Państwa przewidujące, jeśli już wojny uniknąć nie mogą, to starają się wejść do niej jak najpóźniej, tak aby zdążyć na defiladę zwycięstwa. Polska w roku 1945 do udziału w defiladzie zwycięstwa nie została dopuszczona, poniekąd słusznie, bo przecież weszła do wojny pod pretekstem obrony niepodległości, a w następstwie wojny niepodległość tę utraciła – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Okres międzywojenny to czas erozji porządku wersalskiego, ustanowionego w roku 1919, po konferencji kończącej I wojnę światową. Za poszkodowane tym porządkiem uznały się dwa państwa: Niemcy i Rosja. Niemcy – bo przegrały wojnę i zostały obciążone skutkami klęski. Rosja – bo po zawarciu w roku 1917 separatystycznego pokoju z Niemcami została wykluczona z grona zwycięskich aliantów.

Toteż obydwa te państwa, przechodząc do porządku nad różnicami ideologicznymi, niemal natychmiast rozpoczęły współpracę w celu obalenia porządku wersalskiego, podpisując w kwietniu 1922 roku porozumienie w Rapallo, które umożliwiło Niemcom obchodzenie nałożonych na nie restrykcji. Dotyczyło to m.in. wojska. Na mocy porozumienia z sierpnia 1922 roku Niemcy zobowiązały się dostarczać Sowietom broń, amunicję i specjalistów, w zamian za co Sowieci udostępnili Reischwehrze swoje poligony wojskowe.

To był pierwszy wyłom, a przyspieszenie erozji porządku wersalskiego nastąpiło po objęciu w roku 1933 władzy w Niemczech przez wybitnego przywódcę socjalistycznego Adolfa Hitlera. Hitler umiejętnie prezentował Niemcy jako ofiarę traktatu wersalskiego, przekonując, że jak tylko najbardziej rażące jego niesprawiedliwości zostaną skorygowane, to Niemcy dołączą do narodów miłujących pokój. W ramach tego korygowania Niemcy uzyskiwały rozmaite korzyści, sprzeczne z ustaleniami traktatu wersalskiego, ale stwarzały przy tym wrażenie, że to wszystko odbywa się w ramach nakreślonego przez ten traktat porządku, bo za każdym razem starały się uzyskać aprobatę Wielkiej Brytanii i Francji jako gwarantek tego porządku. Ostatnią taką korzyścią była aneksja Sudetów na podstawie układu monachijskiego z września 1938 roku, a następnie, w początkach 1939 roku – reszty Czechosłowacji, na terenie której utworzony został Protektorat Czech i Moraw oraz Słowacja. I dopiero 23 sierpnia 1939 roku Niemcy przestały zabiegać o zgodę Wielkiej Brytanii i Francji, zawierając w Moskwie porozumienie znane jako „pakt Ribbentrop – Mołotow”, w którym, w części tajnej, dokonany został podział Europy na strefę niemiecką i strefę sowiecką.

To był śmiertelny cios zadany porządkowi wersalskiemu, który obydwie jego gwarantki, czyli Wielką Brytanię i Francję, postawił wobec konieczności wyboru: czy przyjąć ten pakt do wiadomości – ale to oznaczałoby rezygnację przez nie z mocarstwowego statusu, bo jeśli można dzielić Europę bez pytania ich o zgodę, to znaczy, że nie są one już mocarstwami, bo mocarstwami są te państwa, które Europę dzielą – albo też, jako drugie wyjście, bronić swego mocarstwowego statusu siłą. Zarówno Wielka Brytania, jak i Francja zdecydowały się na obronę, tym chętniej że właśnie zgłosił się ochotnik, który dla obrony mocarstwowego statusu Wielkiej Brytanii i Francji gotów był poświęcić wszystko, łącznie z własnym istnieniem. Tym ochotnikiem była Polska, której rząd zdecydował się na wciągnięcie jej do wojny już na samym początku, podczas gdy państwa przewidujące, jeśli już wojny uniknąć nie mogą, to starają się wejść do niej jak najpóźniej, tak aby zdążyć na defiladę zwycięstwa.

Tymczasem Polska w roku 1945 do udziału w defiladzie zwycięstwa nie została dopuszczona, poniekąd słusznie, bo przecież weszła do wojny pod pretekstem obrony niepodległości, a w następstwie wojny niepodległość tę utraciła, więc wojnę oczywiście przegrała. Nawiasem mówiąc, rąbka tajemnicy uchylił generał Kazimierz Sosnkowski w rozkazie, gdzie w pierwszych słowach stwierdzał, że „Pięć lat mija od chwili, kiedy Polska, wysłuchawszy zachęty rządu brytyjskiego, stanęła do samotnej walki z Niemcami”. Za ujawnienie tej prawdy został pozbawiony stanowiska Wodza Naczelnego.

Przypominam to wszystko, bo obecne zachowanie rządu „dobrej zmiany” bardzo przypomina zachowanie rządu premiera Składkowskiego w roku 1939. Tamten rząd też uprawiał tromtadrację, ale w momencie katastrofy obrał kurs na Zaleszczyki, a w rezultacie o personalnej obsadzie rządu polskiego na emigracji decydowała Francja („rząd francuski z ubolewaniem stwierdza, że nie może uznać żadnego rządu utworzonego przez generała Wieniawę”). Podobnie jak wtedy rząd premiera Składkowskiego poświęcił wszystko, z samym istnieniem państwa włącznie, dla zachowania mocarstwowego statusu przez Wielką Brytanię i Francję, tak obecny rząd premiera Morawieckiego, w ramach historycznej rekonstrukcji przedwojennej sanacji, gotów jest doprowadzić Polskę nawet do bankructwa, byle tylko wesprzeć Stany Zjednoczone w prowadzonej przez nie wojnie z Rosją do ostatniego Ukraińca. Pozorem uzasadnienia takiej determinacji jest proroctwo przypisywane prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu, że po uporaniu się z Gruzją Rosja zaatakuje Ukrainę, a potem również Polskę.

Tymczasem Gruzja istnieje jak gdyby nigdy nic i gdyby prezydent Michał Saakaszwili nie zaawanturował się w Osetii i Abchazji, to żadnej wojny by tam nie było. Możliwe też, że gdyby prezydent Obama w roku 2013 nie wysadził w powietrze politycznego porządku lizbońskiego, to nie byłoby też wojny na Ukrainie. Porządek lizboński proklamował bowiem strategiczne partnerstwo NATO–Rosja, którego najtwardszym jądrem było strategiczne partnerstwo niemiecko-rosyjskie, a jego kamieniem węgielnym był podział Europy na strefę rosyjską i strefę niemiecką – prawie dokładnie wzdłuż linii „Ribbentrop-Mołotow”. O ile w roku 1939 linia ta podzieliła Polskę, to obecnie znajduje się ona w całości w strefie niemieckiej, o czym ostatnio przypomniała nam pani Ursula von der Layen, oprócz likwidacji Izby Dyscyplinarnej SN, dyktując nam wiele innych warunków odblokowania Funduszu Odbudowy, który – nawiasem mówiąc – na żadną odbudowę nie będzie przeznaczony, tylko w większości na realizację pomysłów rozmaitych wariatów, w których mocy obecnie się znajdujemy.

Ale wojna na Ukrainie jest i jeśli USA będą chciały „osłabiać Rosję” przed przystąpieniem do ostatecznego rozwiązywania kwestii chińskiej nawet gdy już żadnego Ukraińca nie będzie, to nie ma wątpliwości, że rząd „dobrej zmiany”, który już teraz nie może się doczekać, by Polskę wciągnąć do tej wojny, z pewnością zaoferuje Amerykanom gotowość walki do ostatniego Polaka. Rząd ten zachowuje się bowiem tak, jakby po nim miał nastać potop. Właśnie do reszty demoluje finanse publiczne, a Naczelnik Państwa na mityngu PiS w Markach szczerze powiedział, o co chodzi: „Żeby cokolwiek zdziałać w życiu państwowym, społecznym, trzeba mieć pieniądze, a opozycja mówiła, że ich nie ma i nie będzie; my dobrze zdiagnozowaliśmy tę sytuację, że te pieniądze były po prostu kradzione i podjęliśmy odpowiednie decyzje”. Jakie? Ano takie, żeby też okradać obywateli, a dla zamydlenia im oczu rzucać im nieco okruszków ze stołu pańskiego.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułKryształy Polskiej Gospodarki – GRUPA PZU – laureat w kategorii WSPARCIE MŚP
Następny artykułStopy procentowe znowu w górę. Co dalej?