Polski system podatkowy wymaga reformy. Zarówno strukturalnie, jak i funkcjonalnie, ma on tyle wad, że potrzebuje gruntownych zmian. I nie chodzi mi o skalę nadmiernego fiskalizmu.

fot. Wikipedia

Wpływy podatkowe sektora general goverment stanowiły w Polsce 21 proc. w relacji do PKB (te i pozostałe dane za Eurostatem, rok 2019). Średnia dla całej Unii Europejskiej to niemal 27 proc. Oznacza to, że nasz kraj zajmuje miejsce w końcówce drugiej dziesiątki jeśli chodzi o udział danin podatkowych w relacji do produktu krajowego brutto (nie uwzględniam składek na ubezpieczenia społeczne). W tej klasyfikacji daleko nam do liderów. Dla Danii ten wskaźnik wynosi ponad 46 proc., Szwecja to 40,2 proc., a lokująca się na podium jako trzecia Francja to 30,5 proc. Oczywiście jeśli chodzi o czołówkę tego rankingu, szczególnie zaś o kraje nordyckie, zaraz ktoś pospieszy z dopowiedzeniem: „jasne, podatki tam są wysokie, ale wysoka jest także jakoś usług świadczonych przez państwo. Innymi słowy coś za coś”. Takie podejście nazywa się ekwiwalentnością ogólną, nie możemy wymagać czegoś konkretnego za to, że płacimy podatki. Np. nie możemy pojechać na stację Orlen i zatankować za darmo twierdząc, że to państwowy koncern, a przecież państwo utrzymywane jest z naszym podatków. Mamy jednak prawo oczekiwać, że płacąc podatki, otrzymamy od państwa wysokiej jakości usługi publiczne. To jednak temat na inną dyskusję.

Wracając zaś do systemu podatkowego, trudno wskazać, że problemem jest tutaj sama wysokość danin. Co ciekawe, słuchając polskich przedsiębiorców, ludzi, którzy prowadzą naprawdę poważne biznesy i obracają milionami złotych, można usłyszeć, że oni wcale niskich podatków nie oczekują. Innymi słowy płacą i są zadowoleni, że mogą płacić. Nie jest ich intencją gra z państwem znana powszechnie pod eufemistyczną nazwą optymalizacji. Twierdzą, że problem leży gdzie indziej. Chodzi o jakość prawa podatkowego, jakie obowiązuje w Polsce. A raczej o brak tej jakości. Ostatnio miałem okazję uczestniczyć w ciekawej dyskusji w ramach zespołu ds. podatków przy Rzeczniku MŚP. Tematem było wprowadzenie w naszym kraju podatku przychodowego, ale jak refren wracała też inna sprawa. Polscy przedsiębiorcy, praktycy życia gospodarczego, którzy swoje biznesy prowadzą często od wielu lat, mówią wprost. Podatki trzeba uprościć. Nie było podczas tej dyskusji wielu apeli o obniżanie danin. Dla prowadzących działalność gospodarczą nie jest to jakiś specjalny kłopot. Trudnością jest ryzyko podatkowe, z jakim muszą się mierzyć, opierając się na niejasnych i często zmieniających przepisach.

Ci ludzie chcą uczciwie zapłacić podatek, ale mają poważny problem z jego ustaleniem. Potrzebują do tego często wsparcia rozbudowanych działów księgowych, które i tak szukać muszą pomocy zewnętrznych doradców podatkowych. A i ci nierzadko sami nie są przekonani, które rozwiązanie zostanie zaakceptowane przez fiskusa. Czasami spory z organami podatkowymi trwają miesiącami albo nawet latami, generując zaangażowanie pracowników i niemałe koszty. Problem ten odzwierciedlają międzynarodowe notowania, w których oceniania jest jakość przepisów prawa podatkowego. Okazuje się, że wypadamy w nich fatalnie, notując pozycje u końca stawki.

Wydawać by się zatem mogło, że rząd, który zapowiada reformę podatkową, właśnie z tym problemem powinien zmierzyć się w pierwszej kolejności. Nie potrzeba nam kolejnej dyskusji o redystrybucyjnej funkcji podatków i o tym, kto ile ma zapłacić. To temat ważny sam w sobie, ale z punktu widzenia potrzeb pierwszorzędna jest kwestia stworzenia prostych i przejrzystych regulacji, które nie będą krępować ludzi przedsiębiorczych, chcących zrobić jakiś biznes. Tymczasem z medialnych przecieków wynika, że tej kwestii nie podniesiono, a przynajmniej nie w dostatecznym stopniu. Znacznie bardziej prawdopodobne wydaje się manipulowanie przy stawkach podatków dochodowych, tak aby zwiększyć dochody budżetowe. I to w ten sposób, aby nikt tak naprawdę tego nie zauważył, bo jak mówi minister Kościński, zmiany te będą dla budżetu neutralne.

Na pewno jednak zamiast tego warto wreszcie na serio zreformować polski system podatkowy. W tym celu należałoby np. wprowadzić jedną ustawę podatkową regulującą wysokość daniny bez względu na formę prowadzenia działalności gospodarczej. Podobna zapowiedź znajduje się w programie partii rządzącej (program PiS z 2019 roku, s. 110). Można także (chociaż to byłby koszt dla budżetu) zrezygnować z podwójnego opodatkowania spółek kapitałowych, tak aby ludzie chętniej je zakładali, nie zaś ponosili potężne ryzyko osobistym majątkiem w ramach działalności jednoosobowej. Można się zastanowić nad szybkim ukosztowieniem wydatków na inwestycje, tak aby w średnim okresie doprowadzić do wzrostu bazy podatkowej poprzez wzrost kapitału. Można wspierać poprzez preferencje podatkowe te firmy, które uzyskują patenty albo zwiększają przychody związane z działalnością operacyjną.

To wszystko są tematy do dyskusji. Niestety wiele wskazuje na to, że ona się raczej nie odbędzie. Zamiast tego będziemy się zastawiać nad wysokością trzeciej stawki w PIT albo drugiej stawki w CIT. Tak będzie wyglądała „wielka reforma polskiego systemu podatkowego”. A przecież nie o to powinno w niej chodzić.