Wykonanie wydatków budżetu państwa w okresie styczeń – maj 2020 r. wyniosło 183,0 mld zł, tj. 42,0 proc. planu – poinformowało Ministerstwo Finansów. Skąd biorą się te pieniądze? Oczywiście to podatki, które wszyscy musimy płacić. Jednak, czy naprawdę wszyscy?

Truizmem jest już powtarzanie znanego cytatu o tym, że „rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy, a wszystkie, którymi dysponuje, pochodzą z kieszeni obywatela”. Okazuje się, że państwo może mieć pieniądze nie opodatkowując pracy ludzi oraz ich wydatków. Takim „zasobem”, który jest zupełnie pomijanym w gorących dyskusjach o źródłach finansowania wydatków budżetowych, są potencjalne dochody z „pracy” robotów, sztucznej inteligencji oraz obszaru informacyjno-informatycznego. Nie dostrzega się tego strumienia środków, które powinny służyć wszystkim, a ciągle pozostają w rękach światowych korporacji oraz właścicieli coraz intensywniej robotyzowanych przedsiębiorstw. Sytuacja „postpandemiczna” albo, nazwijmy ją „przejściową” – między pierwszą, a druga falą pandemii z pewnością wpłynie na wzrost wdrożeń rozwiązań szeroko kojarzonych z rewolucją Industry 4.0.

Przedsiębiorcy, którzy posiadają jeszcze kapitał, mają umysł otwarty na innowacje oraz rozumieją otoczenie gospodarcze, chętniej będą decydować się na robotyzację i automatyzację procesów biznesowych. Taki wybór wydaje się oczywistym w kontekście ciągłego zagrożenia lock downem lub problemami wynikającymi z konieczności troszczenia się o los pracowników. Roboty nie biorą zwolnień lekarskich ani urlopów. Nie opiekują się dziećmi, nie zakładają związków zawodowych i nie protestują, gdy bezskutecznie domagają się podwyżki. Roboty pracują 24 godziny na dobę przez siedem dni w tygodniu. Dzień i noc. Perfekcyjnie. Nigdy nie odczuwają zmęczenia i dyskomfortu wynikającego z hałasu lub działającej klimatyzacji.

Forma wyrównania szans

Wydajność i efektywność automatów jest nieporównywalnie wyższa niż ludzi. Wartość dodana wytwarzana przez coraz „sprytniejsze” maszyny, wielokrotnie przekracza tę, którą są w stanie osiągnąć nawet najlepsi pracownicy. Produktywności zautomatyzowanych przedsiębiorstw nie da się zwyciężyć na konkurencyjnym rynku przez żadną, nawet najlepiej zarządzaną – tradycyjną i opartą na ludzkiej pracy firmą. Jeśli porównamy koszty pracy, okaże się, że wraz z amortyzacją robotów, ich właściciele coraz mniej martwią się o wszelkiego rodzaju obciążenia. Inaczej jest tam, gdzie zatrudnia się ludzi.

Optymiści będą z pewnością twierdzić, że roboty i tak nas nie zastąpią, a rewolucja technologiczna, likwidując wiele miejsc pracy, stworzy nowe. To cześć prawdy. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że już w niedalekiej przyszłości większość powtarzalnych czynności, które w tej chwili wykonują ludzie, zostanie przejęta przez roboty. Tego typu operacje dają się łatwo opisać odpowiednimi algorytmami, które sterują wyposażonymi w sztuczną inteligencję maszynami.

Coraz bardziej efektywne procesy uczenia maszynowego znacząco rozszerzają możliwości sztucznej inteligencji, która bezwzględnie eliminuje ludzką konkurencję. Niebawem okaże się, że obok bariery demograficznej dodatkowym zmartwieniem będzie nie brak rąk do pracy, ale nadmiar ludzi – zupełnie zbędnych. W krajach rozwiniętych politycy i menedżerowie zauważają już ten problem. Zapóźnione w rozwoju technologicznym państwa w tej chwili stają się „zastępczym” miejscem kontynuacji karier dla wykluczonych przez automaty „ekspertów” i „specjalistów” z najbogatszych i najbardziej nasyconych informatyką rynków pracy.

Teraz Netflix, a jutro Google i Facebook?

Jak zauważył Martin Ford w „Świcie robotów” – zautomatyzowane algorytmy finansowe odpowiadają za 70% wymiany handlowej na giełdach. W gruncie rzeczy ludzie zostali już wyeliminowani z aktywności na rynkach kapitałowych. Teraz jedne algorytmy próbują być sprytniejsze od drugich. Tak zwane „rynki”, na których aktywność ludzka ogranicza się do odczytywania danych, codziennie określają nam na przykład ceny walut, w których płaci się nam za pracę. Być może jest to dostatecznie przekonujący argument w dyskusji o tym, czy sztuczna inteligencja przejmie kontrolę nad ludźmi.

W tej sferze jesteśmy już od dawna od niej zależni. Zawody stanowiące niemal połowę wszystkich miejsc pracy w USA mogą zostać zautomatyzowane do 2035 roku. To wszystko odbywa się w sytuacji, gdy podatki dla korporacji i ludzi zamożnych obniżane są do stawek minimalnych. Nic więc dziwnego, że wąska, kilkuprocentowa grupa najbogatszych ludzi na świecie przechwytuje ponad 90% wszystkich dochodów, które wytwarza ludzkość.

W dyskursie na temat tzw. „podatku cyfrowego” najwięcej miejsca poświęca się gigantom internetowym. To przede wszystkim Google, Facebook i inne wielkie serwisy społecznościowe oraz globalne platformy e-commerce. Być może dlatego koncentrują one uwagę polityków i ekonomistów, ponieważ są im znane. Rzeczywisty, zupełnie niekontrolowany przez „zbiorową wyobraźnię” obszar kreowania zysków przez algorytmy jest znacznie bardziej powszechny, niż oceniają to specjaliści od tworzenia i nakładania podatków. Czasem, zupełnie bezwiednie uda im się opodatkować „sztuczną inteligencję”. Tak stało się w przypadku tzw. „podatku bankowego”.

Regulatorzy światowego bogactwa

Banki już dawno przestały być instytucjami, które realizację swoich celów biznesowych opierają na aktywności bankowców. Większość czynności bankowych jest zalgorytmizowana. Operacje odbywają się automatycznie. To wynik komunikacji nie ludzi, ale inteligentnych systemów informacyjno-informatycznych. Cała analityka bankowa oraz obszar ryzyka, stały się domeną systemów klasy business intelligence i big data. Ciekawe, ile banków w Polsce przyspieszyło proces cyfrowej transformacji, aby optymalizować koszty po wprowadzeniu „podatku bankowego”?

Gotówka powoli odchodzi w przeszłość, a wymiana handlowa opiera się na transakcjach bezgotówkowych. Świat jest coraz bliżej wykreowania globalnego, wirtualnego pieniądza międzynarodowego. Gdy to wreszcie nastąpi – z pewnością nie będzie nim dotychczas wszystkim znana waluta. Wstępem jest kariera bitcoina, który coraz częściej wzbudza zainteresowanie i lęk rządzących światowymi finansami środowisk. Nobliwe gremia międzynarodowych ekspertów, polityków i wielkie organizacje gospodarcze deliberują od prawie dziesięciu lat o konieczności wprowadzenia tzw. podatku cyfrowego. Liczne zespoły naukowców przedstawiają analizy potencjalnych dochodów z opodatkowania popularnych przeszukiwarek internetowych czy platform społecznościowych.

Czas mija, nieubłaganie potwierdzając, że tzw. „regulatorzy” nie są w stanie nadążyć ze swoimi „regulacjami” za zwyczajnym życiem, którego w całości nie da się ująć w zapisy ustaw. W przypadku transformacji informacyjno-informatycznej i digitalizacji gospodarki ułomność systemów biurokratycznych sprawia, że ludzka praca ciągle stanowi podstawę dochodów państw. Zyski kreowane przez algorytmy, trafiają bez większych obciążeń do kieszeni maleńkiej grupki światowych wirtuozów bogactwa. Bogaci stają się jeszcze bardziej bogatsi, a biedni ubożeją.