W interesie przedsiębiorców jest nie popierać opartej na wątłych podstawach segregacji sanitarnej na „lepszych” – bo zaszczepionych i „gorszych” – jakoby bardziej niebezpiecznych, bo niezaszczepionych. Prawo które pozwoliłoby pracodawcom inwigilować pracowników, wywierać na nich presję i domagać się, tylko w teorii nieobowiązkowego, szczepienia na COVID-19, doprowadzić może do poważnych perturbacji w firmach oraz do dalszego pogłębienia podziałów społecznych.

Przygotowywany projekt ustawy grupy posłów PiS w teorii ma „chronić zarówno pracodawcę, jak i pracownika”. Pracodawca miałby prawo żądać od pracownika okazania certyfikatu szczepienia na koronawirusa. Jeśli ten nie będzie go miał lub nie zechce się zaszczepić, pracodawca będzie mógł go odesłać do „innych zadań”, wysłać na urlop bezpłatny, czy nawet zmusić do odejścia. To – przynajmniej w teorii – ma pozwolić uniknąć w firmie masowych zakażeń pracowników i ewentualnego jej zamknięcia.

Firma, która zastosuje się do tak zadekretowanych obostrzeń, byłaby też zwolniona z sanitarnych limitów i restrykcji. – Dzięki temu zachowa płynność działania, a pracownik płynność wynagrodzenia – tłumaczy inicjator pomysłu, poseł Czesław Hoc.

Nazwijmy takie postawienie sprawy jasno: to szantaż. Ulegając mu przedsiębiorcy muszą liczyć się z poważnym zagrożeniem wymienności kadr w swoich firmach, ze spadkiem wydajności pracy, z absencjami chorobowymi i zwolnieniami pracowników. Sami też będą zmuszeni podejmować decyzje, których bez tego rodzaju administracyjnej presji prawdopodobnie by nie podejmowali. Interesujące jest też, że właśnie ten projekt grupki posłów PiS – a nie rządowy – ma właśnie stać się przedmiotem międzypartyjnego spotkania u marszałek Sejmu Elżbiety Witek.

Jak to jest z tą „transmisją”?

Obowiązująca obecnie „strasząca” narracja jest taka, że owa pandemia COVID-19 napędzana jest głównie przez osoby niezaszczepione. Cel jest jasno widoczny: ci, którzy preparat przyjęli, mają wywierać naciski na tych, którzy tego nie chcą (bądź nie mogą) zrobić.

Niestety, także ta narracja nie wydaje się szczególnie sensowna. Niektóre kraje o wysokim wskaźniku szczepień – jak Irlandia czy Niemcy, a wcześniej Wielka Brytania i Izrael, odnotowywały znaczny wzrost infekcji COVID-19. W wielu rośnie też liczba chorych, a zarazem w pełni zaszczepionych.

„Szczucie” ludzi, którzy się zaszczepili na osoby, które z jakiś względów tego nie zrobiły, jest niemoralne. Jest też nielogiczne i nieuzasadnione. Nie ma badań niezbicie wykazujących, jakoby osoby niezaszczepione w większym stopniu transmitowały wirusa niż te, które preparat przyjęły. Na pismo dziennikarza śledczego i analityka Grzegorza Płaczka (publikującego m.in. na YouTube) do Ministerstwa Zdrowia, w którym dopytuje się, jakie są podstawy sugerowania, że niezaszczepieni silniej transmitują wirusa resort odpowiedział: „Urząd (Ministerstwo Zdrowia – przyp. red.) nie posiada dedykowanych wyników badań świadczących o tym, że osoby zaszczepione przeciwko COVID-19 zarażają inne osoby w mniejszym stopniu niż te, które są zakażone bezobjawowo COVID-19 i pozostają niezaszczepione”.

Pandemia niezaszczepionych?

Narracja sprzyjająca dobrodziejstwu sanitarnej segregacji nie ma racjonalnych podstaw. Podobnie jak wcześniej nic nie dały lockdowny, tak obecnie bezsensem jest wysyłanie na kwarantannę wyłącznie osób nieszczepionych, skoro zaszczepieni mogą także chorować i zarażać. Takich absurdów i nielogiczności było w historii tej „pandemii”– i nadal jest – bardzo wiele.

W najnowszym artykule badawczym, opublikowanym w prestiżowym „The Lancet”, autorstwa niemieckiego profesora Guntera Kampfa z Instytutu Higieny i Medycyny Środowiskowej na Uniwersytecie w Greifswaldzie można przeczytać, że stygmatyzacja przez rząd osób niezaszczepionych „jest nieuzasadniona”, bo także w pełni zaszczepione osoby odgrywają „istotną rolę” w przenoszeniu COVID-19.

– W USA i w Niemczech urzędnicy wysokiego szczebla używali terminu „pandemia nieszczepionych” sugerując, że osoby, które zostały zaszczepione, nie mają znaczenia w epidemiologii COVID-19. Tymczasem, jak najbardziej mają – napisał profesor Gunter Kampf. Nawet Scott Gottlieb, były komisarz Agencji ds. Żywności i Leków (FDA), który jest obecnie w zarządzie Pfizer przyznaje, że „zakażenia koronawirusem wśród zaszczepionych przeciw niemu są częstsze, niż się powszechnie wydaje”.

Jeśli więc tak jest, jakie są racjonalne powody do nietestowania zaszczepionych oraz ich preferencyjnego traktowania w pracy i w życiu publicznym? Skoro mogą zachorować, nawet bezobjawowo, to mogą tak samo zarażać jak niezaszczepieni.

Będą procesy?

Pierwszy wyrok nakazujący zatrudnienie pracownika bez tzw. zielonej przepustki (Green Pass) zapadł rankiem 22 listopada 2021 roku we Włoszech. Wyrok dotyczy zwolnionego (nie mógł wykazać się paszportem covidowym) pracownika służby zdrowia. Sąd nakazał natychmiastowe przywrócenie go do pracy, stwierdzając też, że pogwałcona została godność osobista i zawodowa pracownika.

Jak donoszą media, coraz bardziej napięte stają się stosunki między pięcioma niezaszczepionymi piłkarzami Bayernu Monachium a klubem. Władze klubu wstrzymały tym zawodnikom wypłatę – łącznie ok. 800 tys. euro wynagrodzenia. Piłkarze zamierzają podać klub do sądu.

Chociaż w USA sąd wstrzymał rozporządzenie prezydenta Joe Bidena nakazujące firmom i urzędnikom federalnym częste testowanie i szczepienia na koronawirusa, niektóre z nich rozpoczęły już szykanowanie swoich pracowników. „W sytuacji, gdy miliony amerykańskich firm będzie wymagać od pracowników szczepienia przeciwko wirusowi, zagrozi to ponad 44 milionom miejsc pracy i będzie kosztować firmy blisko 1,3 miliarda dolarów” – wynika z najnowszego raportu wydanego przez republikańskich członków Senackiej Komisji ds. Małych Przedsiębiorstw i Przedsiębiorczości.

Europa i Polska nie są wolne od tych zagrożeń. Proszczepienna akcja – w obliczu jej wyraźnego spowolnienia – coraz częściej sięga po środki przymusu. Przymus oderwany od zasad rozumu rzadko jednak przynosi dobre owoce.