Po kolejnym lockdownie lokale gastronomiczne stanęły pod ścianą. Restauracje, kawiarnie, pizzerie i bary, które które ostatnio swoje produkty najczęściej sprzedają online, muszą bronić się przed wysokimi cenami narzucanymi przez sieciowych dostawców. A dla wielu placówek dużym problemem jest zorganizowanie opłacalnej dystrybucji.

Wcześniej, czyli przed pandemią, korzystanie z takich dużych dostawców jak korporacje Uber Eats, Pyszne.pl czy Wolt było wyborem samego właściciela. Nie każdego przecież stać na samodzielną reklamę. Nie każdy też potrafi skutecznie się promować. Zagraniczne korporacje, dowozowi pośrednicy, zostały dostatnio zaopatrzone w odpowiedni kapitał nie tylko na start, ale i na rozwój. Mają rozwinięty marketing; w tym niemal bezpłatny PR i duże środki na zakup przestrzeni reklamowych na bilbordach i innych nośnikach, pozwalające na kosztowną reklamę – także w telewizjach. W tej sytuacji stały się, podobnie jak hipermarkety dla producentów żywności, rynkowymi quasi monopolistami.

Przeciętna restauracja czy bar, jeśli nie są włączone np. do sieci franczyzowej, opierają swój biznes przede wszystkim na wysiłku właścicieli i lojalnych pracowników. Obie fale pandemii i zamrożenie branży musiały zaskoczyć; praktycznie z dnia na dzień lokale zostały zmuszone do uruchomienia lub rozwinięcia zamówień online oraz do sprawnego zorganizowania dowozów dań do klientów.

Aplikacje i zagraniczni dostawcy rządzą

Firmy takie jak Pyszne.pl czy Uber Eats zakupiły, a potem – dzięki stałej i intensywnej reklamie – rozpropagowały aplikacje na smartfony, pozwalające klientom w prosty i szybki sposób zamawiać jedzenie do domu. Obie firmy należą do zagranicznych inwestorów. Pierwsza do holenderskiego Takeaway.com, który ma ponad 70 procent udziałów w całym rynku sprzedaży dań restauracyjnych online i jest obecny nie tylko w Holandii, ale i w Niemczech, Belgii, Austrii oraz w Polsce. Z kolei Uber Eats to grupa Uber Technologies Inc., część amerykańskiego przedsiębiorstwa z siedzibą w San Francisco w stanie Kalifornia. Usługi dowozu Uber są dostępne w 528 miastach świata, w 84 krajach. W Polsce firma stała się głośna m.in. z powodu konfliktu ze środowiskiem rodzimych taksówkarzy.

Obie korporacje wykorzystują efekt skali działania. Czas lockdownu potrafią wyzyskać dla siebie w bezwzględny sposób. To prawda, że zdejmują z restauratorów problem dostaw, ale robią to za dotkliwą prowizję, sięgającą w niektórych przypadkach nawet 30 procent jednego zamówienia.
Nie trzeba też wielkiej wyobraźni, by uzmysłowić sobie, jak opłakanie niskie są w tej sytuacji wynagrodzenia pracujących na „śmieciówkach” kierowców.
Czy lokal gastronomiczny, chcący utrzymać się na powierzchni musi korzystać z usług tych dystrybutorów? Teoretycznie – nic nie musi. Ale robi to. Dlaczego? Bo nie widzi alternatywy.

Alternatywa istnieje

Nieubłagane prawo tak zorganizowanego niegdyś w Polsce rynku, stawia naszych restauratorów w sytuacji „płacz i płać ”, albo skłania do szukania innych rozwiązań, omijających drogich, zagranicznych pośredników. Ich własne inicjatywy, takie jak Upmenu, Wciągnij.to, Zentrale.pl czy Restaumatic oferują podobne usługi, ale za 10 procent od każdego zamówienia.

Restauratorom warto też rekomendować edukowanie klientów, przekonywanie na różne sposoby, że najprościej, a przy tym zdrowo i najtaniej będzie ruszyć się z domu i odebrać jedzenie osobiście. Jeszcze w sierpniu bieżącego roku platforma do obsługi rezerwacji w restauracjach MojStolik.pl wraz z FOR Solutions (marketing i PR) przygotowały kampanię informacyjną Odpowiedzialna Restauracja – Odpowiedzialni Goście, w której m.in. zaproponowano restauratorom dostosowane do realiów, jakie przyniósł koronakryzys rozwiązania technologiczne i w obszarze kanałów komunikacji.

Zdaniem Agnieszki Małkiewicz, prezes FOR Solutions i partner zarządzający MojStolik.pl, restauratorzy mają nowoczesne narzędzia (np. media społecznościowe i SMS-y) do budowania wokół swoich biznesów grona lojalnych gości-konsumentów.
Narzędzia te trzeba jednak intensywnie wykorzystywać, by dotrzeć do klienta.

Znaczenia nabierają coraz liczniejsze lokalne inicjatywy, takie jak np. portal Jemy w Tarnowie. Ostatnio lubelscy restauratorzy połączyli siły i razem walczą o klientów. Podejmując wspólne działania reklamowe i w mediach społecznościowych chcą przekonać lublinian, że zamawiając posiłki do domu przyczyniają się do utrzymania miejsc pracy.

Razem znaczy taniej. I nieraz – skuteczniej. Pozostaje wierzyć, że takich inicjatyw i działań będzie znacznie, znacznie więcej.