Trendem unijnym, a za przewodem światłej Europy także krajowym, stała się teraz „ochrona sygnalistów”. Projekt ustawy liczy sobie 20 stron i 63 artykuły. Ktoś będzie musiał to przeczytać, napisać kilkanaście talmudycznych wypracowań na temat zaistniałych wątpliwości, które do końca i tak nigdy nie zostaną rozwiane – pisze w swoim najnowszym felietonie Michał Góra.

Ponad trzy lata temu, kiedy w życie weszło unijne Ogólne rozporządzenie o ochronie danych, czyli słynne RODO, na przedsiębiorców i sektor publiczny padł blady strach. Zastanawiano się, czy naprawdę tak drakońskie, choć ogólnikowe przepisy będą rygorystycznie przestrzegane, zdezorganizują normalną pracę przedsiębiorców i czy wszyscy będziemy płacić bajońskie sumy tytułem kar pieniężnych, ostatecznie lądując nawet w więzieniach za naruszenia…

Oczywiście rzeczywistość zweryfikowała to, że prawo na papierze nie zawsze równa się prawu w działaniu. Co prawda masa komentatorów, szkoleniowców i „wdrażaczy” zarobiła niemałe pieniądze na samym fakcie pojawienia się nowych przepisów i być może w tym sensie interwencje rządowe stymulują gospodarkę. Wielkie korporacje i znaczna część podmiotów publicznych wprowadziła rzecz jasna w życie odpowiednie regulaminy, powołała inspektorów, dodała dwie dodatkowe strony wzorów umownych pisanych maczkiem, tylko z rzadka otrzymując kary od Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych. Jeszcze rzadsze są przypadki uruchamiania procedur karnych. Przepisy RODO muszą jednak stosować nawet najdrobniejsi przedsiębiorcy, zawierający umowy z kontrahentami lub konsumentami. Oni także przetwarzają dane osobowe, często elektronicznie. Nierzadko robią to poprzez ustanowienie pewnej fasady w postaci jakiejś ogólnej klauzuli, czy skompilowanej na zasadzie kopiuj-wklej zgody na przetwarzanie danych osobowych. Trudno ich za to winić.

Niewykluczone, że do naruszeń teoretycznie kwalifikujących się na spotkanie z Urzędem Ochrony Danych Osobowych lub prokuratorem dochodzi w Polsce kilka razy dziennie albo i częściej. Podobne zjawisko wystąpiło zresztą w przypadku pozornie drakońskich, ale nienadających się do ścisłego przestrzegania obostrzeń pandemicznych. Michał Potocki w artykule pt. „Nie czas żałować zasad, gdy szaleje wirus? Odwrócenie tendencji demokratyzacyjnej jest już oczywiste” słusznie zauważył, że „Społeczna odpowiedź na takie praktyki zwykle sprowadza się do rosyjskiego powiedzenia, że ostrość przepisów jest rekompensowana nieobowiązkowością ich stosowania”. Dlatego obok strachu, niepewności i dezorganizacji pojawiły się memy i żarty dotyczące nie tylko lockdownu, ale także kwestii ochrony danych osobowych. Niedawno Kabaret Moralnego Niepokoju poświęcił nawet absurdowi z tym związanemu skecz pod wymownym tytułem „RODO”.

Co ciekawe, w toku pandemii obchodzono drugą rocznicę obowiązywania tego aktu prawnego. Urzędnicy unijni byli z niego naturalnie bardzo dumni i chwalili się, jak to wspaniale podniósł on poziom ochrony prywatności Europejczyków. Jeśli jednak spojrzymy na to z aksjologicznego punktu widzenia, to pandemia stała się raczej symbolem ingerencji państwa w prywatność obywateli. Zmuszono ich do używania różnego rodzaju aplikacji śledzących lub potwierdzających dane biometryczne w celu normalnego funkcjonowania w społeczeństwie. Wolałbym, żeby Bogu ducha winny instalator telewizji cyfrowej nie musiał recytować mi klauzul RODO i nie zmuszał mnie do podpisywania druczków, których i tak nie czytam, gdyby tylko państwo zechciało zaniechać tych technokratycznych eksperymentów.

Nie inaczej jest zresztą z innymi regulacjami, które Polska musi wdrażać, aby nadążyć za Unią Europejską. Pewne podobieństwo do RODO wykazują choćby przepisy o praniu pieniędzy i przeciwdziałaniu terroryzmowi. W pewnym sensie także przenoszą one ciężar wykonywania obowiązków publicznych z państwa na przedsiębiorców (w tym przypadku ścigania terrorystów), przewidują konieczność sporządzenia dodatkowej, często pozornej, dokumentacji oraz pewne mechanizmy samodenuncjacji. Wszystko to pod groźbą formalnie surowych kar pieniężnych i kryminalnych, które ostatecznie relatywnie rzadko są wymierzane.

Obecnie trendem unijnym, a za przewodem światłej Europy także krajowym, stała się „ochrona sygnalistów”. Jest to z całą pewnością zjawisko w istocie mające znaczenie społeczne, podobnie zresztą jak ochrona danych osobowych i ściganie terrorystów. Na pierwszy jednak rzut oka widać, że projektowana ustawa o ochronie osób zgłaszających naruszenia prawa cierpi na chorobę, którą roboczo nazwałem „RODOZĄ”. Udostępniony na stronach Rządowego Centrum Legislacji projekt przewiduje, że ustawą wdrożona zostanie dyrektywa Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2019/1937 z dnia 23 października 2019 r. w sprawie ochrony osób zgłaszających naruszenia prawa Unii. Projekt ustawy liczy sobie 20 stron i 63 artykuły. Ktoś będzie musiał to przeczytać, napisać kilkanaście talmudycznych wypracowań na temat zaistniałych wątpliwości, które do końca i tak nigdy nie zostaną rozwiane. Oczywiście trzeba będzie zorganizować dziesiątki szkoleń oraz sympozjów, ktoś zrobi na tym doktorat, a jeden jakiś nieszczęśnik trafi może do więzienia za naruszenia. W projektowanym art. 29 przewiduje się na przykład treść niezbędnego „regulaminu zgłoszeń wewnętrznych”, a brak odpowiedniej procedury – a jakżeby inaczej – zagrożony jest karą grzywny, ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 3.

Puenta nie jest zaskakująca: pójść do więzienia na trzy lata za brak firmowego świstka papieru, to naprawdę symbol postępu i stanu ducha współczesnych.