To nie jest tak, jakby się na pierwszy rzut oka wydawało. W wojnie na Ukrainie nie chodzi o przyłączenie do Rosji kilku wschodnich prowincji tego państwa. Wojna toczy się o wpływy polityczne i gospodarcze pomiędzy Rosją a USA. I tylko żal Ukraińców, którzy stali się ofiarą tej geopolitycznej rozgrywki mocarstw.

Tomasz Cukiernik

Zarówno Rosja (wcześniej ZSRR), jak i USA nie od dzisiaj próbują rozszerzać swoje wpływy. To wynika z natury państw poważnych, które chcą dominować w świecie i rządzić nie tylko własnym terytorium, ale i innymi. Proces ten nie zakończył się wraz z końcem zimnej wojny. On się tylko przekształcił. W pewnym sensie Rosja musiała zaatakować Ukrainę, żeby się zwyczajnie bronić. Tak głęboko bowiem doszło do ingerencji Waszyngtonu na Ukrainie. Przyparta do muru przez Amerykanów Moskwa nie miała innego wyjścia, jak bronić swojej strefy wpływów atakiem na Ukrainę, która coraz bardziej dążyła ku Zachodowi. Zwlekanie z podjęciem decyzji o agresji tylko pogarszałoby sytuację Rosji, ponieważ z biegiem czasu Ukraina byłaby coraz lepiej przygotowana do wojny. Więc nawet jeśli rosyjskie służby alarmowały swoich przełożonych, że Ukraina jest coraz silniejsza, a rosyjskie wojsko jeszcze nieprzygotowane do wojny, to – z punktu widzenia mocarstwowej polityki Moskwy – decyzja o wojnie musiała zapaść.

Rosyjskie wojsko zajęte jest na Ukrainie. Podobno walczą tam m.in. oddziały syberyjskie. Oznacza to, że rosyjski Daleki Wschód jest słabiej broniony. Na ukraińskim froncie Rosjanom nie idzie tak, jak planowali. Tracą sprzęt i zabijani są ich żołnierze. Pojawiały się problemy z zaopatrzeniem armii w broń, paliwo i wyżywienie. Blitzkrieg im się z pewnością nie udał. Czy to dlatego, że wywiad nie docenił siły wyszkolonej i dozbrojonej przez Amerykanów ukraińskiej armii? A może problemem jest takie ogólne dziadostwo, bezhołowie w rosyjskiej armii? Przypuszczalnie i jedno, i drugie. Rosjanie musieli się wycofać z okolic Kijowa, by wzmocnić własne siły na wschodzie i południu. Tak nie zachowuje się armia globalnego mocarstwa. Świat zobaczył, że wbrew powszechnej opinii Rosjanie nie mają niezwyciężonej siły, są słabi i mają problemy. Rosyjska gospodarka też nie jest w najlepszej formie, a poza surowcami i zbożem niewiele może zaoferować swoim partnerom handlowym. Sankcje z pewnością zrobiły też swoje. Czy w końcu świat – dzięki Ukrainie – zrozumie, że Rosja nie jest tak silna, jak głosi jej propaganda i pożyteczni idioci na Zachodzie?

Ta ewidentna słabość Rosji zachęca inne państwa – mające dawniejsze i bardziej świeże konflikty z Rosją – do upomnienia się o swoje. Optymiści już pokazują w Internecie różne wersje mapy rozebranej przez inne kraje Rosji. Japonia w sytuacji osłabienia Moskwy i możliwego braku reakcji przez zajęte wojną na Ukrainie wojsko rosyjskie zaczyna się upominać o Kuryle. To konflikt sięgający końcówki drugiej wojny światowej, kiedy to upadający w wojnie z USA Kraj Kwtinącej Wiśni nie był się w stanie bronić i Armia Czerwona bez trudu zajęła wyspy. Teraz ministerstwo spraw zagranicznych Japonii oficjalnie stwierdziło, że Rosja bezprawnie okupuje ziemie Kuryli i zażądało zwrotu czterech wysp: Iturup, Szykotan, Habomai i Kunaszyr. Choć Japońskie Siły Samoobrony mają charakter defensywny, to są piątą siłą militarną świata, co wynika przede wszystkim z jakości i nowoczesności japońskiego uzbrojenia.

Także Mołdawia chciałaby odzyskać kontrolę nad odebranym jej 30 lat temu przez Rosję Naddniestrzem, gdzie stacjonuje rosyjski garnizon, choć wywiad ukraiński twierdzi, że to rosyjska armia chce zająć Mołdawię. Rosyjska baza wojskowa w Naddniestrzu jest jednak niewielka i słaba, z przestarzałym sprzętem. Tymczasem armia Mołdawii jest podobno dozbrajana oraz szkolona przez Rumunię. Być może również inne państwa będą chciały wykorzystać słabość Rosji i odebrać własne terytoria zabrane przez ten kraj, np. Gruzja – Osetię Południową i Abchazję. Może na konflikt graniczny zdecydują się Chiny? Już pojawiły się też spekulacje, czy to Polsce powinien przypaść okręg królewiecki czy jednak Litwie. Sami Rosjanie podobno prewencyjnie podejmowali próby zainteresowania Niemiec stworzeniem kondominium rosyjsko-niemieckiego nad esklawą. To z kolei bardzo niekorzystny dla Polski scenariusz.

Czy konflikt na Ukrainie zakończy się tak, jak nie przewidywano w Moskwie w najczarniejszych scenariuszach? Wojna na Ukrainie pokazuje wyraźnie, że zaatakowana z różnych kierunków Rosja tym bardziej nie dałaby sobie rady. Problemem jest jedynie posiadana przez nią broń atomowa. A co po wojnie? Większość państw – te co już teraz nakładają sankcje – odwróci się od Rosji. Odejście od rosyjskich surowców spowoduje, że handel z nią nie będzie już im potrzebny. Wojna spowoduje znaczy ubytek PKB tego i tak gospodarco niezbyt silnego państwa. Rosjanie nie takie rzeczy przetrwali. Jednak pamiętajmy, że tylko silna gospodarka może utrzymywać silną armię.

W wyniku wojny na Ukrainie Rosja może zostać przekształcona z mocarstwa światowego – za jakie się uważa – w państwo średniej wielkości, otoczone przez wrogów. Wydaje się, że optymalnym rozwiązaniem byłoby odebranie jej broni atomowej, ale to nie wydaje się raczej możliwe. Jednak z drugiej strony oznaczałoby to znaczne wzmocnienie USA w Europie, co niekoniecznie musi być dobre dla Europy, choć dla Polski akurat tak. W końcu Rosja była tą siłą bilansującą. W tej sytuacji Moskwa może liczyć na swojego stałego sojusznika, czyli Berlin oraz ewentualnie zawsze prorosyjski Paryż. Niemcy już przebierają nogami, żeby ta wojna jak najszybciej się skończyła, by mogli w pełni wrócić do biznesu z Rosją.

Niebezpieczne jest to, że działania agresywne różnych państw skierowane przeciwko Rosji mogą doprowadzić do rozlania się wojny na inne kraje. A staje się ona i tak już coraz bardziej agresywna – np. Rosjanie bombardują linie kolejowe na zachodniej Ukrainie, czego nie robili w pierwszych dwóch miesiącach wojny. Słusznie kalkulują, by w ten sposób tamtędy wstrzymać dostawy sprzętu wojskowego z polskiej granicy do walczącego ukraińskiego wojska.

Sytuacja, kiedy mamy do czynienia ze słabą Rosją, jest oczywiście bardzo korzystna dla Polski i kilku innych państw naszego regionu. Ale nie tylko. To również wymarzona sytuacja dla Waszyngtonu (ale i dla Chin), który nie życzy sobie na świecie konkurencji w postaci innych krajów mających mocarstwowe ambicje. Dla Amerykanów korzystna jest sytuacja maksymalnego przedłużenia tej wojny, by jak najbardziej osłabić Rosję, dlatego organizują oni dostawy broni dla Ukrainy. Warto czasem spojrzeć na tę sprawę również z tego punktu widzenia.

– Głównym sponsorem wojny na Ukrainie są Stany Zjednoczone – uważa redaktor Stanisław Michalkiewicz. – Rosja prowadzi na Ukrainie wojnę z Sojuszem Północnoatlantyckim (…) Z punktu widzenia Sojuszu Północnoatlantyckiego taka wojna jest korzystna, bo bez ryzyka klęski militarnej po stronie NATO prowadzi niewątpliwie do osłabiania Rosji. Trudno się dziwić, że Sojusz Północnoatlantycki jest zainteresowany przeciąganiem tej wojny do ostatniego Ukraińca – dodaje.

To oczywiste, że wojny agresywnej nie można niczym usprawiedliwiać, a polską racją stanu jest, by Ukraina zadała Rosji jak największe straty. Absolutnie nie próbuję też bronić rosyjskiej „operacji specjalnej” na Ukrainie, tak samo jak działań Amerykanów w tym kraju. Niestety taki mamy świat i taką mamy politykę, że ludzie nawzajem się wyrzynają w imię niejednokrotnie absurdalnych idei, jak komunizm czy socjalizm i własnych niepohamowanych ambicji. Tego nie zmienimy. W kontekście działań mocarstwowych różnych państw należy sobie natomiast uświadomić, że suwerenność innych, mniejszych krajów jest tylko pustym frazesem.

Tomasz Cukiernik

Poprzedni artykułRubel zostanie powiązany ze złotem?
Następny artykułNa przekór stereotypom na rynku pracy