Istniejące regulacje ustawowe w coraz większym stopniu stają się fikcją. Korzystne dla urzędników orzeczenia sądów administracyjnych rozzuchwalają, świadomość bezkarności wzmacnia bezczelność. Choć prawo do informacji istnieje formalnie, faktycznie jest po prostu coraz częściej lekceważone – pisze w najnowszym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Nie jestem dziennikarzem informacyjnym, więc i moje potyczki z instytucjami o informacje nie są bardzo częste. Ale jednak się zdarzają, ostatnio coraz częściej, bo oficjalnie udzielane wyjaśnienia są albo bezwartościowe, albo ich nie ma. Tymczasem od kilku lat wśród dziennikarzy zapanowała dziwna niemoc. Niby o coś pytają przedstawicieli władzy, ale zwykle są to pytania banalne, oczywiste i niekonkretne. Informacji, które powinien dziennikarz wydobywać, nie ma i nie da się ich nigdzie znaleźć. Jako publicysta korzystam raczej z tego, co ustalili dziennikarze informacyjni. Ale jeśli oni nie ustalają, staram się to robić sam.

Oto dwa przykłady z ostatniego czasu. Chciałem się dowiedzieć, jaka część przybywających do Polski ukraińskich uchodźców postanowiła skorzystać z ochrony międzynarodowej na podstawie nie dyrektywy unijnej z 2001 r., ale konwencji genewskiej o uchodźcach lub unijnej konwencji dublińskiej, na podstawie których występuje się o formalny status uchodźcy i ochronę międzynarodową. Chciałem się również dowiedzieć, jakie działania podjął ZUS, żeby zweryfikować prawo uchodźców do pobierania w Polsce świadczeń, które mieli tracić po 30 dniach pobytu poza naszym krajem. Wiedziałem, że ZUS apeluje do nich o informowanie go w momencie opuszczania Polski, ale poleganie na dobrowolnej informacji od samych świadczeniobiorców jest przecież trochę niepoważne.

W pierwszej sprawie skierowałem konkretne pytania do MSWiA, w drugiej – do ZUS. Te pierwsze wysłałem jeszcze w połowie kwietnia. Te drugie kilkanaście dni temu. Ustawa o informacji publicznej, na podstawie której działają również dziennikarze, mówi w swoim art. 13.:

  1. Udostępnianie informacji publicznej na wniosek następuje bez zbędnej zwłoki, nie później jednak niż w terminie 14 dni od dnia złożenia wniosku, z zastrzeżeniem ust. 2 i art. 15 ust. 2.
  2. Jeżeli informacja publiczna nie może być udostępniona w terminie określonym w ust. 1, podmiot obowiązany do jej udostępnienia powiadamia w tym terminie o powodach opóźnienia oraz o terminie, w jakim udostępni informację, nie dłuższym jednak niż 2 miesiące od dnia złożenia wniosku.

Obie instytucje złamały już prawo, nie udzielając odpowiedzi do dziś. (Tu aktualizacja: MSWiA w końcu odpowiedziało, po blisko półtora miesiąca, już po napisaniu tego tekstu, prawdopodobnie po nawiązywaniu do sprawy kilkakrotnie na Twitterze.) Na bezczela. I nie jest to coś wyjątkowego. Jak powiedział w prowadzonym przeze mnie programie „Polska na Serio” Szymon Osowski z Sieci Obywatelskiej Watchdog Polska – organizacji pozarządowej od 19 lat zajmującej się dostępem do informacji – to coraz częstsza praktyka. Wprawdzie, zdaniem mojego rozmówcy, polska ustawa jest naprawdę dobra, ale problemem jest, jak bywa stosowana przez sądy administracyjne, gdy sprawy o bezczynność organu tam trafiają i jak z niekorzystnych dla obywateli orzeczeń natychmiast uczą się korzystać instytucje. Co więcej, wiele urzędów uznało, że pytający, w tym zwłaszcza zapracowani dziennikarze, nie będą mieli czasu, żeby zmagać się z brakiem odpowiedzi i składać wnioski do sądu. Stąd coraz bezczelniejsze zachowania.

Sposoby reakcji na wniosek o udostępnienie informacji publicznej można uszeregować. Zdarza się – rzadko, ale jednak – że informacja jest wyczerpująca. Taką dostałem, nawet szybko, od Polskiego Funduszu Rozwoju, gdy pytałem jeszcze w marcu o mieszkania, które PFR udostępnił uchodźcom. Drugi poziom to odpowiedź udzielana na czas lub z niewielkim opóźnieniem, ale wymijająca. Tak było, gdy pytałem Ministerstwo Zdrowia o koszty opieki medycznej dla uchodźców. Odpowiedź przyszła (nieco spóźniona), ale składała się z czterech absurdalnych zdań, nijak się niemających do postawionych przeze mnie pytań. Na ponowione pytania już odpowiedzi nie było. I wreszcie poziom ostateczny to całkowity brak odpowiedzi lub informacji o konieczności przedłużenia terminu jej udzielenia, czyli to, co prezentuje resort pana ministra Kamińskiego.

Prawo do informacji jest ściśle powiązane z wolnością słowa i możliwością sprawowana kontroli nad rządzącymi nie tylko przez media, ale także przez obywateli. Przecież nasza polska regulacja tak samo traktuje pytanie zwykłego Kowalskiego jak pytanie przedstawiciela dużej redakcji. Obaj działają na podstawie tego samego przepisu – i dobrze.

Prawo do informacji nie jest oczywiście absolutne – jasne, że w pewnych sytuacjach ulega ograniczeniu. Ale uzasadnieniem dla niechęci do udzielania odpowiedzi nie może być na przykład to, że jest to „zawracanie głowy” albo że „brakuje nam ludzi”. A już na pewno nie to, że władza nie chce ujawniać niewygodnych dla niej informacji.

Mimo że polska ustawa o dostępie do informacji publicznej jest całkiem dobra, to praktyka robi się coraz gorsza. Krótka odpowiedź na pytanie, dlaczego urzędy odpowiadają zdawkowo, głupio, pokrętnie albo po prostu nie odpowiadają w ogóle, jest oczywista: bo mogą. To znaczy – mogą faktycznie, bo oczywiście formalnie nie mają do tego prawa. Chociaż złożenie skargi do sądu administracyjnego na bezczynność organu jest względnie proste, to poza osobami wyjątkowo zaangażowanymi mało kto ma na to czas – i urzędnicy to wiedzą. A już kompletnie beznadziejna sprawa robi się, gdy odpowiedź zostaje udzielona, ale jest to odpowiedź jawnie absurdalna. Wtedy nawet nie ma z czym iść do sądu. Odpowiedź była? Była.

Oto przykład – moje pytania skierowane do Ministerstwa Zdrowia.

  • Czy MZ jest w stanie oszacować, w jakim stopniu wzrośnie w związku z napływem uchodźców obciążenie systemu opieki zdrowotnej?
  • O ile to obciążenie wzrosło już teraz, czyli jaką liczbę uchodźców system już obsłużył/obsługuje?
  • Ilu dodatkowych pacjentów jest w stanie zaabsorbować i obsłużyć system podstawowej opieki medycznej?
  • Pod jakimi warunkami system byłby w stanie obsłużyć dodatkowych pacjentów? Zwiększenie finansowania? Zwiększenie liczby lekarzy?
  • Czy dysponują Państwo szacunkami dotyczącymi tego, jakie specjalistyczne usługi medyczne będą najczęściej wykorzystywane przez uchodźców? Jeśli tak, to co z tych szacunków wynika?
  • Czy wiadomo, o ile wydłuży się termin oczekiwania na wizytę u najpopularniejszych specjalistów?
  • Czy potrafią Państw szacować, jakie będzie dodatkowe obciążenie polskiej onkologii?
  • Czy MZ ma informacje na temat tego, jakiej liczbie polskich pacjentów odwołano lub przesunięto zabiegi lub wizyty ze względu na napływ uchodźców?
  • Czy MZ dysponuje szacunkami, o ile wzrosną koszty ochrony zdrowia z związku z sytuacją?

Odpowiedź brzmiała:

W imieniu rzecznika prasowego informuję, że udzielane obywatelom Ukrainy świadczenia medyczne, refundacja leków i zaopatrzenia w wyroby medyczne, stosownie do ustawy z 12 marca 2022 r. o pomocy obywatelom Ukrainy w związku z konfliktem zbrojnym na terytorium tego państwa, nie obciążą systemu opieki zdrowotnej. Koszty powyższych są pokrywane z budżetu państwa, a nie składek zdrowotnych.

Jednocześnie informuję, że o kolejności przyjmowania pacjentów w placówkach leczniczych decydują wyłącznie względy medyczne i stan zdrowia pacjenta oraz miejsce na liście oczekujących (np. przy zabiegach planowych). Narodowość i obywatelstwo pacjentów nie stanowi przesłanki do przyjmowania poza kolejnością.

Pierwszy akapit zawiera stwierdzenie jawnie nonsensowne – tak jakby budżet państwa tworzyły krasnoludki i finansowanie jakichś świadczeń z budżetu nie obciążało obywateli. Ale jest też kompletnie obok zadanego pytania, bo przecież nie dotyczyło ono obciążenia finansowego, ale osobowego. Gdybym chciał znać koszty, zapytałbym o koszty.

To rzecz jasna tylko przykład, ale pokazujący, jak w większości przypadków wygląda dzisiaj korespondencja z urzędami. Dzieje się zatem coś bardzo groźnego: istniejące regulacje ustawowe w coraz większym stopniu stają się fikcją. Korzystne dla urzędników orzeczenia sądów administracyjnych rozzuchwalają, świadomość bezkarności wzmacnia bezczelność. Choć prawo do informacji istnieje formalnie, faktycznie jest po prostu coraz częściej lekceważone.

Można założyć, że stoi za tym groźne przeświadczenie, iż urzędnicy nie muszą się tłumaczyć jakiemuś tam obywatelowi – czy to dziennikarzowi, czy tym bardziej zwykłemu Kowalskiemu, któremu się ubrdało, że będzie ich zasypywał pytaniami. To przeświadczenie z kolei umocowane jest w paradygmacie relacji państwa z obywatelem. Jeśli jest to paradygmat służby obywatelom, w którym urzędnicy i politycy czują się przez ludzi zatrudnieni i w związku z tym rozumieją, że mają obowiązek wyjaśniania swoich działań – będą też udzielali jasnych i wyczerpujących odpowiedzi. Jeśli zaś czują się właścicielami państwa i jego mieszkańców – istniejący formalnie obowiązek informowania będą uznawali za bezzasadną złośliwość i upierdliwość, ze wszystkimi tego konsekwencjami.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułSrebrny Rynek strategicznym obszarem polskiego przemysłu
Następny artykułUkraińskie firmy przenoszą się do Polski