Fot. Twitter

O wymianie kandydata na prezydenta i zakończeniu „projektu Kidawa” politycy Platformy Obywatelskiej mówili od dłuższego czasu. Zresztą kandydatura Kidawy-Błońskiej została narzucona szefowi PO Borysowi Budce przez poprzedniego lidera tej formacji Grzegorza Schetynę. Tak naprawdę w Platformie mówiono o Kidawie jako o „nieszczęsnym spadku po Schetynie”, a słowa „Ale nas wrobił Schetyna w tę Kidawę” należały do najłagodniejszych.

Politycy Platformy są przekonani, że „kulturalna i obyta” Małgorzata Kidawa-Błońska co prawda na piastowanie stanowiska prezydenta Polski znakomicie się nadaje, ale nie nadaje się kompletnie do walki wyborczej. W tym elemencie biją ją na głowę inni kandydaci zabiegający o głosy zwolenników PO: szef PSL Władysław Kosiniak-Kamysz oraz Szymon Hołownia. Umieli dotrzeć ze swoim przekazem do wyborców Platformy, co pokazały wewnętrzne badania PO. Otóż wynika z nich, że aż prawie 60 proc. elektoratu Platformy zagłosowałoby na Hołownię, nieco ponad mniej na Kosiniaka-Kamysza. A jedynie 5 proc deklarowało oddanie głosu na Kidawę-Błońską!

Tak więc dołująca w sondażach Kidawa-Błońska ogłosiła rezygnację. Do samego końca nie było to takie pewne dla wierchuszki PO. Bo, jak mówią nieoficjalnie politycy tej partii, gdyby sama Kidawa nie ogłosiła rezygnacji, oni sami raczej nie mogliby jej wymienić. A emocje w łonie PO były już tak ogromne, że spodziewano się nawet uporu Kidawy, wobec którego partia musiałaby ustąpić.

Platforma zamówiła sondaże dla partii i pytała, kogo spośród polityków tej formacji Polacy widzieliby jako prezydenta i na którego oddaliby swój głos. Wygrał Rafał Trzaskowski, obecny prezydent Warszawy. W zamówionych dla partii badaniach „na wejście” uzyskiwał ponad 15 proc. punktów sondażowych, kolejne badanie po tygodniu dało mu jeszcze więcej. I dlatego on okazuje się ostatnią szansą Platformy w wyborczym wyścigu.

W Prawie i Sprawiedliwość też od jakiegoś czasu atmosfera dużej nerwowości. Politycy partii rządzącej mają obawy co do wystawienia nowego kandydata przez PO. Dlaczego? Bo sondaże wskazują od dłuższego czasu na to, że Andrzej Duda nie wygra w pierwszej turze. Będzie dogrywka, zatem druga tura z kimś spośród opozycji: czyli albo z Szymonem Hołownią, albo Władysławem Kosiniakiem-Kamyszem, albo Rafałem Trzaskowskim właśnie.

To powoduje dużą nerwowość wśród rządzących. Obawiają się jednego: że druga tura wyborów prezydenckich będzie plebiscytem „za PiS, czyli głos na Andrzeja Dudę” albo „anty PiS”, niezależnie od tego, kim będzie rywal urzędującego prezydenta.

Prezes Jarosław Kaczyński doskonale zdaje sobie z tego sprawę. Wie, że tylko wygrana Andrzeja Dudy w prezydenckim wyścigu jest jedyną szansą na trwanie rządów Zjednoczonej Prawicy. Która zresztą po woltach byłego wicepremiera Jarosława Gowina tak bardzo zjednoczona już nie jest. Tak naprawdę każde głosowanie w Sejmie wisi na włosku. Senat już w rękach opozycji. Jeśli do tego dojdzie jeszcze opozycyjny prezydent, obecne rządy się skończą. Kaczyński wyraźnie powiedział to swoim ludziom: “W razie wygranej opozycyjnego kandydata na prezydenta, rządzić nie damy rady. Konieczne będą przedterminowe wybory” – usłyszeli najbliżsi współpracownicy prezesa PiS. Kiedy te ewentualne wybory? Jesienią.

Te słowa prezesa PiS mają także na celu uświadomienie politykom i działaczom ich obozu, o co toczy się gra. O wszystko.