Prof. Danica Popović z Wydziału Ekonomii Uniwersytetu Belgradzkiego, Polka z pochodzenia, opowiada nam o skomplikowanej sytuacji polityczno-gospodarczej Serbii, która niebezpiecznie balansuje pomiędzy Rosją a Zachodem.

Belgrad (Fot. alexrbija/Pixabay)

Jaka jest aktualna sytuacja serbskiej gospodarki?

Gospodarka Serbii jest bardzo prymitywna. W czasach byłej Jugosławii i później była gospodarką rozwiniętą, ale odkąd ustanowiono państwo Serbia, mieliśmy tylko osiem lat demokracji. W tamtym czasie rozwój był bardzo szybki. Na przykład mieliśmy fantastyczny sektor bankowy. 17 zagranicznych banków przybyło do Serbii i to działało perfekcyjnie. Ale ówczesny demokratyczny rząd był bardzo skorumpowany. Nie przeprowadził wielu reform. Opuścił scenę polityczną w 2012 roku.

Prof. Danica Popović

Od tamtej pory serbska gospodarka upodabnia się do gospodarki typu rosyjskiego, jest autokracja, import gazu z Rosji. Ludzie opuszczają kraj. Co roku wyjeżdża 50 tys. młodych osób, głównie do Niemiec, część do Australii. To lekarze, profesorowie. Emigrują po uzyskaniu dyplomu. Moja córka na przykład wyjechała do Anglii.

Czy wpływ państwa na gospodarkę jest duży?

Zasadniczy. Na przykład dyrektor kompleksu energetycznego całego kraju wcześniej był sprzedawcą z grilla – handlował mięsem na ulicy. Nic dziwnego, że na skutek braku kompetencji zrujnował cały ten kompleks. Z tego powodu w zimie będziemy mieli straszne problemy. Prezydentowi Aleksandarowi Vučiciowi doradzono, że aby doszło do wzrostu PKB, trzeba zreformować sektor energetyczny. Zniszczono kopalnie i dostępny jest tylko węgiel słabej jakości. Rezultat jest taki, że aby ten węgiel palił się w elektrowniach, potrzeba do niego dodawać ropy. Wszystko stoi do góry nogami.

Jak wysokie są w Serbii podatki?

VAT ma stawkę 20 proc. [PIT – 10 proc., a CIT – 15 proc. – przyp. aut.]. Nasz system fiskalny funkcjonuje całkiem dobrze. A to dlatego, że minister finansów był bardzo dobrym studentem na Uniwersytecie Belgradzkim. Wie, jak sprawić, żeby to działało.

Jak duży jest sektor publiczny?

Większość ludzi jest zatrudnionych w sektorze publicznym. Wynagrodzenia są tu wyższe niż w sektorze prywatnym. Wygląda to tak, że jak skończysz Uniwersytet Belgradzki, to nie dostaniesz posady rządowej, ponieważ jest jedna prywatna uczelnia wyższa, której dyrektor jest członkiem partii Vučicia. Wszyscy studenci z tej uczelni dostają pracę w sektorze publicznym i mają wyższe pensje niż oferuje sektor prywatny.

Jakiej wysokości wynagrodzenia są w Serbii?

Średnia płaca netto wynosi w przeliczeniu 510 euro, ale mediana wynagrodzeń to 400 euro. Z kolei płacę minimalną Vučić obiecywał na poziomie 350 euro, ale teraz jest ona niższa i wynosi ok. 250 euro.

Czy może Pani wskazać jakieś reformy aktualnego rządu?

Niewiele. Kiedy w 2014 roku Vučić doszedł do władzy, wprowadził prawo pracy, które było całkiem niezłe. Po tym zrobił jeszcze konsolidację fiskalną. Uważam, że przymusiła go do tego Angela Merkel. Polegało to na tym, że mieliśmy wysokie wydatki na emerytury i Vučić zmniejszył emerytury, co było bardzo odważnym ruchem. Przez trzy lata mieliśmy niższe emerytury i to była ta konsolidacja fiskalna.

Czyli zostały zmniejszone wydatki publiczne…

Dokładnie. To była jedyna droga, by system mógł działać. W ten sposób został również zmniejszony dług publiczny, bo pieniądze nie poszły do emerytów, a na zmniejszenie zadłużenia. To była jedna z niewielu reform, które zrobił.

Zbombardowane przez NATO budynki Ministerstwa Obrony Serbii. Fot. Tomasz Cukiernik

Jaki wpływ na gospodarkę Serbii miały bombardowania NATO w 1999 r.?

Nie za duży. Bombardowania były dokładnie wycelowane. W centrum Belgradu do dziś stoją zbombardowane budynki, których nie chcemy odbudowywać, aby każdy, kto przyjedzie, mógł je zobaczyć [np. budynek byłego Ministerstwa Obrony – przyp. aut.]. Ale gospodarka na tym bardzo nie ucierpiała [w 1999 r. spadek PKB Serbii wyniósł 12 proc. – przyp. aut.]. Bardziej ucierpiała z powodu rządów Slobodana Miloševicia niż od bombardowań. Następnego roku demokratyczny rząd doszedł do władzy. Rządził przez 11 lat i w tym czasie średni poziom wzrostu gospodarczego wyniósł 5,5 proc. Więc nie potępiamy NATO za bombardowania.

W Serbii możemy zobaczyć trochę billboardów informujących o unijnych funduszach przedakcesyjnych, które współfinansowały jakieś projekty w kraju. Ale są również tablice informujące o dotacjach rosyjskich, np. posłużyły rewitalizacji rynku w Karłowicach.

Rosja ma bardzo duży wpływ w Serbii. Ludzie kochają Rosjan. Ja jestem Polką. Mój dziadek był Polakiem ze Lwowa. Kiedy wybuchała rewolucja październikowa, przyjechał do Belgradu i tu został. Więc ja nie byłam wychowywana w miłości do Rosji. Ale Serbowie kochają Rosję. Kochają władzę silnej ręki.

Jak rozumiem, Serbowie wspierają Rosję w jej wojnie na Ukrainie. Widziałem billboard z prezydentem Putinem i deputowanym Boško Obradoviciem, liderem partii Drzwi, z napisem „Serbowie i Rosjanie bracia na zawsze”.

To prawda. Rząd jest całkowicie skorumpowany. Nie przetrwaliby w żadnym ustroju demokratycznym, więc jedyną opcją jest system rosyjski. Poglądy proeuropejskie są tolerowane, ale oni wiedzą, że zostaliby odwołani pierwszego dnia jakiejkolwiek demokracji. W ten sposób chronią własną skórę.

Plakat z prezydentem Rosji Władimirem Putinem i deputowanym Boško Obradoviciem. Fot. Tomasz Cukiernik

Gaz i ropę Serbia importuje z Rosji. Jak bardzo serbska gospodarka jest powiązana z rosyjską?

Niezbyt mocno. 80 proc. naszego handlu odbywa się z Unią Europejską, a mniej niż 10 proc. z Rosją. Eksport do Rosji jest niewielki: jedzenie, jabłka… W Serbii sporo zainwestował Fiat i chcieliśmy, by samochody te były eksportowane do Rosji. Jednak tak się nie stało, bo nie zgodził się na to Putin.

Jaki wpływ na Serbię ma wojna na Ukrainie?

Mamy tutaj wielu dobrze wykształconych Rosjan, którzy uciekli przed wojną: głównie pracowników sektora IT i artystów, którzy wynajmują najdroższe nieruchomości w Belgradzie. To dobrze, że przyjeżdżają do nas ludzie inteligentni. Podobnie było właśnie w 1917 r., kiedy wykształceni ludzie przyjeżdżali z Rosji do Serbii: inżynierowie, lekarze, dentyści. I tutaj zostawali.

Od 2012 r. Serbia jest krajem kandydującym do Unii Europejskiej. Na jakim etapie się to teraz znajduje?

To samo dzieje się w całej Europie. Poziom demokracji spada. W Serbii ten proces jest dziesięć razy silniejszy. Otwieramy tylko rozdziały negocjacyjne, ale ich nie zamykamy. Rząd jedynie obiecuje, że zostanie otwarty kolejny rozdział. To taka gra.

Czy w takim razie Serbia dołączy do Unii Europejskiej, czy nie?

Moim zdaniem to nie ma znaczenia. Najważniejsze, że jesteśmy w procesie przyjęcia członkostwa, co powoduje, że Serbia jest zmuszana do zmiany prawa. Inaczej jest, jak już się jest członkiem. Proszę spojrzeć na Chorwację. Jak stała się członkiem UE, nic nie reformuje. Jeśli osiągnie się odpowiedni poziom prawa, to pozostaje już tylko kwestia europejskich funduszy – albo dostanie się te pieniądze, albo nie. Dlatego nie uważam, że potrzebujemy tego członkostwa. Potrzebujemy kogoś, kto popchnie Serbię w kierunku reform.

Nie wydaje się, by fundusze unijne były takie ważne. Najważniejszy jest dostęp do unijnego rynku.

Całkowita zgoda. My już to zrobiliśmy. Mamy wolny handel z Unią Europejską [umowa stowarzyszeniowa UE z Serbią weszła w życie w 2013 r. – przyp. aut.]. Natomiast mamy problemy z korupcją i z tym, że prawo, które jest całkiem niezłe, nie jest przestrzegane.

Jeśli jednak Serbia wejdzie do Unii Europejskiej, jakie Pani zdaniem będą tego korzyści, a jakie ujemne strony?

Jest jedna wielka korzyść: to spowoduje, że Serbia nigdy więcej nie będzie prowadziła wojny. Tak jak to było w przypadku wojny z Chorwacją, wojny w Bośni czy w Kosowie. Dlatego, że będziemy pod presją prawa unijnego. Nie widzę natomiast ujemnych stron. Od rządzących usłyszałby Pan, że utracimy naszą wolność w polityce zagranicznej. Ja natomiast uważam, że przyszłość lepszej Serbii leży w relacjach z Zachodem. Oczywiście jest za to cena do zapłacenia, ale powinniśmy ją zapłacić.

Zatem nie obawia się Pani kosztów wprowadzenia unijnych regulacji, które są bardzo wysokie?

Nie. Aktualnie zawsze dostaje się na to pieniądze.

To tak nie działa. Niekoniecznie dostaje się pieniądze od Brukseli na wdrażanie regulacji…

Serbia to jedno z najlepiej wykształconych społeczeństw w Europie. Powinniśmy więc sobie poradzić. No nie wiem. Zobaczymy.

Jakich reform gospodarczych Serbia potrzebuje teraz?

Naszym problemem jest to, że źle funkcjonuje sektor publiczny. Dyrektorzy nie są wybierani w publicznym konkursie. Tak było dziesięć lat temu, ale to już przeszłość. Najważniejsze, by prawo, które mamy, było przestrzegane. Dyrektorzy mają pięcioletnią kadencję, a tkwią na posadach… latami. Ale nie jako dyrektorzy. Powiedzielibyśmy: jako pełniący obowiązki dyrektora. Politycznie są całkowicie skorumpowani.

Może sektor publiczny powinien być zmniejszony?

Całkowicie. I zdyscyplinowany. Można to zrobić w dwa tygodnie.

Ale obecny rząd tego nie zrobi…

Nigdy. On z tego żyje.

W Serbii można kupić kubki z Putinem oraz koszulki z symbolem „Z” i podpisem: „rosyjska armia”. Jak silne jest wsparcie dla Rosji?

To rodzaj obłędu. Serbowie nie znają rosyjskiej literatury, kultury, ale podoba im się Putin, bo uważają, że spowodował, iż Rosja jest bardzo silna. I chcą być tak samo silni. Oczywiście oskarżają Rosję o okupację Ukrainy, ale nie za bardzo. Tłumaczą, że to dlatego, iż Ukraina zrobiła w przeszłości to i tamto przeciwko Rosji. A teraz Putin tylko na to odpowiada.

Widziałem w Serbii tablice informujące o unijnych dotacjach, na których ktoś sprayem narysował swastykę. Jak silne jest antyunijne nastawienie w Serbii?

Serbowie kochają Rosję, ale jednocześnie emigrują do Niemiec. Nigdy do Rosji. To rodzaj schizofrenii, z którą żyją. Nie mają z tym żadnych problemów. Ostatni sondaż pokazuje, że 45 proc. Serbów jest za Unią Europejską, a 55 proc. przeciwko. To najniższe poparcie dla UE, jakie mieliśmy. Zwykle było na poziomie 60-75 proc.

Unijna tablica funduszy przedakcesyjnych w Serbii z domalowaną swastyką. Fot. Tomasz Cukiernik

Ale rząd jest prounijny?

Był prounijny w 100 proc., zanim wybuchła wojna na Ukrainie. Teraz Vučić ma wielki problem. Musi wszystko odwrócić. Na Zachodzie powiedziano mu, że będzie w wielkich tarapatach, jeśli zostanie z Rosją, jeśli nie wprowadzi sankcji przeciwko Rosji. Stracimy nasz bezwizowy system. Po drugie, stracimy bezpośrednie inwestycje zagraniczne z Niemiec. Jeśli tak się stanie, to nasz poziom wymiany handlowej, który przez ostatnią dekadę był bardzo stabilny, upadnie w jednej sekundzie. Vučić to wie i bardzo się tego obawia. Po trzecie, Vučić jest bliskim sojusznikiem człowieka z ery Miloševica – Vojislava Šešelja, który został ponownie wezwany do Trybunału Karnego w Hadze. Nie chodzi o Šešelja, ale Vučić był numerem dwa w partii [nacjonalistyczna Serbska Partia Radykalna – przyp. aut.]. To jest ostrzeżenie: jeśli nie będziesz posłuszny, przyjdziemy po ciebie. Robili te same rzeczy.

Co konkretnie?

Uprawiali propagandę wojenną. Uzbrajali siły zbrojne. Chodzi o lata 90. i wojny w Bośni oraz Kosowie. Oczywiście nikogo nie zabili własnymi rękami, ale Hitler również. Vučić był nawet wtedy ministrem informacji. Można sobie wyobrazić położenie. Zbrodniarz wojenny numer jeden.

To on ma teraz bardzo trudną sytuację…

Tak. Bo poprzedni rząd prowadził taką idiotyczną politykę, by Serbia miała najlepsze relacje ze wszystkimi: Unią Europejską, Rosją, Chinami. Ale nie w sensie ekonomicznym, tylko politycznym, a to jest niemożliwe. Vučić chciałby iść w kierunku Zachodu. Powiedział nawet w telewizji, że przeprasza, iż jest takie niskie poparcie dla Unii Europejskiej i że musi to zmienić. Ale to dla niego proste, bo ma w rękach wszystkie media w kraju. I on to zmieni, bo ludzie w każdym kraju się boją – jeśli wiedzą, że zostaną ukarani za korupcję, to siedzą cicho.

Plakat z prezydentem Vučiciem. Fot. Tomasz Cukiernik

Jaka przyszłość czeka Serbię?

Wielu ludzi wyjedzie. Można oczywiście mądrym prawem zreformować kraj, ale to będzie bardzo trudne.


Rozmawiał Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułKonfederacja wskazuje przyczynę wzrostów cen za energię
Następny artykułOpowieść o dwóch miastach