Choć jego świąteczna wizyta w Syrii była niemałym zaskoczeniem, przekaz Putina jest jednoznaczny: Rosja nigdy nie porzuca swoich sojuszników. Putin wykorzystał ten napięty moment, by zasygnalizować, że Rosja, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych, jest siłą stabilizującą w niepewnych czasach. Niestety, konsekwentne poparcie Putina dla antyamerykańskich reżimów działa na jego korzyść. Rosja w ten sposób chce pokazać swoją siłę i brak podporządkowania się światowym zasadom. Najeżdżając suwerenne kraje, przesuwając granice Europy i niszcząc instytucje demokratyczne na całym świecie, bezkarnie przeciwstawia się międzynarodowemu porządkowi kierowanemu przez USA. Wizyta Putina w Syrii, w momencie gdy Stany Zjednoczone i Iran zagrożone są konfliktem wojennym , pokazała, że Rosja jest ponad to i ustala swoją politykę nie licząc się z resztą świata.

Oznacza to potwierdzenie zobowiązań wobec niezawodnych sojuszników – i zwiększenie presji na nieuczciwych. Tym idealnym krajem jest obecnie Gruzja. Strategicznie położona między Rosją a Iranem Gruzja ma teraz większe znaczenie geopolityczne niż kiedykolwiek. Pomimo ataków antyamerykańskiej propagandy Kremla Gruzini pozostają w przeważającej mierze prozachodni. Gruzja, choć nie jest członkiem NATO, ma najwięcej swoich żołnierzy w misjach pod dowództwem USA w Afganistanie i Iraku. Ale teraz, Stanom Zjednoczonym grozi utrata Gruzji. Na początku 2004 r. promocja demokracji w Waszyngtonie odegrała kluczową rolę w pomocy Gruzji w staniu się największym reformatorem na świecie – warunkiem koniecznym do uwolnienia się z Rosyjskich wpływów. Ale podczas niefortunnego „resetu Rosji” Waszyngton poświęcił ciężko zdobyte zaufanie do Gruzji w nadziei na poprawę stosunków z Moskwą.

Gdy USA wycofały się z Gruzji, Rosja wypełniła pustkę. Ingerencja Kremla pomogła Bidzinie Ivanishvili, oligarsze, który zdobył fortunę w rosyjskich wojnach prywatyzacyjnych, zdobyć władzę w 2012 roku. Teraz nieformalnie rządzi Gruzją ze swojego szklanego zamku z widokiem na stolicę.
Zeszłego lata jego partia zaprosiła rosyjskiego parlamentarzystę i sojusznika Putina do wystąpienia w gruzińskim parlamencie, wywołując tym masowe protesty przeciwko rosyjskiej okupacji. Premier Giorgi Gakharia, były obywatel Rosji, który był wówczas ministrem spraw wewnętrznych, zarządził brutalne stłumienie demonstrantów. Zamiast cenzurować Gakharię, Iwaniszwili awansował go.

Kolejny znak, że Ameryka traci grunt w Gruzji, nadszedł 9 stycznia, kiedy rząd wbił ostatni gwóźdź do trumny portu Morza Czarnego Anaklia. Jak zauważył w czerwcu sekretarz stanu Mike Pompeo, projekt infrastrukturalny ma strategiczne znaczenie zarówno dla Gruzji, jak i USA. Anulując projekt, Iwaniszwili po raz kolejny staje po stronie Kremla.

Iwaniszwili wydaje się również chętny do pomocy Rosji w osiągnięciu dużego zwycięstwa propagandowego w Hadze. Podczas, gdy Międzynarodowy Trybunał Karny bada inwazję Rosji na Gruzję w 2008 r. pozytywny wyrok dla Rosji może oznaczać oskarżenia dla gruzińskich oficerów broniących swojego kraju. To upokorzyłoby Gruzinów i sojuszników Gruzji, przede wszystkim USA.

Dzięki interwencji Rosji w Syrii, Putin zacieśnił współpracę z Iranem – i jednocześnie wpływy Iranu w Gruzji wzrosły. Doniesiono, że irański Korpus Strażników Rewolucji ma 150 firm-przykrywek w Gruzji. Gakharia wywołała kontrowersje poprzez uwięzienie, rzekomo na żądanie Teheranu, irańskiego uciekiniera wywiadu. Nie byłoby to możliwe bez zielonego światła od Iwaniszwilego.

Ale Gruzja dalej walczy. Reżim Iwaniszwilego stoi w obliczu rosnącego oporu ze strony Gruzinów, zwłaszcza młodzieży. Prozachodnia opozycja jest teraz jeszcze bardziej zjednoczona niż kiedykolwiek. Ale dopóki Ivanishvili pociąga za sznurki, Gruzja nie może być wiarygodnym sojusznikiem.

Dobre wieści są takie, że Waszyngton ma znaczącą siłę nacisku na Iwaniszwilego: duża część jego fortuny jest zainwestowana w USA.

Dla Putina polityka zagraniczna jest grą o sumie zerowej. Każdy wróg USA może być przydatnym partnerem dla Rosji. Iwaniszwili, którego Putin uważa za swojego przyjaciela , nie jest wyjątkiem.

DL/Mikheil Saakashvili/Washington Examiner