Szkodliwe zjawisko, tzw. overcriminalization, powoli przekształca rzekomo liberalny system prawny w pełzającą dyktaturę. Oczywiście epidemiologom i wirusologom to nie przeszkadza, gdy sami z czymś walczą, ale już wadzi, gdy chodzi o nich. Nie widzę jednak powodów, aby ulegać hipokryzji – pisze w najnowszym felietonie Michał Góra.

Zawsze za banialuki uważałem z jednej strony socjalistyczne i komunistyczne, a z drugiej postmodernistyczne teorie o tym, że instytucje publiczne i prawo mają głównie na celu ochronę interesów rządzącej klasy społecznej. Niemniej życie weryfikuje tego rodzaju przekonania, gdy dostarcza przekonywających przykładów. Spróbujmy prześledzić jeden z nich.

Jak zapewne Państwo zauważyliście, przez ostatnie dwa lata w dobrym tonie było popieranie drakońskich rozwiązań prawnych i technologicznych, które miały na celu zwalczanie – realnego zresztą, ale nie w tym rzecz – zagrożenia epidemiologicznego. I tak funkcjonariusze policji przeszukiwali siatki z zakupami, czy aby obywatele nie zaopatrzyli się w jakieś zbyteczne towary podczas wizyty w sklepie. Obowiązywały wysokie grzywny i kary pieniężne za takie zachowania, jak na przykład zbyt bliskie stanie obok innej osoby na ulicy. Za rozsądne uznawano popieranie systemów cyfrowego śledzenia kontaktów i statusu medycznego ludzi, w tym przez pewien czas rozważano w Polsce zamontowanie kamer termowizyjnych w supermarketach. Za nierozsądne uznawano natomiast doszukiwanie się w tych rozwiązaniach pewnej przesady. Obecnie sytuacja się na szczęście wyklarowała, bo wiadomo już ponad wszelką wątpliwość, że kto się sprzeciwiał, ten po prostu był przesiąknięty ruską propagandą. Nietrudno było natomiast zauważyć, że głosy popierające rygorystyczne rozwiązania prawne – chociaż ma to wszystko charakter jednak pewnego populizmu, żerującego na ludzkiej potrzebie poczucia bezpieczeństwa – wychodziły z kręgów, które ogólne nazwalibyśmy „elitami”. Rządowymi, dziennikarskimi, naukowymi czy lekarskimi. Niektórzy chcieliby najwyraźniej zapomnieć o promowaniu takich prądów myślowych jak „zero COVID”, importowanych wprost z Chin, w których to szaleństwo nadal trwa.

Rzecz w tym, że gdy przychodzi do osądzania czynów samych już elit, to rozwiązania penalne nagle okazują się szalenie nieskuteczne i opresyjne. Ewidentny jest tutaj przykład lekarzy. Nie mieli oni bowiem litości dla swoich współobywateli i z telewizora grzmieli, że to idioci i samobójcy, chociaż trudno na przykład chęć wyjścia na spacer czy wysłania dziecka do szkoły (po kilkudziesięciu tygodniach absencji) uznać za coś nieprzyzwoitego. Ostatnio The Economist opublikował zarazem ciekawy artykuł na temat błędów medycznych pt. „Too many Britons die from medical mistakes”, gdzie stwierdzono – ze względu na prawa autorskie jestem zmuszony zacytować w oryginale – że „(…) on average, around 150 people are dying unnecessarily in NHS hospitals every week; that is more than 1% of all deaths in the country”.

Błędy ludzkie się oczywiście zdarzają i karalność nieumyślnych przestępstw zawsze jawi się jako rzecz kontrowersyjna, ale jednocześnie nieodzowna. Skazujemy na przykład na karę pozbawienia wolności kierowców, którzy naruszyli jakieś zasady bezpieczeństwa i doprowadzili do wypadków komunikacyjnych. Z praktyki wiem, że niekiedy są to tragiczne sytuacje, które z przestrzegającego porządku prawnego obywatela robią nawet osadzonego w zakładzie karnym. Niemniej jednak, odpowiedź środowiska naukowego i medycznego na problem śmiertelnych błędów medycznych jest inna niż w przypadku rozwiązań proponowanych dla ogólnej populacji, gdzie postulowano najczęściej tylko większą ilość przymusu państwowego i kar. Tutaj modne jest na przykład proponowanie systemu no fault, to znaczy zdjęcie odpowiedzialności z indywidualnego lekarza i przerzucenie jej na „system” lub organizację szpitalną. Lekarze coraz częściej narzekają także na to, że trudno jest im rzetelnie wykonywać swoją pracę, gdy wisi nad nimi ryzyko wszczęcia postępowania prokuratorskiego w przypadku błędu. Dokładnie tak, jak wisi ono nad głowami setek tysięcy przedsiębiorców, menedżerów, podatników, prawników czy inżynierów, a coraz częściej po prostu zwykłych ludzi, którzy ze względu na mało elastyczny system prawny łatwo mogą stać się przestępcami, nawet o tym nie wiedząc.

Dlaczego właściwie nie przyjęto tego typu liberalnej retoryki w przypadku epidemii? Normalne funkcjonowanie społeczeństwa, na przykład pozostawienie otwartej edukacji publicznej czy dozwolenie na spacery i wykonywanie amatorskiego i indywidualnego sportu, też jest wartością samą w sobie. W takiej sytuacji negatywne skutki szerzenia się choroby zakaźnej również można wkalkulować w ryzyko funkcjonowania systemu, zamiast uganiać się za indywidualnymi sprawcami – zwłaszcza drobnych – naruszeń. Jak to jest, że w przypadku organizacji szpitalnej skuteczne ma być systemowe rozwiązywanie problemów, najlepiej bez stosowania kar i wskazywania winnych, a w odniesieniu do ogółu społeczeństwa bez drakońskich kar się już nie obędzie?

W tym miejscu przypominają mi się słynne słowa Janusza Korczaka, który słusznie twierdził, że „Wszystko, co osiągnięte tresurą, naciskiem, przemocą, jest nietrwałe, niepewne, zawodne”. Traktujemy je jako oczywistość na gruncie pedagogiki i najwyraźniej w elitarnych instytucjach. Dlaczego nie w odniesieniu do ogółu społeczeństwa

Chciałbym, aby sprawa była jasna. Jestem zwolennikiem systemu no fault. Jednak albo dla wszystkich, albo dla nikogo. To pozwoli nam po prostu na powrót do rzymskiej koncepcji, że prawo karne jest ostatecznością, czyli ultima ratio. Tymczasem tak nie jest i miesięcznie ukazuje się co najmniej kilka ustaw, które mają obszerny rozdział „Przepisy karne” i penalizują najdrobniejsze przewinienia, w rodzaju niepodpisania jakiejś firmowej polityki, przypadkowego udostępnienia danych osobowych nieuprawnionej osobie, a ostatnio zbyt bliskiego stania obok kogoś na ulicy. Wiąże się to ze szkodliwym zjawiskiem tzw. overcriminalization, które powoli przekształca rzekomo liberalny system prawny w pełzającą dyktaturę. Oczywiście epidemiologom i wirusologom to nie przeszkadza, gdy sami z czymś walczą, ale już wadzi, gdy chodzi o nich. Nie widzę powodów, aby ulegać hipokryzji i walczyć z tym fenomenem tylko w odniesieniu do określonych, wpływowych grup zawodowych.

Michał Góra

Poprzedni artykułRząd zajmie się pracą zdalną. Zobacz, jakie zmiany szykują się w Kodeksie pracy
Następny artykułUSA ogłosiły powstanie nowego porozumienia o współpracy z Azją