Wszystkie analizy naszej sytuacji gospodarczej i finansowej łączą się w absolutnie fatalny obraz. I jest to moment, w którym powinni się znaleźć w Polsce ludzie wystarczająco odpowiedzialni i zarazem niezależni, by bez uprzedzeń, wynikających np. z zielonych obsesji, umieli sformułować plan pozwalający ocalić rozwój Polski – pisze w swoim nowym felietonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

Najnowszy raport NBP o sytuacji gospodarczej oraz finansowej, a zarazem prognoza na najbliższe lata, robią przygnębiające wrażenie. Jest źle, a będzie dużo gorzej. Jesteśmy dopiero może w połowie początku trudności.

Z czysto bytowego punktu widzenia nikt już chyba nie ma wątpliwości, że mamy ciszę przed burzą. Burzą będzie najbliższy sezon grzewczy. Możemy mieć problemy z gazem – i naprawdę powinniśmy się modlić, żeby na czas został uruchomiony Baltic Pipie, aczkolwiek i tak nie mamy pewności, ile gazu i za jakie pieniądze nim do nas popłynie.

Na pewno będziemy mieć problem z węglem, wynikający z całkowicie bezmyślnego wprowadzenia przedwczesnego, odrębnego od unijnego embarga na rosyjski surowiec już od kwietnia. Był to podobno autorski pomysł pana premiera mimo – co wynika z publikacji „Dziennika Gazety Prawnej”, a nie jest ona, wedle mojej wiedzy, ostatnią na ten temat – że już od 24 lutego docierały do niego ostrzeżenia o stanie rezerw węglowych w Polsce.

To są sprawy, które duża część Polaków odczuje na własnej skórze – dosłownie, bo ta skóra im będzie marznąć. Ale to tylko ułamek problemów.

Prognoza inflacji (CPI) zakłada, że jej szczyt jest dopiero przed nami, przypadnie w pierwszej części 2023 r. i wtedy miałaby ona sięgnąć już blisko 20 proc.! W rzeczywistości, jak wiadomo, poziom inflacji zależy od koszyka dóbr i dla wielu Polaków to nie będzie 20 proc., ale sporo więcej.

A mówimy o projekcji centralnej, czyli uśrednionej. W najbardziej negatywnym wariancie, w szczycie inflacja miałaby sięgać powyżej 25 proc. Średniorocznie miałoby to być (w tym wariancie) 15,1 proc. Ale to przy założeniu, że szczyt faktycznie będzie szczytem i nie przesunie się w czasie. Trzeba też pamiętać, że galopująca inflacja będzie oznaczać konieczność dalszego podnoszenia stóp przez RPP, a to z kolei sprawi, że – mimo środka tymczasowego w postaci wakacji kredytowych – setki tysięcy kredytobiorców złotówkowych staną się faktycznie niewypłacalne.

Analitycy piszą, że pod koniec horyzontu prognozy, w 2024 r., inflacja miałaby być na poziomie ok. 3,5 proc., czyli nadal powyżej celu inflacyjnego NBP. Ja jednak do tej części prognoz, które są oddalone w czasie i zakładają polepszenie się sytuacji, podchodzę z dużą rezerwą. Czynniki negatywne są pewne i znane, te pozytywne na razie są czysto hipotetyczne.

Wiele osób nie rozumie zresztą, co to znaczy, że inflacja w końcu zacznie spadać. Idę o zakład, że przeciętny Polak, słysząc to zakłada, że spadną ceny. Podobnie jak słysząc, że spada tempo wzrostu długu publicznego sądzi, że dług się zmniejsza. To oczywiście nieprawda. Spadek inflacji oznacza tylko tyle, że ceny będą mniej rosły (a mówiąc ściśle – że pieniądz wolniej będzie tracił swoją siłę nabywczą), a nie, że zaczną spadać. To możliwe byłoby dopiero w deflacji (która także nie jest pożądanym zjawiskiem). Rzecz jasna, na mniejszy wzrost inflacji może się składać spadek części cen, ale mówimy tu o ogólnym wskaźniku.

Połączmy to z prognozą wzrostu PKB i dostajemy obraz nadchodzącej stagflacji. Raport przewiduje, że PKB (ścieżka centralna) w 2023 r. wyniesie 1,4 proc., ale w wariancie negatywnym już tylko 0,2. To w zasadzie stagnacja. Najbardziej negatywny wariant wykresu zakłada zaś wprost recesję. Według niego wpadlibyśmy w nią już pod koniec tego roku i utrzymywalibyśmy się poniżej zera do końca prognozy. Jeśli jednak nawet tak nie będzie – oby – to i tak minimalny wzrost gospodarczy w połączeniu z galopującą inflacją oznacza stagflację. A z tego zjawiska ekonomicznego bardzo trudno wyjść.

Spójrzmy jeszcze na to, co najbardziej dotyczy zwykłych ludzi: dochód do dyspozycji liczony rok do roku. Tu mieliśmy spadek już w 2021 r., ale w 2022 r. nastąpił wzrost do zera (inaczej mówiąc – dochód do dyspozycji nie zmienił się w relacji do poprzedniego roku). Prognoza zakłada niestety bardzo głęboki spadek w 2023 r., poniżej -1,5 proc., a potem wzrost w roku kolejnym do 2 proc. Jednak netto oznacza to jedynie wzrost o 0,5 proc. w relacji do 2022 r.

Wszystkie te przewidywania łączą się w absolutnie fatalny obraz.
Nie wystarczy tego jednak stwierdzić, bo to dla każdej przytomnej osoby jest jasne. Ponieważ największa partia opozycyjna zarzuca wyborców demagogicznymi opowieściami o tym, jak to inflacja spadnie od tego, że Adam Glapiński zostanie wyrzucony z NBP, trudno traktować jej propozycje poważnie. Natomiast to jest moment, w którym powinni się znaleźć w Polsce ludzie wystarczająco odpowiedzialni i zarazem niezależni, żeby bez uprzedzeń, wynikających m.in. z zielonych obsesji umieli sformułować plan pozwalający ocalić rozwój państwa i zamożność obywateli. Po to, żeby pokazać, że możliwa jest alternatywa. Bo jeśli ktoś sobie wyobraża, że wydobędziemy się z dołka z garbem zielonego ładu i luźnej polityki monetarnej na plecach, to majaczy.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułNBP pozywa Donalda Tuska
Następny artykułUkraińcy chcą wracać do domu, ale jeszcze nie teraz