Nigdy nie potrzebowaliśmy żadnych tymczasowych ustaw covidowych. Wprowadziły one tylko bałagan, demoralizację społeczeństwa, pozbawiły prawo jego gwarancyjnej funkcji i stanowiły przejaw złego trendu, jakim jest instrumentalizacja człowieka względem rozszerzających się uprawnień władzy wykonawczej.

W ostatnich dniach w Polsce stało się coś niesłychanego. Wspólnym językiem zaczęły mówić wszystkie opcje polityczne i pozapolityczne, wkurzone propozycją absurdalnego projektu ustawy mającej na celu zwalczanie epidemii. Przeciwnicy tego projektu znaleźli się nawet w szeregach partii rządzącej. Narrację, dotychczas kojarzoną ze skrajnie prawicową Konfederacją (chodzi o samo określenie „Lex Confident”), podłapali nawet mainstreamowi lekarze i lewicowe partie.

Zdarzenie to ma swoje dobre strony. Lud polski najwyraźniej zrozumiał, że w przypadku wszechobecnego wirusa przenoszonego drogą kropelkowo-powietrzną nie sposób używać formuł prawnych, aby karać (zarówno w sensie kryminalnym, a w przypadku tego projektu w znaczeniu cywilnoprawnym) za każdy przypadek zakażenia, zwłaszcza nieumyślnego. W innym wypadku kilka milionów Polaków powinno już dawno siedzieć w więzieniach albo płacić srogie odszkodowania. Nie oznacza to, że mechanizmy prawne nie mogą być wykorzystywane, ale raczej tylko w ostateczności i w sytuacjach skrajnej nieodpowiedzialności (np. ucieczki z kwarantanny, pojawienia się w pracy z ewidentnymi objawami ciężkiej choroby zakaźnej).

Prawda jest taka, i było to dla mnie dość jasne już w pierwszych dniach pandemii, że nigdy nie potrzebowaliśmy żadnych tymczasowych ustaw covidowych. Wprowadziły one tylko bałagan, demoralizację społeczeństwa, pozbawiły prawo jego gwarancyjnej funkcji i stanowiły przejaw złego trendu, jakim jest instrumentalizacja człowieka względem rozszerzających się uprawnień władzy wykonawczej.

W styczniu 2020 roku, kiedy mogliśmy podejrzewać, że wybuchnie u nas pandemia, obowiązywała przecież od dawna ustawa z dnia 5 grudnia 2008 r. o zapobieganiu oraz zwalczaniu zakażeń i chorób zakaźnych u ludzi. Jest skrajną naiwnością i przejawem myślenia ahistorycznego twierdzić, że ludzkość przed 2020 rokiem nie znała patogenów, które są przenoszone objawowo i bezobjawowo, wywołują epidemie, zabijają ludzi, przeciążają służbę zdrowia i tak dalej. Po prostu, po pierwsze, w 2020 roku spanikowano, a po drugie odeszliśmy od założenia, że prawo ma nie tylko spełniać funkcję instrumentalną (np. pomagać w zwalczaniu zakażeń), ale także ochronną (zapewniać poszanowanie godności i prywatności jednostki w starciu z władzą publiczną).

Ustawa, o której mowa, już na początku 2020 roku pozwoliła nam stosować wobec ludności liczne zabiegi sanitarne, wprowadzić obowiązek współpracy ze służbami sanitarnymi, poddania się leczeniu, kwarantannie, nadzorowi, izolacji czy hospitalizacji, badaniom sanitarno-epidemiologicznym (czyli, jak rozumiem, także testom), a nawet szczepieniom ochronnym. Często, w przypadku szczepień także, wystarczyło podpisać proste rozporządzenie ministra zdrowia. Omawiany akt prawny pozwalał nawet wprowadzić „czasowe ograniczenie określonego sposobu przemieszczania się” i „czasowe ograniczenie funkcjonowania określonych instytucji lub zakładów pracy”, ale nie całkowity lockdown. Być może ten ostatni powinien po prostu być odrzucony ze względów prawnych i humanitarnych, a nie epidemiologicznych? Wiele państw, na przykład Japonia i Szwecja, starało się uszanować w tej mierze swoje ograniczenia konstytucyjne. W innych państwach postawiono jednak na ustawodawstwo tymczasowe, za pomocą którego rządy próbowały zagarnąć jeszcze więcej uprawnień i to pomimo tego, że posiadały i tak ogromne możliwości naruszania sfery osobistej jednostki w walce z chorobami zakaźnymi. Lektura planów pandemicznych zdaje się odzwierciedlać tę rzeczywistość, że „Jest w bioetyce zasada. Nie wszystko, co możliwe technicznie, jest dopuszczalne etycznie” (cytowałem zresztą już wcześniej tę myśl ks. Jana Kaczkowskiego, zaczerpniętą ze zbioru „Mam pewność istnienia tamtego świata. Najważniejsze myśli księdza Jana”, wydanego w 2018 r. przez Wydawnictwo Czerwone i Czarne).

Innymi słowy, spory o różne tarcze, Lex Hoc, Lex Confident, paszporty szczepień i tak dalej mogły być w dużej mierze niepotrzebne. Wystarczyło poruszać się we wcześniej ustalonych ramach. Podnoszone przez niektórych rzymskie zawołania, że „podczas wojny milczą prawa”, „cel uświęca środki”, albo że „dobro wspólne jest najwyższym prawem” stanowiły tak naprawdę zawoalowane zawołanie do porzucenia idei państwa prawa na niekrótki, bo już dwuletni okres. Skutek tego jest taki, że wirus nadal jest, a rządu nie chce już słuchać żadna ze stron.

Poprzedni artykułNiemcy szturmują polskie stacje benzynowe
Następny artykułPodsumowanie branży leasingu w 2021 roku w Polsce