Nie chcę być złośliwy, ale mam pewne obawy, gdy powołuje się do życia takie twory jak Rada Wolności Słowa. Pomijając już nieco pompatyczną nazwę tego organu, wolność zazwyczaj nie znosi regulacji i komitetów, które miałyby ją chronić.

Poprzedni felieton poświęciłem wewnętrznym regulaminom, zakazującym publikowania treści związanych ze zdrowiem publicznym w jednym z serwisów zajmujących się udostępnianiem materiałów wideo. Już wtedy podkreślałem, że kwestia takiej czy innej cenzury w mediach społecznościowych jest tematem skomplikowanym, nawet jeśli nam się wydaje, że ograniczamy rozpowszechnianie treści oczywiście kłamliwych albo szkodliwych.

Co ciekawe, kilka dni temu Ministerstwo Sprawiedliwości opublikowało na stronach Rządowego Centrum Legislacji projekt ustawy o ochronie wolności słowa w internetowych serwisach społecznościowych (zwanej „ustawą wolnościową”). Z uzasadnienia wynika, że kontrowersyjny projekt „tworzy nowe procedury prawne do ochrony przestrzeni informacyjnej, które mają służyć pełniejszej niż dotychczas ochronie całego społeczeństwa”, przy czym istotne ma być „przeciwdziałanie arbitralnemu oraz bezpodstawnemu izolowaniu określonych podmiotów od podstawowych źródeł informacji, funkcjonujących szeroko w obecnym życiu publicznym”. Uzasadniając projekt, wskazano ponadto, że „proponowane w ustawie środki polegające na ograniczeniu dowolności w ograniczaniu dostępu do treści przez internetowe media społecznościowe, zmierzają bezpośrednio do realizacji celów wskazanych wprost w Konstytucji RP”, a przede wszystkim w jej art. 54.

Sama ustawa, według zamierzeń MS, ma liczyć około 20 stron znormalizowanego maszynopisu, co odpowiada 46 artykułom. Symptomatyczne jest to, że – jeśli zostanie uchwalona – zawierać będzie krótką preambułę o następującej treści: „Uznając szczególną wartość konstytucyjną wolności słowa, w celu wzmocnienia jej roli w poszukiwaniu prawdy, funkcjonowaniu demokratycznego państwa, poszanowaniu zasady wolności wypowiedzi i godności człowieka, uchwala się niniejszą ustawę”. Być może osobliwe jest proponowanie treści preambuły przez Ministerstwo Sprawiedliwości, skoro ostatecznie podpisują się pod nią posłowie i powinna ona raczej wyrażać motywację parlamentu, a nie egzekutywy. Warto zarazem podkreślić, że preambułę zawierają najczęściej akty o pewnej doniosłości dla całego systemu prawnego, które władza państwowa chce w jakiś sposób odróżnić od bardziej przyziemnych przepisów.

Nie warto zanudzać czytelników czysto prawniczą dekonstrukcją tekstu przyszłej ustawy. Krótko tylko wyjaśnię, że w art. 1 określono jej cel, który oceniany bez kontekstu politycznego należy uznać za godny pochwały. Chodzi bowiem o „stworzenie warunków dla:

1) wspierania wolności wypowiedzi;

2) zapewnienia prawa do prawdziwej informacji;

3) poprawy stopnia ochrony wolności i praw człowieka w udostępnianych na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej internetowych serwisach społecznościowych, posiadających co najmniej milion zarejestrowanych użytkowników;

4) przestrzegania przez internetowe serwisy społecznościowe wolności do wyrażania poglądów, pozyskiwania informacji, rozpowszechniania informacji, wyrażania przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych oraz wolności komunikowania się”.

Bardziej interesujący jest problem nowego organu, który zostanie powołany po uchwaleniu ustawy. Mowa o Radzie Wolności Słowa, która zgodnie z projektem będzie „organem administracji publicznej stojącym na straży przestrzegania przez internetowe serwisy społecznościowe wolności do wyrażania poglądów, pozyskiwania informacji, rozpowszechniania informacji, wyrażania przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych oraz wolności komunikowania się”. Ustawa ureguluje sprawy organizacyjne związane z funkcjonowaniem Rady, takie jak jej skład osobowy, kadencja, czy sposób procedowania i wydawania decyzji.

Już w tym miejscu należy zauważyć, że powołanie kolejnego organu administracyjnego o uprawnieniach quasi-sądowych, podobnego do Komisji ds. reprywatyzacji nieruchomości warszawskich, jest trendem raczej negatywnym. Być może w miejsce organu pozasądowego należało po prostu wyznaczyć wyspecjalizowane sekcje w sądach rejonowych, powołane do sprawnego rozpatrywania odwołań od reklamacji związanych z działalnością portali społecznościowych. Co prawda, jak wynika z uzasadnienia projektu „Stronie niezadowolonej z rozstrzygnięcia decyzji Rady będzie przysługiwało prawo złożenia skargi do sądu administracyjnego”, jednak zakres kognicji tych sądów jest ograniczony. Dociekanie prawdy obiektywnej (materialnej) jest zazwyczaj domeną sądownictwa powszechnego. Jeżeli to urzędnik, a nie sędzia ma zajmować się ustaleniem tego, co jest prawdą, a co fałszem, to już musi być budzić wątpliwości obywateli.

W kolejnym rozdziale uregulowano obowiązki usługodawców, czyli podmiotów  świadczących usługi internetowego serwisu społecznościowego. Na usługodawców nałożono pewne obowiązki związane ze sprawozdawczością, wyznaczeniem przedstawicieli w kraju (w przypadku podmiotów nieposiadających miejsca zamieszkania lub siedziby na terytorium RP), zamieszczeniem regulaminu serwisu, a także ustanowieniem w języku polskim skutecznego i zrozumiałego wewnętrznego postępowania kontrolnego, które w istocie będzie rodzajem postępowania reklamacyjnego. W uzasadnieniu projektu wyjaśniono, że zdaniem Ministerstwa „ustanawiane samodzielnie przez usługodawców wewnętrzne procedury kontrolne są niezrozumiałe i niespójne. Niejednokrotnie filtrowanie przez usługodawców prezentowanych na portalach społecznościowych treści odbywa się w sposób arbitralny. Usługodawcy, przedstawiając różne światopoglądy oraz wrażliwość, kierują się własną polityką, od której zależy ich reakcja na treści prezentowane w sieci”. Nadzór nad tym postępowaniem powierzono Prezesowi Urzędu Komunikacji Elektronicznej.

W tym kontekście należy zauważyć, że nie są to przepisy wyjątkowe na tle innych norm, które regulują funkcjonowanie sektorów dostarczających dobra i usługi o istotnym znaczeniu dla społeczeństwa. Istnieją na przykład szczególne zasady dostawy wody, opierające się na założeniu, że każdy mieszkaniec powinien posiadać dostęp do odpowiedniej infrastruktury i mediów. Przedsiębiorstwa wodociągowe mają zatem obowiązek wdrożenia specjalnych procedur reklamacyjnych, poddania się szczególnym zasadom rozstrzygania sporów i tylko w wyjątkowych sytuacjach mogą odmówić dostarczania wody lub odciąć do niej dostęp. Innymi słowy, odstępstwo od zasad wolnego rynku i szerokiej autonomii woli stron w ramach stosunku cywilnoprawnego nie jest czymś nadzwyczajnym, jeżeli interwencja państwa jest uzasadniona szczególnym charakterem określonej usługi, mającej w istocie charakter użyteczności publicznej. W XXI w. niewątpliwie dostęp do informacji, a nawet możliwość jej wytworzenia i rozpowszechniania przez każdego, jest dobrem tego rodzaju. Podobieństwem w działalności choćby przedsiębiorstwa wodociągowego i serwisu społecznościowego jest również to, że podmioty te mają często charakter monopolistów. Jest jednak pewna odmienność. Dostawa wody i podobnych, „zmaterializowanych” mediów jest najczęściej neutralna ideologicznie. Właściciel portalu społecznościowego może natomiast zostać zmuszony do wyświetlania treści, z którymi się fundamentalnie nie zgadza.

Rada Wolności Słowa wysuwa się na pierwszy plan właśnie wtedy, gdy wewnętrzne postępowanie reklamacyjne da niezadowalający użytkownika skutek. Zgodnie z projektowanymi przepisami, które szczegółowo regulują postępowanie przed Radą, użytkownik będzie mógł wnieść skargę. Na skutek wywołanego nią postępowania, Rada wyda decyzję, w której nakaże zniesienie ograniczenia dostępu do treści lub ograniczenia dostępu do profilu użytkownika jeżeli stwierdzi, że treść lub profil użytkownika, do których ograniczono dostęp, nie stanowią treści o charakterze bezprawnym albo odmówi nakazania zniesienia ograniczenia dostępu do treści lub ograniczenia dostępu do profilu użytkownika jeżeli stwierdzi, że treść lub profil użytkownika, do których ograniczono dostęp stanowią treści o charakterze bezprawnym. Usługodawca będzie oczywiście zobowiązany niezwłocznie wykonać decyzję Rady, a także nie będzie mógł ponownie ograniczyć dostępu do treści, które były przedmiotem badania przed Radą. Ogólnie rzecz biorąc, naruszenia przepisów ustawy zostały usankcjonowane możliwością nałożenia administracyjnej kary pieniężnej, ale tylko na ustawodawcę i przedstawiciela w kraju. Już w uzasadnieniu projektu podkreśla się, że nie będzie „możliwości objęcia odpowiedzialnością prawną (…) samych użytkowników portali społecznościowych”.

Projektuje się także szereg zmian w obowiązujących przepisach, w tym nową instytucję tzw. ślepego pozwu. W uzasadnieniu projektu określa się ją jako „postępowanie o ochronę dóbr osobistych przeciwko osobom o nieustalonej tożsamości”, które ma być „odpowiedzią na szeroko artykułowaną potrzebę wprowadzenia do polskiego sytemu prawnego nowego typu postępowania przeciwko osobom o nieustalonej tożsamości i wzmocnienia przez to ochrony dóbr osobistych, naruszanych za pośrednictwem Internetu”. Ze względu na ograniczenia wynikającego z formuły felietonu publikowanego w piśmie niefachowym, brak tutaj miejsca na szczegółowe omówienie znaczenia i ewentualnej przydatności tego rozwiązania. Projekt wprowadza szereg innych, technicznych zmian w obowiązujących przepisach, a także zawiera przepisy przejściowe i końcowe.

Podsumowując, dostrzegam pozytywne cechy omawianego projektu, zwłaszcza w zakresie wewnętrznego postępowania reklamacyjnego, które w przypadku specyficznej branży rzeczywiście zasługuje na odrębną regulację. Poza tym na pochwałę zasługuje dość obszerne uzasadnienie projektu, wielowątkowo rozważające skutki wprowadzenia takiej regulacji, a także fakt obowiązywania podobnych regulacji w innych krajach europejskich i samej Unii.

Nie chcę być złośliwy, ale mam jednak pewne obawy, gdy powołuje się do życia takie twory jak Rada Wolności Słowa. Pomijając już nieco pompatyczną nazwę tego organu, wolność zazwyczaj nie znosi regulacji i komitetów, które miałyby ją chronić. W tym kontekście warto zauważyć, że Rada będzie rozstrzygać o tym, czy mamy do czynienia z treściami o charakterze bezprawnym, przez które rozumie się „treści naruszające dobra osobiste, dezinformację, treści o charakterze przestępnym, a także treści, które naruszają dobre obyczaje w szczególności rozpowszechniają lub pochwalają przemoc, cierpienie lub poniżenie”. Ustawa będzie zawierała własną definicję dezinformacji, przez co rozumie się „fałszywą lub wprowadzającą w błąd informację, wytworzoną, zaprezentowaną i rozpowszechnioną dla zysku lub naruszenia interesu publicznego”. Tym samym, to organ należący do szeroko rozumianej administracji rządowej będzie decydował o tym, co jest prawdą, a co nie. To może stanowić zarówno szansę faktycznego poszerzenia, ale też ryzyko zwężenia zakresu swobodnej ekspresji. Zresztą, sam fakt ograniczenia możliwości rozpowszechniania informacji nieprzestępnych, a tylko „fałszywych lub wprowadzających w błąd” stanowi w istocie rzeczy ograniczenie wolności słowa. Co więcej, z jednej strony Ministerstwo Sprawiedliwości w uzasadnieniu projektu zarzuca portalom społecznościowym, że filtrują treści kierując się własnym światopoglądem. Z drugiej strony, ustanawia organ administracji publicznej, którego członkowie będą powoływani przez Sejm, co przecież rodzi ryzyko, że orzecznictwo Rady będzie odzwierciedlało przekonania większości politycznej albo charakteryzowało się urzędniczą sztampą.

Ostatecznie, nie chciałbym, żeby sytuacja z Radą Wolności Słowa skończyła się podobnie, jak z Międzyresortowym Zespołem ds. Przygotowania Administracji Rządowej do Zniesienia Obowiązku Meldunkowego. Ten ostatni, pomimo swojej nazwy, swego czasu rekomendował… nieznoszenie obowiązku meldunkowego. Być może wystarczyłoby się posłużyć wyświechtanym przykładem orwellowskiego Ministerstwie Prawdy, ale wolałem powołać się na coś bardziej oryginalnego.