Zagadnieniami, które fascynują mnie chyba od czasów szkoły średniej, są przymus państwowy i presja społeczna. Nierzadko zresztą to drugie przybiera bardziej niesmaczne formy i działa skuteczniej niż to pierwsze.

Zaczęło się najprawdopodobniej od mojego oporu wobec chodzenia na niedzielne msze. Rodzice nie byli zresztą w tej mierze żadnymi fundamentalistami, a dzisiaj – niczym Artur z mrożkowskiego „Tanga”, wystawionego po raz pierwszy w mojej rodzimej Bydgoszczy – niewykluczone, że to ja jestem bardziej konserwatywny od nich. Pamiętam jednak dobrze dzień, kiedy przyniosłem ze swojego pokoju i zaświeciłem mojej mamie przed oczami Konstytucją Rzeczpospolitej Polskiej. Jej artykuł 53 w ustępie pierwszym przewiduje, że „Każdemu zapewnia się wolność sumienia i religii”. Był to może wyraz naiwnego buntu, ale też w pewien sposób świadomego i obywatelskiego. Nie czułem wewnętrznej potrzeby chodzenia na nabożeństwa, miałem za sobą najwyższą ustawę w kraju, dlatego presja społeczna („bo kuzyni i sąsiedzi chodzą”) i autorytet matki nie robiły na mnie wrażenia.

Podobnie jest dzisiaj. Nie robi na mnie wrażenia to, że niektórzy eksperci i intelektualiści – proponując nierzadko radykalną ingerencję w podstawowe prawa obywatelskie – głosy sprzeciwu określają jako ignorancję i „denializm”. O ile rzeczywiście nie mam wiedzy ani doświadczenia w zakresie nauk przyrodniczych ani medycznych, o tyle umiem zaobserwować niekonsekwencję w narracji medialnej, jaka nas otacza, a także wiem, kiedy ingerencja w nasze życie prywatne jest ze swojej istoty tak daleko idąca, że musi być przedmiotem debaty. Nieważne, czy chodzi o terroryzm, zwalczanie przestępczości, podatki, czy o epidemiologię. Każda z tych dziedzin ma jakichś swoich „ekspertów”.

To prawda, że zaatakował nas problematyczny wirus, ale wcale nie jestem pewien, czy to dobry pomysł, aby wgrać wszystkim obywatelom aplikację śledzącą i w razie podejrzenia infekcji publikować ich dane o miejscu pobytu na portalu rządowym, tak jak to robiono w Azji Wschodniej. Niektórzy jednak chcieli takie rozwiązania naśladować w Europie.

To, co mnie jednak najbardziej uderza, to hipokryzja związana z narzucaniem innym pewnych norm postępowania i moralizatorstwo. Przykładem niech będzie wypowiedź anonimowego lekarza, którą przytacza redakcja portalu Medonet.pl: „Czujemy, że narażamy się systemowi. W świetle kamer wyprowadza się nas w kajdankach i stawia przed sądami. Nasze państwo jest po prostu opresyjne. Trudno podejmować racjonalne metody ratowania pacjentek z wizją odbycia kary 25 lat więzienia”.

Z całym szacunkiem, ale w jaki to sposób chciano rozwiązać problem kryzysu sanitarnego, jeśli nie domagając się tylko większej i większej opresyjności państwa? Lekarze w trakcie studiów uczą się sformułowań łacińskich, ale być może nie paremii rzymskich. A do najważniejszych z nich należy sentencja: summum ius, summa iniuria („najwyższe prawo jest najwyższą niesprawiedliwością”).

Ile to krzywd wyrządzono dzieciom zabraniając im uczestniczenia w stacjonarnych zajęciach przez kilka miesięcy, chociaż nowe badania naukowe i głosy takich instytucji, jak Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób czy Światowa Organizacja Zdrowia wskazują na to, że lekarstwo mogło być w tym przypadku zdecydowanie gorsze od choroby? Ile krzywd spotkało dorosłych już ludzi, bo całkowicie zabroniono im prowadzenia własnej działalności i zamknięto ich w domach, w niektórych krajach – które znowu chciano naśladować w Polsce – nawet na 250 dni? Domagając się egzekucji nieludzkiego i wątpliwej jakości prawa, zmuszano obywateli do podejmowania tragicznych decyzji. Zrobiono ze zwykłych ludzi przestępców i narażono ich na odpowiedzialność karną albo administracyjną. I jaki to zresztą przyniosło skutek? Czy rzeczywiście „darwinistyczna” Szwecja, z której naśmiewali się polscy naukowcy i włodarze, jest dzisiaj w gorszym położeniu niż Polska? Czy w istocie Niemcy, którzy wdrożyli krajowe paszporty szczepionkowe i noszą wysokiej jakości maski FFP2, zatrzymali jesienno-zimową falę epidemii w 2021 roku?

W tym kontekście ostatnio od znajomych dowiedziałem się, że koszt wyrobienia „lewego” paszportu covidowego wynosi zaledwie 500 złotych. Chociaż to tylko anegdoty, bo trudno w tej sprawie o oficjalne statystyki, podobno wcale niemało ludzi je posiada i to tylko po to, żeby uspokoić swojego pracodawcę (nierzadko państwowego lub samorządowego). Ja tych nieracjonalnych zachowań wcale nie pochwalam, ale do czego doprowadza proponowany przez niektórych przymus? Do tego, że osoba nieprzekonana do szczepień zmieniła swoje przekonania? Nie, ona woli oszukać państwo, popełnić „przestępstwo” i legitymować się fałszywym dokumentem, niż poddać się niechcianemu zabiegowi. A przeciwciał jak nie miała, tak nie ma.

Słynny rockowy zespół Pink Floyd nagrał swego czasu piosenkę pod wymownym tytułem „Us and Them”. „Nas” nie wolno do niczego zmuszać, lepiej poprosić. Przykładem niech będą głosu sprzeciwu lekarzy wobec arbitralnego przymusu pracy, na który uwagę zwrócił choćby Rzecznik Praw Obywatelskich w pierwszej fali epidemii. Na „Was”, zdaniem niektórych, nie działa natomiast nic innego niż przymus. Musicie porzucić wszystkie swoje wizje, aby zrealizować naszą. Ja jednak swojego zdania już od prawie dwóch lat nie zmieniłem – z kryzysem trzeba walczyć, licząc siły na zamiary. Przymus nie rozwiąże wszystkich problemów społecznych. A nawet jeśli je chwilowo rozwiąże (np. ludzie zaszczepią się przeciw COVID-19), może to tylko pogłębić nieufność wobec ekspertów i instytucji na przyszłość (np. więcej ludzi stanie się zatwardziałymi antyszczepionkowcami, których w Polsce na pewno przed epidemią nie było aż 50 proc.).

Mam nadzieję, że to wszystko stanie się przedmiotem refleksji specjalistów od zdrowia publicznego i polityków. Obawiam się jednak, że ich konkluzje zmierzają w odmiennym kierunku. Prawdopodobnie na wypadek kryzysów, które zresztą są już normalizowane (zawsze mamy jakiś kryzys), czeka nas jeszcze większa dawka przymusu i wdrażania cyfrowych rozwiązań, mających na celu kontrolowanie ludzkich zachowań. Ten sposób myślenia o zwalczaniu zagrożeń utrwalił się już w świadomości elit. Dlatego najpewniej nie ma już odwrotu i nawet domyślam się, gdzie znowu zaobserwujemy ten teatr hipokryzji i moralizatorstwa. Podpowiem Czytelnikom, że lepiej nalatać się na wakacje odrzutowcami i najeść mięsa na zapas.