Przedsiębiorco, zanim nabierzesz się na piękne słowa o postępowaniu restrukturyzacyjnym, zweryfikuj, czy w twoim przypadku ma to sens. Jeśli uznasz, że tak: sprawdź dobrze, do kogo udajesz się po pomoc.

Krzysztof Oppenheim

Zanim weszła w życie ustawa Prawo restrukturyzacyjne, co miało miejsce z początkiem 2016 roku, obwieściłem na łamach „Rzepy”, że będzie to pełny blamaż. Nie znaczy to wcale, że jestem jasnowidzem: po prostu przeczytałem treść ustawy ze zrozumieniem – zanim ta weszła w życie.

Wspomniana publikacja TUTAJ.

Nie sądziłem jednak, że będzie aż tak źle: zdecydowana większość przypadków ratowania biznesu poprzez proces restrukturyzacji kończy się dla przedsiębiorcy katastrofą. Mimo to chętnych na takie rozwiązanie nie brakuje. Media, a także kancelarie prawne oferujące pomoc w tym zakresie, prześcigają się w zachwytach nad takim właśnie działaniem (czyli wejściem w restrukturyzację), kiedy dana firma traci płynność finansową.

Dlaczego jest tak dobrze, skoro jest tak źle?

Tak, jak zakładałem po analizie treści ustawy, Prawo restrukturyzacyjne na pewno nie służy przedsiębiorcom. Wyłącznymi beneficjentami są w tym wypadku kancelarie prawne, plus różnego rodzaju pośrednicy – „łapacze” zadłużonych podmiotów, którzy za niemałą prowizję przekazują takiego klienta do rąk nie zawsze etycznie działających kancelarii.

Trudno się jednak temu dziwić, skoro ustawę napisali właśnie topowi polscy prawnicy, specjalizujący się w procesach upadłościowych. Zdając sobie sprawę, że „restrukturyzacja” brzmi dla każdego przedsiębiorcy dużo lepiej niż „upadłość”, wymyślono sposób, aby na tonących biznesach zarabiać podwójnie. Czyli zacząć właśnie od postępowania restrukturyzacyjnego, aby skończyć na upadłości danego podmiotu.

Nie będę opisywał ze szczegółami wszystkich rodzajów postępowań w zakresie restrukturyzacji, w to miejsce zacytuję fragment ustawy:

Art. 3 ust.1). Celem postępowania restrukturyzacyjnego jest uniknięcie ogłoszenia upadłości dłużnika przez umożliwienie mu restrukturyzacji w drodze zawarcia układu z wierzycielami, a w przypadku postępowania sanacyjnego – również przez przeprowadzenie działań sanacyjnych, przy zabezpieczeniu słusznych praw wierzycieli.

„Słuszne prawa wierzycieli” to rzecz jasna zaległe zobowiązania, które trzeba będzie i tak spłacić. Trzeba to uwzględnić przy tworzeniu projektu układu z wierzycielami: jeśli bowiem, będziemy wnioskować o umorzenie znaczącej części zaległości – wierzyciele na taki układ po prostu się nie zgodzą. Więc cała robota na nic.

Na takie „układy” nie ma rady…

Możemy wiec już z grubsza się domyślać, jak w opisanej sytuacji powstają „układy z wierzycielami”. Otóż rozbijamy zaległości na okres zwykle lat kilku, co nie hamuje innych bieżących zobowiązań danej firmy. Można to zobrazować prostym przykładem: załóżmy, że stałe koszty przedsiębiorcy wynoszą 100 tys. zł, co w danym okresie przekracza możliwość funkcjonowania tego podmiotu. Po „skutecznej” restrukturyzacji udało się zawrzeć układ z wierzycielami, na mocy którego „uratowana” firma będzie spłacać miesięcznie po 15 tys. zł na poczet zaległych zobowiązań. Plus… koszty bieżące, które zmianie wcale nie muszą ulec. Niemal zawsze takie układy padają po kilku miesiącach.

Sprawę przeprowadzenia procesu restrukturyzacji prowadzi doradca restrukturyzacyjny, którego wybiera przedsiębiorca. Oczywiście za tę usługę płaci: i nie są to małe pieniądze. Taka pomoc kosztuje min. 20 tys. zł, zwykle jednak znacznie więcej, a ustalone opłaty trzeba wnieść w początkowej fazie współpracy.

Jak te hieny…

Najgorszym wariantem jest szukanie pomocy przy restrukturyzacji firmy w sieciowej kancelarii antywindykacyjnej, a widzę, że zdarza się to nader często.  Jak bowiem tak „pomoc” wygląda? Zadłużony przedsiębiorca trafia do wybranego oddziału takiej kancelarii. Tam nie ma żadnych specjalistów, są tylko sprzedawcy – ci muszą na kliencie zarobić. Oczywiście zarobić także musi twórca sieci (zwykle jest to organizacja w formie franczyz). To nie koniec: trzeba jeszcze do tego dokooptować doradcę restrukturyzacyjnego (potrzebna jest stosowna licencja), więc kasa od przedsiębiorcy już dzieli się na trzy części… A czasem nawet na cztery: niektóre sieciowe tzw. kancelarie antywindykacyjne pozyskują klientów przez pośredników finansowych, a ci także nie robią tego społecznie.

O „doradcy” – seryjnym zabójcy zadłużonych firm

Pracuję nad taką właśnie sprawą. Klient trafił do antywindykacyjnej sieciówki, tam skasowali go na prawie 25 tys. zł, potem przekazali w ręce Pana Adriana – doradcy restrukturyzacyjnego. Układ udało się niby zawrzeć, a Pan Adrian – zgodnie ze stosowną procedurą – został nadzorcą układu. Nieodpłatnie, bowiem za cały proces płaci się na początku i kwota ta została uiszczona.

Po kilku miesiącach ów przedsiębiorca zaczął się chwiać i spóźnił się z terminem spłaty wobec jednego z wierzycieli. Ów wierzyciel zgłosił fakt do nadzorcy układu (Pana Adriana). I co zrobił ów „doradca”? Zamiast sprawę rozpoznać, stanąć po stronie swojego klienta, w te pędy składa do sądu wniosek o uchylenie układu!

Oto parę fragmentów z pisma, którego kopię mam przed sobą:

„….. nadzorca wykonania układu wnosi o:

  1. Uwzględnienie wniosku wierzyciela o uchylenie układu …. (tu dane sprawy)
  2. Nadanie postanowieniu sądu uchylającego układ rygoru natychmiastowej wykonalności.

Dalej, dowiadujemy się z uzasadnienia tego wniosku:

„Podkreślić należy, że dłużnik dokonuje wpłat na poczet wierzytelności objętych układem, jednakże są one wykonywane nieterminowo.”

I najlepsze na koniec:

„Wobec nie wykonywania układu przez dłużnika (…),  konieczne jest zabezpieczenie interesu wierzycieli poprzez nadanie rygoru natychmiastowej wymagalności postanowieniu sądu w przedmiocie uchylenia układu, co umożliwi wierzycielom przystąpienie do egzekucji w stosunku do dłużnika.”

Raz jeszcze przypomnę: za swoją „ciężką” pracę Pan Adrian został wynagrodzony przez dłużnika, a nie przez jego wierzycieli…  Na zakończenie „współpracy” – jak widać z powyższego – wszelkie wysiłki „doradcy” skierowane były na doprowadzenie klienta do szybkiego bankructwa.

Postępowanie zakończone? Można szukać kolejnych ofiar

Mimo niezbyt przekonującego prowadzenia opisanej sprawy, jak się okazuje, Pan Adrian ma wzięcie, jak się patrzy! Wedle oficjalnych rejestrów, w latach 2020–2023 prowadził (lub jeszcze prowadzi) blisko 200 postępowań restrukturyzacyjnych. Dodajmy tylko, że znacząca część z nich posiada adnotację „Postępowanie zakończone”, z czego można wnioskować, że układ został uchylony, można domniemywać, że restrukturyzacja zakończyła się klapą. Skąd taki wniosek?  Otóż  najczęściej układy są przewidziane na co najmniej 3 lata, lub na okres dłuższy.

Jak wielu jest takich „doradców” i ilu już zniszczyli oni przedsiębiorców? Tego sprawdzać nie będę, gdyż szkoda mi na to czasu.

Tekst ten piszę ku przestrodze: przedsiębiorco, zanim nabierzesz się na piękne słowa o postępowaniu restrukturyzacyjnym, zweryfikuj, czy w twoim przypadku ma to sens. Jeśli uznasz, że tak: sprawdź dobrze, do kogo udajesz się po pomoc. Bo także nieprawdą jest twierdzenie, że każdy doradca restrukturyzacyjny działa tak niemoralnie, jak opisany w tekście Pan Adrian.

———————————————————————

Krzysztof OPPENHEIM: ekspert finansowy oraz od rynku nieruchomości, specjalizujący się m.in. w kredytach hipotecznych, przedsiębiorca. Od lipca 2016 roku prowadzi także kancelarię antywindykacyjną, o specjalnościach: upadłość konsumencka, pomoc zadłużonym przedsiębiorcom, spory „frankowe”. Członek Zespołu Roboczego ds. Restrukturyzacji i Upadłości w Radzie Przedsiębiorców przy Rzeczniku Małych i Średnich Przedsiębiorców. Więcej informacji na stronach: www.krzysztofoppenheim.pl oraz na www.oppen-kredyt.pl

Poprzedni artykułCzy to służby zablokowały kolejny portal?
Następny artykułSLIM VAT 3 jest już w Sejmie