi cenowe zostały przekroczone o wiele szybciej, niż to miało następować we wszystkich estymacjach.
– Ceny nadal kontynuują trend wzrostowy, który zaczął się w listopadzie 2020 – mówi Tomasz Bujacz, Senior Corporate Trader w Vertis Environmental Finance.
Nie tylko on to widzi i jest przekonany, że wzrost cen uprawnień do emisji CO2 to efekt ordynarnej spekulacji. Poza dostarczeniem płynności nie wnosi ona nic dobrego na rynek EU ETS.

Nawet „Financial Times” dostrzegł, że kiedyś aktywne na rynku ropy naftowej globalne fundusze przeniosły się na atrakcyjniejsze „tereny łowne” – na europejski rynek handlu uprawnieniami do emisji CO2. „FT”, dokonując tej obserwacji, zachwyca się, że „niezwykłe jest znalezienie takiej klasy aktywów, w której prawie każdy handlowiec i analityk działający w branży zgadza się, że cena ma wzrosnąć”.

Pierre Andurand, zarządza jednym z funduszy hedgingowych, wyspecjalizowanym w spekulacjach na zmianach ceny ropy naftowej. On i główni akcjonariusze funduszu z pewnością otworzyli już najdroższego szampana, bo ich instytucja finansowa osiągnęła w 2020, „pandemicznym” roku, rekordowe zyski.

Fundusze hedgingowe, zajmując tzw. długie pozycje, grają na wzrost cen uprawnień do emisji CO2. Celem, który sobie wyznaczyli jest 100 euro za tonę! Czy mogą tak wyśrubować ceny? Oczywiście, że tak. Według “The Economist” aż 230 znaczących na rynku i bogatych funduszy hedgingowych posiada opcje futures powiązane z CO2.

Unio, nie bądź bezradna!

Widząc co się dzieje, Polska Grupa Energetyczna (PGE) zaapelowała do Komisji Europejskiej o podjęcie konkretnych działań, które ograniczą gry spekulacyjne uprawnieniami do emisji C02. Spekulacje te wykoślawiają rynek handlu emisjami wypaczając całą ideę systemu EU ETS. Jeśli nie postawi się im tamy, wywołają dalszy wzrost cen hurtowych, a potem także cen dla końcowych konsumentów. Może to doprowadzić do niekontrolowanego wygaszania bloków energetycznych. Polska utraci bezpieczeństwo dostaw energii i będzie zmuszona kupować ją za granicą i po zawyżonych cenach. Napędzi to inflację jeszcze bardziej.
Czy o to chodzi w „zielonej transformacji”?! No chyba jednak nie.

Już kilka lat temu prof. Władysław Mielczarski z Instytutu Elektroenergetyki Politechniki Łódzkiej ostrzegał w różnych wywiadach, że wysokie ceny EU ETS to efekt aktywności spekulantów. Proponował już wtedy stworzenie państwowego zasobu energetycznego, poprzez wydzielenie największych elektrowni – jak Opole i Kozienice – do specjalnej spółki, która decydowałaby o bezpieczeństwie energetycznym, a pośrednio także o popycie na węgiel. Jak wiemy, przyjęto nieco inne rozwiązania mające zapewnić Polsce bezpieczeństwo energetyczne.

Przeciw spekulacjom

Tak czy inaczej Komisja Europejska, działając na wzór nadzorów finansowych i zyskując nowe uprawnienia (np. przy okazji zmiany dyrektywy w sprawie rynków instrumentów finansowych), powinna zacząć sprawdzać, kto i jak intensywnie spekuluje na uprawnieniach do emisji CO2. Zajmowanie długich pozycji i granie tylko na zwyżkę, powinno zostać po prostu zabronione.

Unia Europejska musi mieć realny, ale i racjonalny wpływ na kształt miksu energetycznego w państwach członkowskich. Racjonalny, tj. uwzględniający w jak największym stopniu żywotny interes swoich państw członkowskich w kompromisie z dogmatem o niebezpieczeństwie globalnego ocieplania się klimatu w efekcie działalności człowieka.

Uznaje się, że „harmonizacja prawa jest w przypadku EU ETS niezbędna do zapewnienia, ustanowienia i funkcjonowania rynku wewnętrznego oraz uniknięcia zakłóceń konkurencji”. W powstrzymanie wzrostów cen uprawnień do emisji CO2 na naszym „podwórku” powinien włączyć się też Urząd Regulacji Energetyki. Bez wymuszenia tych wszystkich działań możemy pewnego pięknego dnia obudzić się z przysłowiowym palcem w nocniku narzekając: „i po co nam była ta cała, zielona transformacja”?