Jak bowiem ocenia niezależna prokuratura, „straty” spowodowane przez Amber Gold sięgnęły 850 mln zł, więc jeśli małżonkowie P. za milczenie dostali chociaż 1 proc., to są ustawieni do końca życia i to na poziomie bohaterek telewizyjnego serialu „Królowe życia”… Daj Boże każdemu – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Trzeba powiedzieć, że Marcin P. i jego żona mają pecha. Nawet nie dlatego, że od samego początku zostali przez pierwszorzędnych fachowców wytypowani – najpierw na tzw. słupy, czyli ludzi podstawionych, którzy mają firmować biznesy prowadzone przez kogoś całkiem innego, no a potem – na kozłów ofiarnych, którzy poniosą konsekwencje z surowej ręki sprawiedliwości ludowej. Myślę, że z tego powodu krzywdy nie mieli, bo nawet jeśli prawdziwi biznesmeni Amber Gold podzielili się z nimi choćby okruszkami ze stołu pańskiego, to daj Boże każdemu.

Jak bowiem ocenia niezależna prokuratura, „straty” spowodowane przez Amber Gold sięgnęły 850 mln zł, więc jeśli małżonkowie P. za milczenie dostali chociaż 1 proc., to są ustawieni do końca życia i to na poziomie bohaterek telewizyjnego serialu „Królowe życia”. Średnia krajowa w roku bieżącym wynosi prawie 6 tys. zł  brutto. Powiedzmy, że małżonkowie P. zarabialiby właśnie tyle, czyli ok 12 tys. miesięcznie. Rocznie dawałoby to 144 tys. zł. – oczywiście minus podatek i składka emerytalna, czyli ok. 10 tys. zł miesięcznie, to znaczy – 120 tys. zł rocznie. 10 lat daje 1200 tys., 20 lat – 2 400 tys., 30 lat – 3 600 tys., 40 lat – 4 800 tys., 50 lat – 6 mln, 60 lat – 8,4 mln, a więc właśnie tyle, ile mogła wynieść wartość okruszków ze stołu pańskiego.

Warto dodać, że w roku 2012 Marcin P.  i jego żona zostali aresztowani, a w roku 2019 – skazani: on na 15 lat, a ona – na 12,5 roku. Podczas pobytu w areszcie małżonka Marcina P. zaszła w ciążę z oficerem Służby Więziennej, w związku z czym może otrzymywać na swoje dziecko zasiłek w ramach 500 plus. Jak widzimy, krzywdy nie mają tym bardziej, że niezawisły Sąd Apelacyjny w Gdańsku właśnie wydał prawomocny wyrok, w którym podtrzymał dla Marcina P. karę 15 lat więzienia, a jego żonie obniżył karę o rok. Ponieważ od 2012 roku oboje przebywali w areszcie, Marcin P. więc wyjdzie z turmy najpóźniej za 5 lat, podczas gdy jego żona – za 3,5 roku. Ponieważ obydwoje przez ten czas nie puścili farby, podobnie jak Grzegorz Ż., w charakterze kozła ofiarnego skazany na 10 lat w aferze Funduszu Obsługi Zadłużenia Zagranicznego, w której rzeczywiści sprawcy rozkradli 1 640 mln dolarów, to myślę, iż dlatego nie tylko zachowali życie – podobnie jak i on – ale w ramach okruszków ze stołu pańskiego – również wspomniane – jeśli można tak powiedzieć – honorarium.

W takiej sytuacji całe przedsięwzięcie pod tytułem Amber Gold wszystkim się opłaciło, bo – jak pamiętamy – niezależna prokuratura w Gdańsku wszczęła tzw. energiczne kroki dopiero wtedy, gdy ukradziona naiwniakom forsa zniknęła w nieznanym do dzisiaj kierunku. Jeśli zatem mówię, że Marcin P. i jego żona mają pecha, to tylko dlatego, że wyrok niezawisłego Sądu Apelacyjnego w Gdańsku zapadł, zanim jeszcze weszła w życie ustawa z inicjatywy pana prezydenta „reformująca” wymiar sprawiedliwości ludowej w naszym bantustanie, przewidująca – obok likwidacji Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego – również tzw. „testowanie sędziów”. Chodzi o to, że jeśli te przepisy wejdą w życie – a wejdą, bo przecież inicjatywa pana prezydenta polega na wywieszeniu białej flagi przed finansowymi szantażystami z Unii Europejskiej, a jak chodzi o szmalec, to żartów nie ma – to strona niezadowolona z wyroku może zażądać wyjaśnienia, czy w sprawie nie uczestniczył sędzia „nielegalny”, to znaczy – rekomendowany do nominacji przez „nową” Krajową Radę Sądownictwa, a gdyby się okazało, że tak, to całe postępownaie musiałoby rozpocząć się od nowa.

Zatem pod rządami tej reformatorskiej ustawy pan Marcin P. i jego żona mogliby zażądać sprawdzenia, czy przypadkiem w całym postępowaniu nie maczał palców jakiś „nielegalny” sędzia i gdyby na takiego ananasa natrafiono – to wyrok zostałby skasowany, a sprawa wróciłaby do punktu wyjścia. Gdyby jeszcze do ponownego rozpoznania sprawy skierowany został niezawisły sędzia zwerbowany przez ABW w charakterze konfidenta w ramach „Operacji Temida”, to mogłoby się okazać, że Marcin P. i jego żona są czyści, jakby ktoś pokropił ich hyzopem, zwłaszcza gdyby i sędzia został wynagrodzony okruszkami ze stołu pańskiego. Zresztą – nie mówmy hop, bo przecież jest jeszcze możliwość skargi kasacyjnej,  wiadomo na podstawie różnych dotychczasowych przykładów, że Sąd Najwyższy „powinność swej służby rozumie” i jak trzeba, to nawet zmieni skład orzekający na taki, na którym można polegać. Na przykład w jednej sprawie okazało się, że skład pierwotnie wyznaczony był „za bardzo związany z Kościołem”, toteż usłużnie wymieniono go na taki, który już był związany z kim trzeba, no i orzekł, jak trzeba. No ale zanim sprawiedliwość ostatecznie zatriumfuje, małżonkowie P. będą musieli wrócić do więzienia, do czego wcale nie musiałoby dojść, gdyby tylko proces w niezawisłym Sądzie Apelacyjnym w Gdańsku trochę się przeciągnął. Dlatego można mówić o pechu.

Warto bowiem zwrócić uwagę, że wszystko zostało przygotowane fachowo, tak samo jak w aferze FOZZ. Niezawisłe sądy w znanym na całym świecie z niezawisłości – chociaż okręg poznański też z tego samego w świecie słynie – gdańskim okręgu sądowym nie zwróciły uwagi, że na Marcinie P. ciążą liczne kondemnatki. Przecież nie dlatego, że tamtejsi niezawiśli sędziowie nie są spostrzegawczy. Przeciwnie – jak trzeba, to nic nie ujdzie ich argusowym oczom, ale jak nie trzeba, to…

A kiedy wiadomo, czy trzeba, czy przeciwnie – nie trzeba? Wtedy, gdy niezawisłym sędziom odpowiednie rozkazy wyda ktoś starszy i mądrzejszy, najczęściej ten, kto w swoim czasie wystrugał ich z banana. Kto to może być? A któż by, jak nie stare kiejkuty, które dzięki temu zapewniają sobie bezkarność i mogą robić wszystko, co im się tylko podoba. Można powiedzieć, że to oni właśnie, to znaczy – bezpieczniacy ze wszystkich rozmnożonych w naszym bantustanie watah – stanowią sól ziemi czarnej, której służy cały aparat państwowy III Rzeczypospolitej tak samo, a może nawet jeszcze gorliwiej, niż obecnie „narodowi ukraińskiemu”.

Znakomitą ilustracją tej służby był widok dygnitarzy państwowych i samorządowych, jak na lotnisku imienia Kukuńka w Gdańsku, niczym burłacy barki na Wołdze, viribus unitis ciągnęli samolot kupiony za pieniądze ukradzione od naiwniaków, co to zaufali Amber Gold, w którym – jak to w 2012 roku zawiadomił niezależną prokuraturę poseł PiS Tomasz Kaczmarrk, którego najwyraźniej  Voldsdeutsche Partei nie dopuściła do konfidencji, że taka np. Agencja Wywiadu zainwestowała w ten biznes 2 mln zł. Jeśli wziąć pod uwagę, że w powietrzu rozpłynęło się ponad 850 mln zł, to trzeba przyznać, że bezpieczniacy nauczyli się robić interesy. Aż nie chce mi się wierzyć, by okruszkami ze stołu pańskiego nie podzielili się z niezawisłymi sądami, czy niezależną prokuraturą. W tej sytuacji nie dziwi, że niezawisły Sąd Apelacyjny  sporządził aż 9345 stron uzasadnienia wyroku. Rzeczywistych sprawców trzeba bowiem schować za parawanem tej makulatury.

Stanisław Michalkiewicz                           

Poprzedni artykułTo państwo ma najlepszą cenę gazu w Europie
Następny artykułPrzedsiębiorców czeka kolejny wysoki wzrost składek ZUS