Na problem przerywania ciąży trzeba spojrzeć w szerszym kontekście bioetycznym – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Jedną z kwestii, które obok pandemii, zmiany klimatu, kontroli granic państwowych i tym podobnych, rozgrzewają opinię publiczną do czerwoności, jest z pewnością aborcja. Niektórzy twierdzą, że to temat całkowicie zastępczy, uruchamiany zawsze wtedy, kiedy trzeba ukryć przed wyborcami realne i trudne do rozwiązania zagadnienia natury społecznej i gospodarczej. Parafrazując ks. prof. Józefa Tischnera – to też „też prawda”. Inni mogą utrzymywać, że aborcja to skomplikowany problem etyczny, który zostaje spłycony przez jedną lub drugą ze stron i z reguły przestaje być ciekawym wątkiem trudnych rozmów o granicach nie tylko naszego życia, ale także wolności osobistej, stając się przy tym raczej ideologiczną „pyskówką” i przedmiotem ulicznych wieców.

W aktualnych realiach pandemicznych wszystko to jest zresztą związane z bardzo ciekawymi dysonansami. Nierzadko osoby, które domagają się rozluźnienia restrykcji epidemicznych, są skłonne zaakceptować pewną liczbę zgonów urodzonych już ludzi, jednak aktywnie występują przeciwko „zabijaniu dzieci”. Ci natomiast, którzy uważają, że aborcja powinna być powszechnie dostępna i uzależniona wyłącznie od komfortu i woli kobiety, nie zaś kierowana potrzebą ochrony płodu, jednocześnie wymagają od innych osób radykalnych zmian w prywatnym życiu. Na przykład pogodzenia się z przymusową krajową kwarantanną, która w niektórych krajach trwała w sumie ponad trzy kwartały, a nawet zaakceptowania ingerencji w nietykalność cielesną pod postacią obowiązkowego testowania, leczenia czy szczepień. To wszystko po to, aby chronić „słabszych członków społeczności”, którymi przecież dzieci – w tym nienarodzone – niewątpliwie również są.

Najwyraźniej ten relatywistyczny paradoks ujawnił się być może w trakcie formalnie niezgodnych z prawem, chociaż masowych protestów, przeciwko orzeczeniu Trybunału Konstytucyjnego w sprawie K 1/20. W trakcie poważnej fali epidemii, pozbawiona maski Marta Lempart krzyczała wówczas przez megafon „że wolność jest ważniejsza niż zdrowie, że wolność jest ważniejsza niż życie!”.

Chodziło jednak tylko o aborcję, czy także o zdrowie publiczne? Jak zareagowałaby prasa, gdyby takie samo hasło w podobnych okolicznościach (a więc na masowym i nielegalnym proteście i bez wymaganej wówczas maski) skandował poseł Grzegorz Braun?

Jestem zresztą skłonny zgodzić się z krytykami, że orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, eliminujące jedną z przesłanek przerywania ciąży, było swego rodzaju kontrowersyjnym fortelem politycznym. Sprawami tego rodzaju powinien się pewnie zajmować „ustawodawca pozytywny”, czyli Sejm. Należy również w takich kwestiach wysłuchać głosu opinii publicznej, nie zaś zdawać się wyłącznie na decyzje nominowanych urzędników. Niemniej, orzeczenie w tej sprawie zapadło przecież właściwie dokładnie rok temu, a mieliśmy tylko jeden nagłośniony medialnie przypadek powiązany bezpośrednio ze skutkami wejścia w życie wyroku Trybunału.

Tymczasem interesujący jest przykład rozwiązań przyjętych w Szwecji, gdzie obowiązuje zarówno bardzo liberalne prawo aborcyjne, ale jednocześnie także dość liberalne, często krytykowane, przepisy przeciwepidemiczne. To pierwsze prowadzi jednak do około 30 000–40 000 zabiegów usunięcia ciąży każdego roku, przy ogólnej populacji wynoszącej około 10 mln. Można to rozumieć tak, że przynajmniej część z tych istnień nie przyszła na świat i to pomimo tego, że pewna grupa przeżyłaby poród i być może wiodła zupełnie normalne życie, nawet przez kilkadziesiąt lat. Natomiast do końca 2020 roku w związku z epidemią COVID-19 nadmiarowo zmarło w Szwecji około 8 500 osób (0,08 proc. ogólnej populacji), głównie po 70. roku życia. Wbrew temu, co niektórzy mogą przypuszczać, czytając nagłówki w prasie, kraj ten uplasował się z jedną z niższych nadmiernych śmiertelności w Europie. Nie chcę z tych statystyk wyciągać żadnych konkluzywnych wniosków, ale pozostawiam je jako kontekst do dalszych rozważań nad kwestiami bioetycznymi i wartością życia jako takiego.

Istnieją oczywiście diametralne biologiczne i etyczne różnice między życiem nienarodzonego płodu, choćby uszkodzonego, a życiem dorosłego człowieka, także chorego i wiekowego. Niemniej jednak trudne do zaakceptowania wydaje się – nawet na gruncie zupełnie świeckim, systemowym i logicznym – aksjologia takiego systemu prawnego, który na przykład chroniłby sankcjami karnymi trawniki przed zaśmieceniem i niszczeniem, a zupełnie odmawiał ochrony prawnej nienarodzonej istocie ludzkiej. Religia co prawda, w naszym kręgu kulturowym, głównie katolicyzm, odwołuje się w tej kwestii do wyjaśnień metafizycznych i w rzeczy samej – w pluralistycznym i laicyzującym się społeczeństwie nie musi się to zostać uznane za adekwatny argument. Dobrze jednak oddaje intuicje wielu ludzi. Płód ludzki to nie jest rzecz, a nawet rzecz i zwierzę podlegają „jakiejś” ochronie prawnej. Dlaczego płód nie miałby nie mieć żadnej ochrony przed agresją?

Sprawę najłatwiej wyjaśnić poprzez posunięcie przykładu do ekstremum: arbitralne kończenie życia płodu, na przykład przez pozwolenie ciężarnej, aby bez konsekwencji prawnych wypiła detergent, nie znalazłoby akceptacji społecznej. Wielu ludzi nie jest jednak skłonnych zaaprobować tego, aby matka miała urodzić płód tak uszkodzony, że ledwo przypomina istotę ludzką, a jednocześnie wystawiała własne zdrowie na ryzyko, które medycyna jest w stanie skwantyfikować jako wysokie. Spoglądając na ekstremalne przykłady musimy się zatem pogodzić z tym, że sprawa aborcji to kwestia kompromisu takiego, jak każdy inny. Obok argumentów czysto biologicznych i medycznych, nie możemy abstrahować od kwestii politycznych, etycznych i moralnych. W każdym państwie obowiązują „jakieś” przepisy regulujące proces spędzania płodu, a zatem ipso facto jest to ograniczenie absolutnej wolności wyboru. W wielu krajach, nawet Europy zachodniej, przepisy te jednak się od siebie różnią.

Nie jest to zatem w żadnym wypadku wyłącznie kwestia skodyfikowania autorytatywnie ujmowanej wiedzy medycznej, bo wówczas przepisy musiałyby być identyczne. Nie można na przykład uchwalić normy, że woda (przy normalnym ciśnieniu) wrze w 70 stopniach Celsjusza, ale można demokratycznie przegłosować różne przepisy odnoszące się do aborcji (czy walki z pandemią, jeśli już o tym mówimy) i to pomimo tego, że kwestia usunięcia ciąży (albo wirus) pozostaje w związku z wiedzą biologiczną i medyczną. Oczywiście zakres regulacji będą determinowały czynniki kulturowe i lokalnie panujące przekonania moralno-etyczne. Jeśli państwo postawi na absolutną ochronę płodu (albo społeczeństwa przed zarazą), może zaszkodzić matce (obywatelowi) i ich prawu do decydowania o własnym ciele i życiu. Jeśli z kolei w sposób całkowity będzie chronić autonomię cielesną i wybór matki (obywatela), może zanadto ograniczyć prawo do przetrwania osobnika, któremu humanitarne społeczeństwo powinno jednak zapewnić chociaż minimalny poziom ochrony prawnej. Traktowanie nienarodzonej osoby jako przynajmniej potencjalnego podmiotu prawa jest zresztą utrwalone od czasów prawa rzymskiego i wyraża się w treści przepisu art. 927 § 2 kodeksu cywilnego, zgodnie z którym dziecko w chwili otwarcia spadku już poczęte może być spadkobiercą, jeżeli urodzi się żywe (nasciturus pro iam nato habetur, quotiens de commodis eius agitur).

Jeśli natomiast chodzi o to, że państwo nakłada czasem na obywateli obowiązki, które potencjalnie mogą im zaszkodzić, to przecież prawie każdy dorosły mężczyzna podlega obowiązkowi czynnej służby wojskowej i w razie ćwiczeń lub mobilizacji może spotkać go nie tylko dyskomfort, ale także krzywda fizyczna. Niektórzy powiedzą, że wojna to abstrakcyjne zagrożenie, jednak do końca 2019 r. wielu było skłonnych tak sądzić o ryzyku wybuchu poważnej pandemii. Wyobrażacie sobie Państwo indywidualistyczny protest mężczyzn na rzecz ultra-pacyfizmu albo zakazu kwalifikacji i służby wojskowej? Umowę międzynarodową, która chroniłaby wszystkich mężczyzn przed jakimkolwiek obowiązkiem obrony ojczyzny? Akceptujemy generalnie to, że każdy obywatel jest przedmiotem polityki państwa, w tym obronnej. Zgodnie z prawem musi przykładowo zawiadamiać organy wojskowe o swoich kwalifikacjach i zmianach miejsca zamieszkania, a w razie zagrożenia wykazać się nawet najwyższym poświęceniem.

Argument, jakoby „nikogo nie można było zmuszać do bohaterstwa”, jest zatem w istocie rzeczy wadliwy. System prawny robi tak nie tylko w przypadku spraw wojskowych, ale także epidemicznych. Rozkazano nam na przykład zamknąć placówki, które przynosiły niektórym dochód i stanowiły ich źródło utrzymania. Dzieci nie mogły realizować swoich uznanych międzynarodowo praw do pobierania niezakłóconej nauki, chociaż sama choroba stanowi dla nich znacznie mniejsze zagrożenie niż dla innych członków społeczeństwa. Zakazano nam spotykania się z bliskimi, w niektórych krajach w tak radykalny sposób, że rodzice nie mogli zobaczyć swoich dopiero co narodzonych albo chorych i izolowanych dzieci. Poddawano nas niekiedy obowiązkowym testom, których sposób wykonania nie jest przyjemny i wiąże się z niskim, ale jednak ryzykiem zaszkodzenia badanemu. Są osoby, które postulują prawny nakaz poddania się zabiegowi medycznemu, na który nie wszyscy (aktualnie to nawet połowa dorosłych Polaków) nie wyrażają zgody. Pomijam tutaj to, czy to słuszna i uzasadniona medycznie decyzja – w większości przypadków z pewnością nie – ale takie są fakty społeczne. Co więcej, rzeczywiście bardzo rzadko, ale jednak zdarza się, że osoby zaszczepione odczuwają ciężkie niepożądane odczyny poszczepienne, ze zgonem włącznie. Czym innym zatem jest namawianie do obowiązkowych szczepień, jeśli nie wezwaniem do odejścia od zasady autonomii cielesnej dorosłych ludzi i poświęcenia dla dobra ogółu z niskim ryzykiem wystąpienia określonej, czasem poważnej szkody?

Ostatecznie chciałem się obronić przed często podnoszonym argumentem, jakoby mężczyźni w ogóle powinni milczeć w sprawie etycznych rozważań o przerywaniu ciąży. Po pierwsze, ten argument jest w swojej istocie hipokrytyczny, bo skrajnie seksistowski i antydemokratyczny. Po drugie, mężczyzna może w tej sprawie występować nie jako wróg kobiet, lecz obrońca interesów tych, którzy jeszcze się sami bronić nie mogą.