Polityka rozbuchanych wydatków państwa, stymulowana zaciąganiem nadmiernej liczby kredytów, musi zakończyć się nie tylko wzrostem zadłużenia publicznego, ale także kryzysem, a w efekcie ubożeniem społeczeństwa, które na dodatek te zobowiązania będzie musiało spłacić.

fot. Pixabay.com

Filip Lamański, redaktor naczelny portalu Obserwator Gospodarczy, w swoim artykule na FPG24 sprzed dwóch miesięcy zatytułowanym „Próg, o który można wybić sobie zęby” broni polityki, która ostatecznie musi doprowadzić do gospodarczego załamania. Napisał, że w czasach dekoniunktury obowiązujący 60-proc. limit zadłużenia w stosunku do PKB „jest poważnym balastem istotnie wpływającym na dalsze możliwości rozwojowe”. To myślenie zgodne ze zbankrutowaną teorią keynesowską, która mówi, że w czasie kryzysu należy bez opamiętania szastać publicznymi pieniędzmi, a wtedy przyjdzie koniunktura.
Tak, koniunktura przyjdzie, ale w krótkim horyzoncie czasowym, a długookresowo nastąpi jeszcze głębszy kryzys niż ten pierwotny.

Nowy Ład nie zadziałał

Historyk Jan Jakub Tyszkiewicz w swojej książce pt. „W cieniu błękitnego orła” tłumaczy, że zgodnie z austriacką teorią cyklu koniunkturalnego kryzys trwa „tak długo, aż sytuacja na rynku się nie ustabilizuje, nagromadzone błędne inwestycje zbankrutują, a kapitał przestanie się w nich marnować”. Natomiast „w przypadku niedopuszczenia do rynkowej samoregulacji […] kryzys siłą rzeczy się przedłuży i mocniej uderzy w całą gospodarkę. Udzielanie pożyczek upadającym firmom, kontynuowanie inflacji, zawyżanie płac i cen, stymulowanie konsumpcji i zniechęcanie do oszczędzania, dotowanie bezrobocia, finansowanie robót publicznych z pieniędzy podatników, podwyższanie podatków w celu zbilansowania rozdętego budżetu – to działania podejmowane przez państwo, które przedłużą kryzys”.

Dlatego właśnie napędzanie wydatków publicznych – na dodatek poza próg bezpieczeństwa zadłużeniowego – nie jest dobrym pomysłem, a sam limit nie jest żadnym balastem – jak uważa Lamański – a raczej środkiem, który ratuje kieszenie podatników przed szkodliwymi pomysłami etatystycznych polityków.

Lamański pisze, że w „nienormalnych czasach” „potrzebna była stymulacja gospodarki”, ale kto ma decydować o tym, że mamy nienormalne czasy? Kto ma decydować, że już jest potrzebna stymulacja i w jakim zakresie, albo że jeszcze nie? Stymulacja ze strony państwa zawsze jest szkodliwa i przynosi skutki przeciwne do oczekiwanych, co pokazuje choćby rooseveltowski New Deal. Sprowadzający się do radykalnego zwiększenia wydatków publicznych Nowy Ład nie tylko nie zdusił Wielkiego Kryzysu, ale zdaniem analityków tamtego okresu przedłużył go o dobrych kilka lat. W 1939 r. Henry Morgenthau, zaufany sekretarz skarbu prezydenta Franklina Delano Roosevelta, zapisał w swoim notatniku: „Zakosztowaliśmy wydawania pieniędzy. Wydajemy więcej niż kiedykolwiek przedtem i to nie działa. (…) Po ośmiu latach funkcjonowania tej administracji stwierdzam, że mamy dokładnie takie samo bezrobocie, jakie było, kiedyśmy zaczynali (…) i w dodatku ogromny dług!”. Również tzw. Plan Marshalla po drugiej wojnie światowej nie zbawił Europy Zachodniej, a jedynie uzależnił ją od USA.

Jak zaznacza Filip Lamański, zdaniem Międzynarodowego Funduszu Walutowego i Banku Światowego, w kryzysie państwo powinno się zadłużać, by „ratować miejsca pracy i chronić społeczeństwo przed ubóstwem”. Jednak to, że instytucje te zachęcają państwa do brania kredytów, to nie jest nic dziwnego. One na tym zarabiają! Co oczywiste, na dodatek dług publiczny uzależnia państwo od wierzycieli, co nie jest pożądane z punktu widzenia obywateli takiego kraju.

Szkodliwy rozrost państwa

Lamański przywołuje też bliżej nieokreślone badania, które mają rzekomo wskazywać, iż „jeśli zadłuża się państwo, to w mniejszym stopniu muszą to robić podmioty prywatne”. Otóż zależność jest całkiem inna. Jeśli zadłuża się państwo, to podmioty prywatne mają trudniejszy dostęp do kredytów, bo państwo jest ich konkurentem na rynku finansowym. Jednym słowem, jeśli państwo bierze kredyty czy wypuszcza obligacje, to firmy prywatne o tyle mniej mają pieniędzy na inwestycje. W ten sposób wypierane są prywatne inwestycje, które jako jedyne pozwalają wyjść z kryzysu (właśnie dlatego kryzys się przedłuża!).
Co więcej, przesunięcie kredytów od sektora prywatnego do publicznego oznacza, że państwo (czyli politycy) obejmie większą kontrolę nad gospodarką, co zawsze źle się kończy.

Badania ekonomiczne – które przywołuje dr Veronique de Rugy z Mercatus Center przy amerykańskim George Mason University – wskazują, że duży i rosnący poziom długu publicznego ma poważny negatywny wpływ na wzrost gospodarczy. Na każde 10 pkt proc. wzrostu wskaźnika zadłużenia przyszły wzrost gospodarczy zmniejsza się o 0,2 pkt proc.

To, że „bezpieczny” poziom zadłużenia publicznego w relacji do PKB jest zależny od różnych czynników nie znaczy, że właściwą polityką jest zadłużenie państwa do tego poziomu. To, że na świecie są kraje, których zadłużenie przekracza 100 i 200 proc. ich PKB, nie oznacza, że mamy brać je za wzór do naśladowania, gdyż dają zły, a nie dobry, przykład. Tym bardziej, że zadłużenie publiczne to objaw nadmiernych wydatków władz, czyli większej ingerencji państwa w gospodarkę – ze wszystkimi wypaczeniami, co samo w sobie jest niewłaściwą polityką. Oznacza bowiem więcej rządowych programów, więcej państwowych chybionych inwestycji oraz więcej szkodliwych dotacji i subwencji.

Wbrew temu, co uważa autor artykułu „Próg, o który można wybić sobie zęby”, zapisany w obowiązującej konstytucji z 1997 r. próg bezpiecznego poziomu zadłużenia państwa to jeden z lepszych przepisów, jaki dała nam ta ustawa zasadnicza. Szkoda tylko, że konstytucyjny limit został ustalony na poziomie 60 proc. PKB, a nie 0 lub choćby 10 proc.
Polityków należy powstrzymywać od nadmiernych wydatków – niezależnie, czy mamy czas prosperity, czy czas kryzysu. Mają bowiem do nich ogromny pociąg, gdyż z ich punktu widzenia daje to same plusy – w ten sposób można przekupić wyborców, a przy okazji jeszcze umożliwić mniej lub bardziej legalne wzbogacanie się klasy rządzącej. Oni nie martwią się spłaceniem zaciągniętych kredytów ani wykupem obligacji, bo kiedy nastąpi ten czas, to już nie oni będą rządzić. Spłata zostanie na barkach podatników i całego społeczeństwa, które będzie musiało zacisnąć pasa. Dlatego optymalnym rozwiązaniem jest zakaz uchwalania deficytu budżetowego – co swego czasu proponowali politycy UPR – i zakaz zaciągania długu publicznego.

Bezprecedensowy rabunek

W związku z tym absolutnie nie warto rozpoczynać dyskusji o tym, czy konstytucyjny limit długu publicznego powinien zostać zniesiony. Nie powinien! Absolutnie nie wolno tego robić! Filip Lamański naiwnie dodaje, że w tej sytuacji należałoby stworzyć „sztywne ramy prawne, które ograniczyłyby możliwości finansowania przez rząd populistycznych obietnic wyborczych”. Jednak co z tego, że takie ramy zostałyby nawet ustalone (choć raczej jest to wątpliwe), jeśli w każdej chwili mogą zostać przez parlament zniesione. Skąd nagle u autora infantylna wiara, że politycy zachowają się właściwie?

Filip Lamański proponuje, by podnieść limit zadłużenia do 100 proc. PKB. Ale dlaczego akurat do 100 proc.? Skoro zadłużenie ma przynosić same korzyści, to może podnieść ten limit do 200, 300 proc., albo całkiem go znieść? Jedźmy na całego! Przecież – jak perfidnie mówił John Maynard Keynes – „w dłuższej perspektywie wszyscy umrzemy”, więc to nie my będziemy spłacać te długi, tylko nasze dzieci i wnuki.
Na dodatek, im więcej tego zadłużenia, tym więcej potem do spłacenia i więcej potrzeba funduszy na bieżącą obsługę, a to już prosta droga do tego, by politycy zabrali się do podnoszenia podatków.

Mój polemista pisze, że Polska powinna „zwiększyć swoje możliwości rozwojowe za pomocą taniego pieniądza”. Tymczasem prof. Jesus Huerta de Soto z Uniwersytetu Juana Carlosa w Madrycie w książce pt. „Pieniądz, kredyt bankowy i cykle koniunkturalne” wyjaśnia, że ekspansja kredytowa „prowadzi do autodestrukcyjnego boomu, który wcześniej czy później zakończy się odwrotem w postaci kryzysu gospodarczego i recesji”. A to dlatego, że następuje nagromadzenie błędnych inwestycji, czyli pieniądze zostają roztrwonione, przez co społeczeństwo staje się uboższe.

Zadłużenie publiczne to redystrybucja pieniędzy od ludzi, którzy będą żyli i pracowali w przyszłości, do ludzi, którzy żyją dzisiaj. I to bez zgody (a nawet wiedzy!) tych pierwszych. Tę moralnie niegodziwą politykę można określić bezprecedensowym rabunkiem przyszłych pokoleń, ponieważ – jak słusznie twierdził noblista Milton Friedman – pożyczanie pozwala politykom i obywatelom podatnikom przerzucić rachunek za dzisiejsze zakupy na przyszłe pokolenia. Tak jak w przypadku unijnego Funduszu Odbudowy – politycy w 2021 r. rozwiązują swoje problemy, przerzucając je na polityków, którzy rządzić będą w roku 2055.