W Radzie Dialogu Społecznego są reprezentowane związki zawodowe, duże organizacje pracodawców i oczywiście przedstawiciele strony rządowej. Natomiast nie ma w ogóle przedstawicieli małych i średnich przedsiębiorców, co jest nawet nie absurdalne, ale skandaliczne, wziąwszy pod uwagę, że większość polskiego PKB wypracowują właśnie sektor MŚP – pisze w najnowszym feliletonie Łukasz Warzecha.

Fot. PAP/Artur Reszko

W przyszłym roku płaca minimalna wzrośnie rekordowo. Już od stycznia do 3490 zł, a od 1 lipca – aż do 3600 zł. Dla przedsiębiorców, i tak już przyciśniętych najpierw przez covid, Polski Ład, a teraz przez skutki wojny na Ukrainie, to fatalne informacje.

Wiele razy czytam, jak osoby nierozumiejące mechanizmów gospodarczych lekceważą tę sprawę, stwierdzając, że przecież jeśli przedsiębiorca nie jest kompletnym sknerą, jego pracownicy i tak nie zarabiają wynagrodzenia minimalnego. Tyle że to bardzo powierzchowne widzenie sprawy.

Po pierwsze – podwyżka wynagrodzenia minimalnego tworzy presję płacową. Tam, gdzie wynagrodzenia są ogólnie niższe (czyli w wielu regionach kraju), podwyżka wynagrodzenia minimalnego podbije najniższe pensje, a to spowoduje, że pracodawcy zetkną się z oczekiwaniem ze strony nieco lepiej zarabiających i lepiej wykwalifikowanych pracowników, żeby podwyższyć także ich pensje, tak aby zachować proporcje pomiędzy pensjami. Niektórych może będzie na takie podwyżki stać, inni obniżą zatrudnienie albo nawet zakończą działalność.

Po drugie – podwyżka oznacza dla pracodawców wyższe składki, czyli wyższe koszty pracy.

Jak od dawna bardzo słusznie wskazuje Adam Abramowicz, rzecznik małych i średnich przedsiębiorców (ale nie tylko on), jedna stawka wynagrodzenia minimalnego dla całego kraju jest absurdem. Różnice w poziomie wynagrodzeń między najbogatszymi a najbiedniejszymi powiatami w Polsce są znaczące. W 2019 r. średnie wynagrodzenie w powiecie warszawskim wynosiło od ponad 6800 do aż ponad 8400 zł, a w powiatach województwa lubelskiego od ponad 3500 do niespełna 4100 zł. Czyli niemal dwa razy mniej. To dane sprzed trzech lat, ale wiele się raczej nie zmieniło, gdy idzie o relację pomiędzy poziomami wynagrodzeń.

Jednak w tej sprawie ciekawe jest jeszcze coś: fikcyjność roli Rady Dialogu Społecznego, która zastąpiła w 2015 r. Komisję Trójstronną. Uprawnienia RDS reguluje 2. rozdział Ustawy o RDS. We wszystkich przypadkach (propozycje ustaw, projektu budżetu, projektu wieloletniego planu finansowego państwa itd.) mechanizm jest ten sam: jeśli rada nie uzgodni stanowiska, rząd po prostu robi swoje, musi tylko przedstawić uzasadnienie. Zresztą kompetencje rady w ogóle sprowadzają się do opiniowania. W tym roku po raz kolejny w RDS nie udało się uzgodnić stanowiska w sprawie propozycji podwyższenia wynagrodzenia minimalnego, co rząd reguluje na poziomie rozporządzenia.

Na dodatek wątpliwości może budzić sam skład rady. Są w niej reprezentowane związki zawodowe – „Solidarność”, Ogólnopolskie Porozumienie Związków Zawodowych i Forum Związków Zawodowych. Są duże organizacje pracodawców: Pracodawcy RP, Konfederacja „Lewiatan”, Związek Rzemiosła Polskiego, Związek Pracodawców Business Centre Club, Związek Przedsiębiorców i Pracodawców oraz Federacja Przedsiębiorców Polskich. Są oczywiście przedstawiciele strony rządowej, natomiast nie ma w ogóle przedstawicieli małych i średnich przedsiębiorców, co jest nawet nie absurdalne, ale skandaliczne, wziąwszy pod uwagę, że większość polskiego PKB wypracowują właśnie małe i średnie firmy.

Przede wszystkim jednak można zadać sobie pytanie, jaki sens ma istnienie RDS, skoro rząd może jej uchwały i opinie najzwyczajniej zignorować? Robił to już w przeszłości wielokrotnie. RDS jest po prostu listkiem figowym – musi być „dialog społeczny”, więc jest rada. Rząd zawsze może stwierdzić, że opinii wysłuchał, a że ich nie uwzględnił – cóż, nie ma takiego obowiązku. Trzeba przecież „chronić zwykłych Polaków” poprzez dosypywanie im kasy. Oczywiście nie swojej – rząd własnych pieniędzy, jak wiadomo, nie ma, ale tu chodzi o kasę jeszcze bardziej nie swoją, bo nawet nie budżetową, ale z kieszeni przedsiębiorców, traktowanych kolejny raz jak dojne krowy, mające finansować wyborcze przekupstwo.

Ba, w niektórych sytuacjach RDS może nawet odegrać rolę ciała propagandowego. Jeśli w jego składzie znajdą się organizacje zblatowane z władzą – tą czy inną – mogą podbijać rządowe pomysły, nawet jeśli te szkodzą sektorowi, który te organizacje mają teoretycznie reprezentować. Wtedy rządzący będą mogli podeprzeć się taką opinią i mówić: „Proszę bardzo, nie wszystkie organizacje pracodawców się przeciwstawiały naszym słusznym, prosocjalnym pomysłom. Te bardziej odpowiedzialne nie były przeciw”.

RDS powinno się albo całkowicie zlikwidować i ewentualnie wypracować inne mechanizmy konsultacji, które zakładałyby realny wpływ na kluczowe decyzje gospodarcze, albo trzeba ją gruntownie zreformować. Pierwsza kwestia to taka zmiana ustawy, żeby w RDS znaleźli się przedstawiciele sektora MŚP. Dzisiaj to jest praktycznie niemożliwe, bo ze strony pracodawców do RDS mogą wchodzić tylko organizacje uznane za reprezentatywne. Pierwszym tego warunkiem jest zrzeszanie pracodawców zatrudniających łącznie przynajmniej 300 tys. osób. To warunek praktycznie nie do przejścia w przypadku organizacji sektora MŚP, który zresztą jest znacznie trudniej zrzeszyć niż dużych pracodawców. A nie jest to warunek jedyny. W katalogu jest ich kilka, wszystkie stanowią dla MŚP barierę nie do przejścia, a zgodnie z ustawą musiałyby być spełnione łącznie. Z pewnością natomiast do RDS powinien zostać powołany z urzędu rzecznik małych i średnich przedsiębiorców.

Druga kwestia to kompetencje rady. Jako organ konsultacyjny nie ma sensu. Przecież każda ze zrzeszonych tam organizacji może własną opinię wyrażać i bez tej struktury, która jednak nas kosztuje – RDS ma swój sekretariat, a członkowie i eksperci otrzymują wynagrodzenia. Sens miałaby jedynie, gdyby od uzgodnienia w jej ramach faktycznie zależała realizacja rządowych planów – choć to wymagałoby bardzo dobrego dostrojenia tego instrumentu. W końcu można by podnieść argument, że rząd dostał demokratyczny mandat do prowadzenia dowolnej polityki – jakkolwiek jest to argument obłudny, bo demokratyczny mandat nie uprawnia do absolutnie dowolnych działań – i nie może tego hamować sprzeciw niewybieralnego grona. Być może zatem należałoby przenieść sprawę minimalnych wynagrodzeń na wyższy poziom regulacji, tak aby konieczna była tu ustawa, a nie rozporządzenie. Ustawa mogłaby zresztą ten poziom regulować ramowo, uzależniając go od obiektywnych czynników ekonomicznych. Można także wyobrazić sobie mechanizm, krępujący dowolność Rady Ministrów do ustalania tego wskaźnika. Nadal byłoby to regulowane rozporządzeniem, ale już nie w dowolny sposób.

Tak czy owak – RDS dzisiaj jest zwyczajnie zbędna. A może nawet szkodliwa.

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułCzy Europie zabraknie żywności?
Następny artykułMiasta jutra odpowiedzią na wyzwania branży deweloperskiej