Jak co roku przecieram oczy ze zdumienia, kiedy czytam o rządowych planach wydatków budżetowych na rok kolejny. Przerazić może rosnąca liczba zadań i celów wymyślanych przez polityków, na które marnowane są coraz większe sumy od podatników.

Tomasz Cukiernik

Wydatki budżetu państwa w 2023 roku (ponad 669 mld zł) będą o ponad 28 proc. wyższe niż w roku bieżącym (niecałe 522 mld zł). To znacznie więcej, niż oficjalnie wynosi inflacja. Jednocześnie przyszłoroczne wydatki budżetowe będą aż ponad 85 proc. większe niż w roku 2016 (niecałe 361 mld zł), czyli pierwszym roku rządów tzw. Zjednoczonej Prawicy. To bardzo zła wiadomość.

Im więcej pieniędzy przechodzi przez budżet, tym mniejszą mają szansę bogacić się uczciwie i ciężko pracujący Polacy, a tym bardziej bogacą się ci, którzy nie liczą na własną pracę, ale przede wszystkim na transfery pieniędzy publicznych. Mam tu na myśli sferę budżetową, ludzi ustosunkowanych politycznie (np. pracujących w państwowych funduszach i agencjach) oraz tych żerujących na coraz hojniejszych przelewach socjalnych. Co gorsze, budżet państwa to mniej niż połowa finansów publicznych, a na dodatek rząd PiS twórczo i bardzo kreatywnie przesunął różne wydatki państwa poza budżet, by była nad nimi mniejsza kontrola.

Rekordowe wydatki

Państwo finansuje wszystko, co tylko można sobie wymyślić: likwidację kopalni, kręcenie filmów, budowę muzeów i akademików, zachęcanie do czytania książek. Zajmuje się rozwojem talentów informatycznych, integracją Romów, dokarmianiem uczniów, sportem, edukacją rolną rolników, turystyką. Nie brakuje funduszy, o których istnieniu większości Polaków nie ma zielonego pojęcia, a i tak musi je opłacać grubymi milionami, jak Fundusz Rozwoju Przewozów Autobusowych o Charakterze Użyteczności Publicznej, Fundusz Wypłaty Różnicy Ceny, Fundusz Szerokopasmowy, Fundusz Dostępności czy Fundusz Inwestycji Kapitałowych (oczywiście państwowych!). O wydatkach z funduszy unijnych i dopłatach do rolnictwa nie ma co wspominać, bo to jest jeszcze większa patologia.

Tymczasem z planu budżetu państwa na rok 2023 wynika, że w przyszłym roku rekordowe będą wydatki związane z członkostwem Polski w Unii Europejskiej. Otóż polska składka płacona Brukseli przekroczy 35 mld zł, podczas gdy dla porównania w tym roku jest to nieco ponad 30 mld zł, a w 2016 r. wynosiła ona 19 mln zł. Do tego trzeba dodać jeszcze ponad 16 mld zł (w 2022 r. – 14 mld zł, a w 2016 r. – 5 mld zł) na współfinansowanie przez polski budżet projektów z udziałem środków Unii Europejskiej. Łącznie daje to kwotę ponad 51 mld zł, czyli niewiele mniej niż prognozowany deficyt budżetu państwa, który ma wynieść nie więcej niż 65 mld zł. Tak więc bez utraty wyżej wymienionych kwot związanych z członkostwem w Unii Europejskiej deficyt mógłby wynieść maksymalnie 14 mld zł.

W planie budżetowym na rok następny przyjęto wzrost wydatków w całym szeregu dziedzin przede wszystkim życia społecznego: na opiekę zdrowotną – 6 proc. PKB, na finansowanie szkolnictwa wyższego i nauki, na wynagrodzenia dla sfery budżetowej (7,8 proc.), na waloryzację świadczeń emerytalno-rentowych – 13,8 proc. Wydatki na obronność wzrosną z 2,2 proc. PKB do 3 proc. PKB. Nadal mają też być ponoszone wydatki socjalne, takie jak na program Rodzina 500 Plus czy te związane z pomocą Ukrainie. Radykalnie (o ponad 153 proc.!) wzrosną ponadto koszty z tytułu obsługi długu Skarbu Państwa – z 26 mld zł do 66 mld zł.

Będą nas więcej doić

W uzasadnieniu do projektu budżetu na rok 2023 napisano, że utrzymanie stawek VAT na dotychczasowym poziomie 23 proc. i 8 proc. (zamiast je obniżyć do pierwotnego poziomu 22 proc. i 7 proc.) jest niezbędne w związku z konfliktem zbrojnym na Ukrainie i koniecznością ponoszenia zwiększonych wydatków na obronę. Macherzy z resortu nie słyszeli o krzywej Laffera? Zarówno w porównaniu z rokiem 2021, jak i 2022, w roku 2023 prognozuje się radykalny wzrost wpływów podatkowych. W porównaniu z rokiem 2021 w roku przyszłym dochody budżetowe z VAT-u mają wzrosnąć aż o 32 proc. (71 mld zł), z CIT-u – o 40 proc. (21 mld zł), a z akcyzy – o 17 proc. (13 mld zł). Należy zwrócić uwagę, że dochody podatkowe rosną w wyniku wysokiej inflacji.

Przyszły rok będzie jeszcze trudniejszy dla jednoosobowych działalności gospodarczych nie tylko z powodu wyższych podatków. Również w związku z rosnącymi składkami na ZUS. W porównaniu z rokiem obecnym w 2023 r. obowiązkowe składki na ZUS dla przedsiębiorców wzrosną o ponad 200 zł miesięcznie do ponad 1418 zł! To około 2500 zł więcej w skali roku. Do tego jeszcze trzeba doliczyć składkę na NFZ w wysokości 9-proc. dochodu.

Ale taki wzrost dochodów państwa i tak nie wystarczy. W rezultacie dług sektora instytucji rządowych i samorządowych na koniec 2023 r. ma wynieść 1,76 bln zł, podczas gdy na koniec 2015 r., czyli w czasie, kiedy Zjednoczona Prawica obejmowała władzę, dług ten wyniósł 921 mld zł. Oznacza to niemal podwojenie zadłużenie publicznego Polski w ciągu ośmiu lat. Jak wylicza serwis businessinsider.com.pl, „wyższy deficyt budżetowy i konieczność wykupu obligacji powoduje, że w 2023 r. Polska musi pożyczyć blisko 270 mld zł”. Tak więc trzymajmy się kieszeni, bo nie wiadomo, skąd rząd weźmie te pieniądze. Należy spodziewać się nie tylko wzrostu zadłużenia, ale i dalszego dodruku złotówki, co przełoży się na jeszcze wyższą inflację. I to w sytuacji niepewności wojennej i energetycznej, przed jaką stoimy.

Państwo powinno się wycofać

A sprawa powinna zostać rozwiązana całkiem inaczej. Tak jak gospodarstwo domowe, tak i państwo nie powinno wydawać więcej, niż ma. Jeśli wydaje więcej, pojawiają się problemy. „Jeśli ktoś nie ma środków na zaspokojenie danej potrzeby, to z tej potrzeby rezygnuje. Żyjemy w świecie dóbr rzadkich i nie ma takiej możliwości, byśmy zaspokoili wszystkie potrzeby wszystkich ludzi. Dlaczego rząd nie zrezygnuje z części swoich planów? Tak postępuje roztropny gospodarz, żeby nie zbankrutować. Ta polityka uczyni z nas bankrutów. Narażanie obywateli na tak ogromne wydatki, dodatkowo na kredyt, to działanie przestępcze” – słusznie napisał w mediach społecznościowych publicysta i przedsiębiorca Jan Fijor.

Dlatego nie tylko wymienione wyżej fundusze i inne niepotrzebne wydatki powinny być w całości wycięte w pierwszej kolejności. Państwo powinno jak najszybciej wycofać się z wielu dziedzin życia społeczno-gospodarczego. Powinno stać z boku i pozwolić ludziom prowadzić firmy oraz rozwijać się we wszystkich innych dziedzinach. Do tego nie są potrzebne pieniądze budżetowe ani unijne. Wystarczą własne, których by każdy miał znacznie więcej, gdyby nie zabrało ich pazerne państwo i wydało według potrzeb nie ludzi, ale urojonych przez (euro)polityków i (euro)urzędników.

Z rekordowych wydatków budżetowych przede wszystkim nie powinni się cieszyć podatnicy. Bo w dużej mierze to ich pieniądze. Oznacza to też, że większa część dochodu narodowego przechodzi przez nieefektywny sektor publiczny kosztem bardziej wydajnego sektora prywatnego. Dlatego istnienie państw powinno się sprowadzać wyłącznie do stworzenia i egzekwowania ram prawnych, które zapewnią uczciwe działanie podmiotom prywatnym na rynku. Wszelki większy zakres działań państwa jest szkodliwy i kontrproduktywny. A już szczególnie bezpośrednia ingerencja polityków w gospodarkę, ale i w inne dziedziny życia powoduje wzrost kosztów, obniża wydajność, a tym samym utrudnia rozwój i szybszy wzrost dobrobytu.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułKsięgarnie ledwo przędą. To najgorszy rok od lat
Następny artykułPolacy chcą pracować krócej, ale zarabiać tyle samo