Sceny, których jesteśmy świadkami w następstwie protestów pod hasłem „Black Lives Matter”, które mają miejsce w Stanach Zjednoczonych, w Wielkiej Brytanii i we Francji, zresztą po trochu wszędzie w Europie, po to, aby rozliczyć zdarzenie ocenione jako „rasistowskie”, nie są pozbawione analogii do momentów zaślepienia, które składają się na przykre wspomnienia.

Niech przeszłości ślad dłoń nasza zmiata! To przecież słynne wezwanie z Międzynarodówki, tej rewolucyjnej pieśni zrodzonej w czasach Komuny Paryskiej w 1871 r. może mieć poważne konsekwencje. Przewrócić kartę przeszłości, uwierzyć w to, że możemy zacząć zupełnie od nowa, od zera, tak aby zbudować nowy świat, obowiązkowo lepszy, to wielka pokusa dla każdego pokolenia, które jest przekonane, że może zrobić więcej niż poprzednie. Przekonane, że przyszłość należy do niego. Ta nadzieja, która czyni życie każdego człowieka kolejnym nowym punktem zmian, może jednakże przerodzić się w koszmar, jeśli stanie się nakazem, który ma na celu, nie tyle otwieranie ścieżek przyszłości, ile systematyczne niszczenie tego, co zostało zrobione wcześniej, oraz zaprzeczanie historii, która przecież jest częścią składową tego, kim jesteśmy. Wymazanie przeszłości, jakie wiąże się z ryzykiem amnezji, otwiera drzwi do manipulacji, gdyż brak jest wtedy punktów odniesienia w czasie.

Zachowując wszelkie proporcje, z radykalnie innym kontekstem politycznym, to pragnienie do zniszczenia przeszłości, które obserwujemy obecnie, przywodzi na myśl Chiny z czasów rządów Mao w latach 1960–1970, kiedy to kohorty Czerwonej Gwardii atakowały symbole historii. Owszem, tłumy te były zdalnie sterowane przez Mao, który próbował w tamtym czasie odzyskać kontrolę nad państwem, kontrolę i władzę, która została zakwestionowana po gigantycznej katastrofie polityki „Wielkiego Skoku naprzód” (według szacunków miało wtedy miejsce między 30 a 50 milionów zgonów), katastrofie, za którą Mao był odpowiedzialny. Oczywiście, że przemoc obecnych demonstrantów nie może być porównywana do przemocy ówczesnych podekscytowanych młodych Chińczyków, którzy wymachiwali ich małą Czerwoną Książeczką, atakując przy tym wykształcone elity, które obwiniali za to, że ucieleśniały stary porządek. Kohorty te posuwały się czasem do zabijania elit, po czym celebrowały coś na wzór antycznych Bachanalii, święta, podczas którego panował zwyczaj zjadania wątroby ofiary.

Jednakże, stawianie pod pręgierzem intelektualistów, naukowców czy to w Stanach Zjednoczonych, czy innych krajach, tych, którzy nie chcą poddać się nowej ideologii dotyczącej tzw. antyrasizmu, antykolonializmu, nawet antyseksizmu, wynika z tego samego maoistycznego pragnienia odtrącenia i zniszczenia, nie tyle człowieka jako jednostki, ile postawy duchowej i podobnie wzmacniane jest przez absurdalne metody cenzury.

„Na pustej kartce wszystko jest możliwe; można tam napisać i narysować wszystko, co najświeższe i najpiękniejsze ”. Takim hasłem przewodnim Wielki Sternik chciał pozbawić Chińczyków pamięci historycznej, aby własnoręcznie nadać jej nowy kształt, na miarę swojej manii wielkości. Mao próbował wdrożyć słynny aforyzm Wielkiego Brata z powieści George’a Orwella, zatytułowanej 1984 rok, a który najlepiej oddaje prawdziwą stawkę w grze, zarówno tej z wczoraj, jak i z dzisiaj: „Ten, kto kontroluje przeszłość, kontroluje przyszłość, ten, który kontroluje teraźniejszość, kontroluje przeszłość”. Nie, to nie poprzez wymazywanie z historii faktów i ludzi, którzy nie podobają się obecnie obowiązującej świadomości, jesteśmy w stanie zrozumieć i wyciągnąć pouczająca lekcję z historii.

Antyrasistowskiemu atakowi, jaki aktualnie ma miejsce, towarzyszy pragnienie obwiniania tych, którzy nie mieli na tyle szczęścia, aby urodzić się po odpowiedniej stronie nowej wizji historii, jaką chce się narzucić.
Idylliczna scena, jak ta, gdzie burmistrz Minneapolis błaga demonstrantów, o to, aby wybaczyli mu „przywilej” bycia Białym, przywołuje na myśl najgorsze momenty rewolucji kulturalnej w Chinach, kiedy to erudyta musiał przyznawać się do swojej miłości do starych ksiąg, po czym odbywała się jego egzekucja. Posługiwanie się samokrytyką to stara sztuczka komunizmu. Nie chodziło o udowodnienie prawdziwości oskarżenia, ale o uspokojenie sumienia katów, którzy mieli za zadanie wyeliminować winowajców.

Walka z rasizmem jest szlachetnym celem i przypomina o jednakowy statucie wszystkich ludzi. Statucie, którego nie potrzeba bronić. Ale czy należy posługiwać się taką walką, jako narzędziem do instrumentalizacji historii, tak jakby to historia była winna, tak jakbyśmy mogli ją napisać od nowa, zgodnie z aktualnymi upodobaniami, aby przypodobać się aktualnym malkontentom? Niszczenie symboli z rzekomo rasistowskiej przeszłości, obalanie kilku bohaterów oskarżonych o akty rasistowskie czy też rasistowskie wypowiedzi, umieszczanie na zakazanej liście arcydzieł, które nie odpowiadają obecnym kanonom mody, niczego nie rozwiązuje.

Takie czyny posłużą co najwyżej do zaspokojenia nienawiści, która nigdy nie jest dobrym doradcą. Ekstremizm prowadzący do stygmatyzacji osób, które są uznawane z góry za winne, nadaje obecnemu ruchowi „antyrasistowskiemu” kierunek, który powoduje, że poddajemy w wątpliwość jego szczerość. Winienie białego człowieka za to, że jest biały, w przypadku, gdy to nie jego wina, to głupie i bardzo niestosowne. Przepraszać i prosić o przebaczenie za to, co zrobiło się samemu, za to, czemu sami jesteśmy winni, jako jednostka? Owszem, ale nie można przepraszać za to, kim się jest, czy jeszcze za to, co miało miejsce kilka wieków przed naszymi narodzinami.

Wszystko przemija. Młodzi nam współcześni Chińczycy nie wymazują już przeszłości. Na polecenie Xi Jinpinga, ich narodowo-komunistycznego przywódcy, wychwalają oni zaszczytną historię Mocarstwa Środka, tę samą historię, którą Mao chciał zakopać pod ziemię. Koło historii kręci się w tempie, jakie nadają mu ludzie, a dzisiejsze prawdy nie mogą żądać być bardziej długowieczne niż te wczorajszej, czy jeszcze prawdopodobnie te jutrzejszej. Nie oznacza to, że fakty same w sobie nie powinny być omawiane, poddawane analizie, a nawet podlegać ocenie. Owszem, ale bez przesadnego podniecenia, a przede wszystkim bez dyktatu, bez nacisków i bez gróźb, w jakiejkolwiek byłoby to formie.

Źródło: Thierry Wolton/Le Figaro