Z Robertem Gębskim – przedsiębiorcą z branży odzieżowej rozmawiamy o jego próbach ratowania tego podupadającego, a mającego perspektywy sektora gospodarki, dzięki zatrudnieniu szwaczek z KRLD i o przeszkodach w postaci sankcji ONZ.

Robert Gębski protestuje pod ambasadą USA

Czym konkretnie się Pan zajmuje?

Z żoną prowadzimy dwie firmy odzieżowe. Mamy problem z brakiem pracowników, podobnie jak i inne szwalnie w Polsce. Firma żony szyje odzież karnawałową, którą wysyła do Niemiec. Moja firma, jako poddostawca, szyła wózki dziecięce do Rosji. Oprócz tego na rynek krajowy. Razem zatrudniamy ok. 50 osób. Cały czas ta liczba się zmniejsza. Wszystko sprowadza się do tego, żeby przetrwać. Perspektywy przetrwania – i ewentualnego rozwoju – są tylko pod warunkiem zatrudnienia szwaczek z zagranicy na kontrakt, bo nie ma wtedy problemu imigracji.
Gdyby się to udało, Polska mogłaby stać się wręcz „szwalnią Europy”, do czego zmierzam od kilkunastu lat. Zwłaszcza teraz, po pandemii, kiedy jest problem z zamówieniami przez firmy zachodnie w Chinach i Azji. I nie były one też nigdy do końca zadowolone z azjatyckiej jakości. To są bardzo duże ilości odzieży, którą firma niemiecka rozprowadza po całej Europie. W Chinach zamawiane były ilości kontenerowe, a krótkie dostawy – coś wyjątkowego i wysokiej jakości w naszej firmie.

Problemem dla branży są chyba wysokie koszty pracy?

Robert Gębski/Fot. Joanna Jakubowska

Tak – oraz biurokracja, jak w całej gospodarce. Żeby branża odzieżowa się opłacała, trzeba ściągać pracowników. Zacząłem sprowadzać szwaczki z Chin i wydawało się, że to był strzał w dziesiątkę, ale okazuje się, że nie. Mimo że wybrałem tam na miejscu Chinki, które miały szyć u nas w firmach, pod kątem tego, czy będą jakościowo i ilościowo dobrze szyć, to powstał problem, którego nikt nie był w stanie przewidzieć. Zachowanie i postawa obywateli Chin za granicą: nieustanne roszczenia ekonomiczne, żądania coraz wyższych zarobków za coraz mniejszą wydajność zdyskwalifikowały całe przedsięwzięcie. Mimo że były podpisane kontrakty, przyrzeczenia, obietnice, a nawet przyjazd właścicieli firmy chińskiej do nas w celu rozwiązania problemu. To niezrozumiałe dla zachodniej mentalności. Tylko część Chinek się sprawdziła i pozostała do końca kontraktu, cztery lub pięć osób z 54. Reszta musiała wyjechać wcześniej, bo nie chciała pracować tak, jak się zobowiązała.

Czy rozwiązaniem nie są pracownicy z Ukrainy?

Jeszcze przed pomysłem z Chinkami podjąłem ten temat. Ze znajomą Ukrainką między Lwowem a Tarnopolem założyliśmy, na próbę, taką szwalnię. Na spotkanie przyszły potencjalne szwaczki. Rozmowa zaczęła się od wszelkich pytań, tylko nie związanych z szyciem. Ile się będzie zarabiać? Czy się będzie ubezpieczonym? Ile jest urlopu? Jakie są warunki pobytu? Jak wyglądają sprawy wyżywienia? Nie było pytań o to, co mamy szyć. Jak to ma wyglądać ilościowo i jakościowo. Oczywiście te pierwsze pytania są również ważne, ale nie w takiej kolejności. Kiedy ja za młodu szukałem pracy na Zachodzie, rozmowa o pracy zaczynała się od tego, co trzeba zrobić, jakie są wymagania jakościowe i ilościowe, powtarzalność, czas zlecenia itp. Dopiero po tym jak uznałem, że jestem w stanie podołać oczekiwaniom mojego potencjalnego pracodawcy, można było rozmawiać o innych sprawach. Takie są święte zasady pracy na wolnym rynku i nie tylko. Bo przecież kiedy zabiega się o względy pięknej, wybranej kobiety, nie zaczyna się zabiegów od pytań, co mi dasz, jak cię polubię, tylko odwrotnie. Co ci chcę zaoferować za twoje względy. Natomiast parę lat wcześniej inny przedsiębiorca sprowadził całą szwalnię z Ukrainy. Przywiózł szwaczki do Łodzi, dał im pracę. Szyły przez kilka tygodni, a potem się to rozpadło. Powyjeżdżały, ulotniły się. Skończyło się szycie, mimo że wcześniej zobowiązały się do tego, że będą pracować.

Stąd Pana pomysł na szwaczki z Korei Północnej?

Zjeździłem wiele krajów w tej sprawie i przypadkowo dowiedziałem się o szwaczkach z KRLD. Złożyłem zapytanie do ambasady KRLD w Warszawie i spotkałem się z zainteresowaniem. Dalej dociekałem, czy jeśli szwaczki z KRLD zobowiążą się szyć w takiej ilości, jakości i za takie wynagrodzenie, to czy będzie to kontynuowane? Czy nie skończy się tak jak z Chinkami? No bo przecież ja zobowiązuję się wobec moich klientów, że dostarczę im odzież w odpowiedniej cenie, jakości, ilości i terminie. Przedstawiciele firmy odzieżowej w KRLD i ludzie w ambasadzie zapewniali mnie, że problemów, jeśli chodzi o wiarygodność, lojalność czy postawę, nie będzie. To były deklaracje. Takim początkiem miała być pierwsza grupa 15 kobiet, które wybrałem w zakładzie odzieżowym w KRLD – dokładnie tak samo jak w Chinach, a która miała przyjechać do mojej firmy.

Co stanęło na przeszkodzie?

W przypadku Chin nie było problemów politycznych, natomiast w tym przypadku są problemy wyłącznie polityczne. Sankcje ONZ. W tym przedsięwzięciu najbardziej poszkodowane są właśnie pracownice z KRLD, bo one zostały niejako ukarane zakazem możliwości pracy za granicą. A przecież Polacy w poprzednim ustroju, w PRL, jednak mieli możliwość wyjazdu za granicę na kontrakty. Osobną sprawą są warunki ekonomiczne. Chinki, które do nas przyjeżdżały w 2008 r., dostawały takie samo wynagrodzenie jak Polki. Takie same warunki przedstawiłem pracownicom z KRLD. One się na to godzą. To są dla nich bardzo dobre warunki. W 2014 r. przedstawiciele z ambasady KRLD w Warszawie obejrzeli miejsca zakwaterowania, wyżywienia i inne warunki pobytu. Tylko czekaliśmy na przyjazd. Kobiety otrzymały pozwolenie na pracę z Urzędu Wojewódzkiego w Katowicach. Natomiast potem polska ambasada w Pjongjangu odmówiła im wydania wizy pracowniczej. Poleciałem po nie, a wróciłem sam. Gdybym przywiózł je do Polski i sprawdziłyby się w szyciu i pobycie, to by nam całkowicie rozwiązało problem branży odzieżowej. Mogłaby się spokojnie rozwijać. Moglibyśmy obszywać całą Europę, bo na Zachodzie z powodów kosztów pracy i biurokracji nie ma ani jednej szwalni.

Trudno będzie Panu odwrócić całą politykę międzynarodową…

Jesteśmy bardzo rozczarowani tym, że ONZ podjęła taką wybiórczą, niesprawiedliwą i dyskryminującą decyzję. To skandal i hańba, by XXI wieku karać sankcjami Bogu ducha winnych zwykłych obywateli za to tylko, że mają chęć pracy za granicą i nie są winne obecnej sytuacji politycznej. Cały czas będziemy zabiegać, żeby warunkowo jednak szwaczki z KRLD mogły przyjechać do Polski, bo ja im to obiecałem. Jest taka szansa, jeśli zostanie okazana dobra wola. Kto ma okazać tę dobrą wolę? W pierwszej kolejności ONZ, a następnie wszyscy zainteresowani jakimś postępem w kwestii rozwiązania tzw. kryzysu Półwyspu Koreańskiego. Trzeba by uchylić, zawiesić sankcje lub je znieść warunkowo dla tych 15 osób. Można wtedy kontynuować postęp lub z powrotem wrócić do sprawy. Kiedy byłem w KRLD widziałem, że do Rosji i do Chin Koreanki wyjeżdżają do pracy mimo sankcji.

Dlaczego – Pana zdaniem – polska ambasada odmówiła tych wiz?

Pewnie dlatego, żeby się nie narażać. Ja w pewnym sensie wywierałem i będę wywierał presję na wszystkie zainteresowane strony, które są z tym związane, tzn. amerykańską, japońską i południowokoreańską oraz ONZ. Przed pandemią pisałem przede wszystkim do ambasady amerykańskiej – prosiłem o wsparcie w postaci wydania pozwolenia przez kogoś decyzyjnego, żeby Koreanki mogły fizycznie przylecieć do Polski. Nie uzyskałem żadnej odpowiedzi, a do byłej pani ambasador Georgette Mosbacher wysłałem 12 pism. Apelowałem nawet przed ambasadą USA w Warszawie. Bez widocznego skutku. Mam nadzieję, że życzliwiej na tę sprawę spojrzy nowy ambasador Mark Brzeziński. Będę pisał. Bo wydaje się, że ambasada polska nie jest najważniejsza, jeśli chodzi o rozstrzygnięcia w tego typu sprawach. Jeśli Amerykanie (nieformalnie) i inni oraz ONZ formalnie wyrażą zgodę, to Polska też. Mogę się mylić, ale uważam, że i w tej decyzji nie jesteśmy suwerenni. Byłbym bardzo szczęśliwy, gdybym się mylił i my niezależnie od tego, co sądzi ONZ, USA czy ktokolwiek inny, robimy swoje we własnym interesie. Bo ten biznes jest przejmowany przez tych, którzy inaczej na to patrzą. W ogóle nie bierze się pod uwagę małych i średnich firm, które mogą złagodzić taki kryzys, jak koreański. Bo jeśli powiązać się gospodarczo, to w sytuacji kryzysu do stołu rozmów siada mnóstwo firm zainteresowanych rozwiązaniem tych problemów.

No ale chodzi o to, żeby nie wspierać komunistów, którzy na dodatek dysponują bronią jądrową. Bo te pieniądze, które by Pan wypłacał Koreankom, tylko częściowo by szły do nich, a w dużej mierze dla reżimu.

To był pseudoargument partii Razem, która protestowała przy jakiejś budowie – że duża część pieniędzy idzie do rządu koreańskiego. Tak by można powiedzieć o każdym z nas, który przez kupno jakiegoś produktu czy usługi obciążonej krzywdą ludzką wspiera jakiś rząd czy reżim. Padała liczba 80 proc. A przecież w polskich realiach prywatni producenci i pracownicy wpłacają rządowi polskiemu 60 proc. swoich zarobków. Więc nie ma się o co spierać, bo idziemy właściwie w tym samym kierunku. Kiedyś pewnie i 80 proc. zarobków się nam zabierze. Oczywiście – jak zawsze w szczytnym celu. Po drugie, te 20 proc., które by otrzymywały Koreanki, to kwoty atrakcyjne i one zdają sobie z tego sprawę. Poza tym człowiek, który widzi sens ekonomiczny w kontrakcie, będzie się optymalnie angażował w pracę, co jest najważniejsze, a o czym się zupełnie nie mówi. Bo niewolnik może być wykorzystywany tylko do pracy prostej, w której niepotrzebne jest zaangażowanie intelektualne. Natomiast jeśli pracownik jest doceniony ekonomicznie i nie tylko, to będzie pracował bardzo dobrze. Mało tego, to miejsce będzie polecał innym. Uruchamia się proces w odwrotnym kierunku: budowy potencjału bardzo korzystnego i dla firmy, i dla branży, i dla kraju. W PRL (ale i niekiedy teraz) też pracownicy z polskich zakładów wyjeżdżający do pracy na tzw. Zachód zmuszani byli do płacenia haraczu na rzecz np. Metalexportu w takiej właśnie proporcji. A mimo tego chętni prawie „bili się” o możliwość takiego wyjazdu.

Rozmawiał Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułKatastrofalne skutki pandemii i wojny na psychikę
Następny artykułUkraińcy dostaną darmowe konta w bankach