Znów pojawia się okazja do zaproponowania USA, by sfinansowały uzbrojenie dodatkowych 200 tysięcy polskich żołnierzy, o których – zgodnie z ustawą o obronie Ojczyzny – ma być powiększona nasza niezwyciężona armia. Z polskiego punktu widzenia takie rozwiązanie byłoby znacznie korzystniejsze od doraźnego zwiększania amerykańskiej obecności wojskowej w naszym kraju – pisze w najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

„Są dwa światy i nas jest dwoje, do swych miejsc przypiętych jak rzepy” – śpiewała jeszcze w latach 80. Maryla Rodowicz, gdy Wschód od Zachodu oddzielała „żelazna kurtyna”. Teraz sytuacja staje się podobna, a katalizatorem tego procesu jest wojna, jaką Stany Zjednoczone wraz ze swoimi sojusznikami i państwami zależnymi prowadzą na Ukrainie z Rosją do ostatniego Ukraińca. Jaki jest cel tej wojny z punktu widzenia USA, to podczas pielgrzymki do Kijowa powiedział amerykański sekretarz obrony Lloyd Austin – że chodzi o „osłabienie” Rosji. Jak to osłabienie ma wyglądać? Pewne światło na tę zagadkę rzucił ukraiński minister obrony – że mianowicie Rosja, a ściślej – jej europejska część – ma zostać „zdemilitaryzowana”. Jeśli takie deklaracje wypowiadane są na trzeźwo, to nieomylny to znak, że III wojna światowa albo już się zaczęła, albo jesteśmy w przededniu jej wybuchu.

Wojna jest przedsięwzięciem bardzo kosztownym, więc poza jakimiś narwańcami, którzy utracili poczucie rzeczywistości, nikt rozsądny nie rozpoczyna jej z błahego powodu. A nawet w sytuacji, gdy wydaje się, że wojny uniknąć nie można, to zawsze jest jakieś pole manewru. W jednej z Ewangelii Pan Jezus przywołuje przykład dwóch królów, którzy zamierzają prowadzić ze sobą wojnę. Wcześniej jednak każdy z nich siada i oblicza, czy w 10 tysięcy żołnierzy będzie w stanie stawić czoła i pokonać tamtego, który nadciąga z 20 tysiącami. I jeśli dochodzi do wniosku, że nie da rady, wysyła poselstwo, „gdy tamten jest jeszcze daleko”. Kiedy czytam albo oglądam doniesienia niezależnych mediów o postępowaniu naszych Umiłowanych Przywódców, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że ten sposób myślenia jest im całkowicie obcy, że dla przypodobania się Naszemu Najważniejszemu Sojusznikowi gotowi rzucić się w przepaść wraz z nami wszystkimi. Ale mówi się: trudno. Sam tego chciałeś Grzegorzu Dyndało, więc teraz trzeba będzie spożyć owoce tego zatrutego drzewa.

W ubiegły czwartek rozpoczął  się w Pekinie dwudniowy szczyt BRICS, to znaczy – porozumienia następujących państw: Brazylii, Rosji, Indii, Chin i Republiki Południowej Afryki. Zostało ono zawarte w 2011 roku, a jego nieukrywanym celem jest detronizacja dolara z funkcji waluty światowej. Dla Stanów Zjednoczonych, które z tego tytułu ciągną grubą rentę, byłaby to katastrofa, więc potężna armia USA pilnuje, żeby do tego nie doszło i wybija takie pomysły z głowy. Sęk w tym, że nie wszystkim może to wybić – na przykład choćby uczestnikom BRICS. Państwa te nie tylko reprezentują znaczny potencjał demograficzny (ponad 3 mld ludzi), liczebnie przewyższający potencjał USA,  ich sojuszników i państw zależnych (770 mln ludzi), ale również – rosnący potencjał gospodarczy. Wprawdzie – jak mówił admirał Yamamoto o Ameryce – „potęga ich przemysłu budzi grozę” również i teraz, ale wiodącą gospodarką świata w międzyczasie stały się Chiny, które rozbudowują również swój potencjał militarny, żeby nikt nie mógł im niczego wybijać z głowy. Stany Zjednoczone już zaczynają odczuwać gorący oddech Chin na swoich plecach, a w dodatku przewaga USA nad Chinami w tej dziedzinie systematycznie topnieje. Na dodatek niezależnie od przyjętych tam postanowień szczyt BRICS pokazał, że Rosja wcale nie jest na świecie osamotniona. Przeciwnie – ma przyjaciół, którzy może nie w tym stopniu co ona, ale też obawiają się Stanów Zjednoczonych, które podejrzewają o zamiar odzyskania hegemonii w skali światowej, jak to było w roku 1990. Dlatego Stany Zjednoczone muszą podjąć próbę ostatecznego rozwiązania kwestii chińskiej, a wojna na Ukrainie z Rosją stanowi wstęp do tego decydującego starcia.

BRICS z kolei wezwało do rozładowania obecnego konfliktu poprzez negocjacje między Moskwą a Kijowem. Przedmiotem tych negocjacji miałoby być ustalenie warunków pokoju – ale wydaje się, że Rosja nie odstąpi, bo po tym wszystkim już nie bardzo może, od programu rozbioru Ukrainy, by położyć kres jej marzeniom o mocarstwowości, a Ukraina z kolei nie bardzo może przyjąć ten rozbiór do wiadomości zarówno ze względu na pragnienie USA kontynuowania tej wojny, a po drugie – z obawy, że takie jej zakończenie mogłoby oznaczać polityczną katastrofę dla prezydenta Zełeńskiego i jego ekipy. W tej sytuacji kontynuowanie wojny wydaje się paradoksalnie jedynym bezpiecznym wyjściem i to dla obydwu stron. Skoro my to wiemy, to niepodobna, by nie wiedzieli tego uczestnicy BRICS, a skoro tak, to znaczy, że wezwanie do negocjacji jest tylko rodzajem listka figowego, który ma przykryć faktyczne poparcie dla rosyjskich racji w tym konflikcie.

Co na to USA i ich sojusznicy z NATO? Odpowiedzi na to pytanie powinien dostarczyć dwudniowy szczyt NATO w Madrycie z 29 i 30 czerwca. Zdaniem hiszpańskiego dziennika „El Pais”, Rosja ma zostać tam uznana za bezpośrednie zagrożenie dla uczestników Sojuszu, a Chiny – za „wyzwanie geostrategiczne”. Jak tam będzie, tak tam będzie, chociaż w tej sytuacji jedno wydaje się pewne – wzmocnienie wschodniej flanki NATO. Może to być rozumiane dwojako: albo jako doraźne zwiększanie obecności wojsk amerykańskich w Europie Środkowej, albo jako wzmacnianie potencjałów militarnych państw tego regionu. Stwarza to dla Polski kolejną okazję do zaproponowania Stanom Zjednoczonym, by sfinansowały uzbrojenie dodatkowych 200 tysięcy polskich żołnierzy, o których – zgodnie z ustawą o obronie Ojczyzny – ma być powiększona nasza niezwyciężona armia. Z polskiego punktu widzenia takie rozwiązanie byłoby znacznie korzystniejsze od doraźnego zwiększania amerykańskiej obecności wojskowej m.in. w Polsce, a zresztą – jedno drugiego wcale nie wyklucza. Różnica jest zasadnicza. Wojsko amerykańskie na pewno nie będzie słuchało rozkazów rządu polskiego, nawet gdyby kierował nim pan Mariusz Błaszczak, tylko własnego rządu, który nie będzie kierował się polskim interesem, tylko interesem własnym, podczas gdy powiększona i wyekwipowana przez Naszego  Najważniejszego Sojusznika armia polska podlegałaby rozkazom rządu polskiego, który – cóż nam szkodzi sobie trochę pomarzyć? – kierowałby się polskim interesem państwowym.

Szansa na to wydaje się tym większa, że zachodnioeuropejscy uczestnicy NATO sprawiają wrażenie zaniepokojonych perspektywą przechodzenia wojny na Ukrainie w fazę przewlekłą, co oczywiście pociąga za sobą rosnące koszty  wspierania tego państwa, które przecież nie jest ani członkiem Sojuszu, ani nawet członkiem Unii Europejskiej. Przy zręcznym podejściu z naszej strony można byłoby spróbować wykorzystać ten niepokój i narastającą niechęć państw Europy Zachodniej do długotrwałego angażowania się w pomoc dla Ukrainy, dla poparcia z ich strony polskiego pomysłu sfinansowania przez USA uzbrojenia 200 tysięcy dodatkowych polskich żołnierzy.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułPorozumienie sześciu europejskich krajów – w tym Polski – w sprawie bezpieczeństwa energetycznego
Następny artykułCzego dzisiaj boją się Polacy?