Fot. Pixabay

Od trzech dziesięcioleci rzeczywistość wygląda tak: Chiny stają się coraz większą potęgą gospodarczą i polityczną, nie można już wyobrazić sobie umów międzynarodowych, które nie biorą pod uwagę tego istotnego i aktywnego gracza politycznego. Co więcej, w związku z przeprowadzonym przez Donalda Trumpa nacjonalistycznym i izolacjonistycznym zwrotem USA, azjatycki gigant coraz częściej przedstawia się jako wielki hegemon, „Imperium Centrum”. A społeczność międzynarodowa musi nauczyć się żyć w nowej rzeczywistości, w której kluczowym graczem jest autorytarna jednopartyjna dyktatura.

Ten fakt wyraźnie widać podczas kryzysu związanego z koronawirusem. Epidemia, która pojawiła się w kraju, była wyciszana przez urzędników partyjnych, obawiających się reakcji Pekinu. Naukowiec, który pierwszy podniósł alarm, został aresztowany za „szerzenie plotek” i zmarł kilka tygodni później. Niechęć przed wprowadzeniem ograniczeń na początku sprzyjała międzynarodowej ekspansji wirusa. Wielu światowych ekspertów wątpi w prawdziwość liczb: „Washington Post” ujawnił, że w krematoriach w Wuhan, spopielono w tym roku ponad 45 000 ciał ofiar epidemii, tymczasem Pekin podaje, że zgonów spowodowanych wirusem było nieco ponad 3 000.

Chiny tłumaczą, że ich system polityczny jest wyjątkowy i trudno go dostosować do innych na świecie. Ta sytuacja w pewnym stopniu sięga lat zimnej wojny. Wówczas światowy porządek geopolityczny był dość jasny. Było dwóch wielkich hegemonów: Stany Zjednoczone i ZSRR, każdy z odmiennymi modelami systemów gospodarczych, politycznych i społecznych, jeden i drugi starał się przyciągnąć sąsiadów na swoją stronę, wysyłając w razie potrzeby czołgi. Po upadku muru berlińskiego świat zdawał się dążyć do systemu jednobiegunowego, dopóki rozwój Chin nie przywrócił konkurencji dwóch gigantycznych krajów.

Pierwotnie mogło się wydawać, że Chiny i ZSRR są bardzo podobne. Oba kraje są (były) komunistycznymi jednopartyjnymi dyktaturami, z surową kontrolą nad społeczeństwem. Ale ich sposób patrzenia na resztę świata jest zupełnie inny. Chiny tłumaczą, że ich system polityczny jest unikalny, trudny do dostosowania w innym miejscu na świecie. Chińska teoria nieingerencji w wewnętrzne sprawy innych krajów działa w obie strony: nie brzydzą się negocjacjami z kapitalistycznymi demokracjami, ale też nie proponują innym wdrażania swojego systemu dyktatorskiego.

Jedwabny Szlak

Chiny, w przeciwieństwie do ZSRR, są w pełni zadowolone z kapitalizmu i prywatnych przedsiębiorstw, o ile zachowana jest ostateczna kontrola państwa nad gospodarką. W praktyce oznacza to, że nie ma problemów z podpisywaniem umów inwestycyjnych i kupowaniem produktów po cenach rynkowych z krajami trzeciego świata.

Najlepiej obrazuje to „Jedwabny Szlak”, program inwestycyjny warty miliardy dolarów, który Chiny podpisały ze 138 krajami. A w tych krajach panują wszelkiego rodzaje ustroje: od silnych demokracji europejskich i azjatyckich po wszelkiego rodzaju dyktatury. W rzeczywistości chińskie pieniądze są bardzo atrakcyjne dla krajów, które z powodu swoich autorytarnych reżimów mają problemy z otrzymaniem pomocy zagranicznej i inwestycji od instytucji takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy. Chiny, w przeciwieństwie do nich, nie podnoszą tematu nieposzanowania praw człowieka ani nie domagają się kontroli antykorupcyjnej liderów, którzy zarządzają tymi pożyczkami.

Chiny chcą być dobrymi partnerami dla całego świata i współpracować w sferze handlowej w sposób, który przynosi korzyści obu stronom, pozostawiając przywódcom każdego kraju decyzję, co według nich jest najlepsze dla ich kraju. Przesłanie przyjaźni jest drukowane nawet na paletach z wyrobami medycznymi, które Chiny teraz masowo sprzedają.

Międzynarodowa cisza

Wtórnym efektem większego znaczenia Chin na rynku i w stosunkach międzynarodowych jest narastające milczenie świata wobec prześladowań, jakich ten kraj dopuszcza się na swoich obywatelach. Faktem jest też, że firmy takie jak Apple działają na pełnych obrotach w kraju słynącym z surowej cenzury w Internecie, lub że kraje, które proszą reżimy autorytarne na całym świecie o uczciwe przeprowadzanie wyborów, nagle wobec chińskiego reżimu zmieniają zupełnie ton. To tylko dwa przykłady, a jest ich dużo więcej.

Nie szukając dalej, warto przyjrzeć się reakcjom na sytuację w Xinjiang, chińskiej prowincji w północno-zachodniej części kraju. Tam miejscowa muzułmańska grupa etniczna, Ujgurowie, od lat są traktowani jak terroryści. Miliony z nich zabrano w celu reedukacji do obozów koncentracyjnych, które rząd chiński nazywa „ośrodkami kształcenia zawodowego”. Reszta tej społeczności jest pod stałym nadzorem. Kongres USA złożył formalną skargę na tę sytuację, a zagraniczni przedstawiciele UE wyrazili „zaniepokojenie”, ale to nic nie zmieniło. Chiny odpowiadają, że jest to „kwestia wewnętrzna”, w którą żaden inny kraj nie powinien się wtrącać.

Jeśli państwa już teraz z rezerwą podejmują takie kroki, to tym trudniej jest międzynarodowym firmom oprzeć się presji. Kiedy piłkarz Mesut Özil protestował przeciwko sytuacji Ujgurów, Chiny ocenzurowały mecze Arsenalu i zażądały usunięcia klubu z gier wideo takich jak FIFA 2020. A kiedy jeden z zespołów NBA poparł protesty Hongkongu przeciwko rządowi chińskiemu, amerykańska organizacja sportowa zdystansowała się od niego, aby nie ponieść surowych konsekwencji finansowych w Chinach, sięgających nawet 500 milionów dolarów straty.

Chiny wymagają również, aby linie lotnicze i wiele zagranicznych firm zaliczały Tajwan do terytorium chińskiego. Ta mała wyspa nie może nawet być członkiem Światowej Organizacji Zdrowia, nawet w środku obecnego kryzysu zdrowotnego, a na igrzyskach olimpijskich nosi nazwę „China Taipei”.

Nadszedł czas?

Powstaje teraz pytanie, czy nadszedł już czas, by Chiny porzuciły slogan narzucony przez Denga Xiaopinga, który opowiadał się za „trzymaniem gardy i czekaniem na odpowiedni moment”. Wraz z prezydentem Xi Jinpingiem, który opowiada się za spełnieniem „chińskiego marzenia”, czyli silnego kraju z relacjami z krajami rozwiniętymi, gigant prawdopodobnie zacznie podkreślać swój profil i być jeszcze silniejszy w stosunkach międzynarodowych, wypełniając lukę pozostawioną przez USA.

Na razie reakcja na rozprzestrzenianie się wirusa opiera się na ukrywaniu czasu pojawienia się epidemii oraz sprzedaży lub donacji produktów sanitarnych do innych krajów, co poprawia wizerunek kraju. Ale surowa kwarantanna może być kosztowna: fundacja FAES oblicza jej koszt na 13% PKB, czyli więcej niż 12% szacowane dla Hiszpanii. Rząd ogłosił już kwartalny spadek PKB o 6%, kończąc tych dziwną serię wzrostów, zawsze o 6%.

W ostatnich latach najbardziej znaczącymi chińskimi interwencjami dyplomatycznymi była obrona światowego systemu handlu w Davos i sprzeciw porozumieniu paryskiemu o zmianach klimatycznych, ale warto też wspomnieć o zamiarze przejęcia pełnej kontroli nad Morzem Południowochińskim, ignorując tym samym konwencję ONZ, która nadaje do niego prawa innym krajom, takim jak Wietnam, Filipiny i Malezja.

Chociaż prawdziwym wyzwaniem, przed którym stoją Chiny, jest starzenie się społeczeństwa, a sukces polityki jednego dziecka – sprawdzianu potęgi systemu autorytarnego – spowodował spadek przyrostu naturalnego w takim stopniu, że nie ma ciągłości pokoleń, a emerytury są raczej wątpliwe. Ryzyko polega na tym, że za kilka lat Chiny będą w sytuacji wewnętrznej bardziej zbliżonej do tej w UE niż w USA, i to zanim osiągną ten sam poziom zamożności.

Źródło: eleconomista.es