W państwie normalnym korupcja może funkcjonować tylko na marginesie życia publicznego, a nie być naczelną zasadą rządzenia – pisze w swoim najnowszym felietonie Stanisław Michalkiewicz.

Naszym nieszczęśliwym krajem wstrząsa kolejna straszliwa afera, afera zbrodniczego Pegasusa, w następstwie której wiele osób jednym susem wskoczy do białego orszaku męczenników reżymu „dobrej zmiany”, nastąpią przetasowania na politycznej scenie, a kto wie – może nawet rząd pana premiera Morawieckiego utraci większość parlamentarną? Wszystko to być może, tym bardziej że na aferę zbrodniczego Pegasusa nakłada się wojna, jaką z reżymem „dobrej zmiany” prowadzi prezes Najwyższej Izby Kontroli, pan Marian Banaś. Wezwał on niedawno przed oblicze NIK panią kierowniczkę Sejmu Elżbietę Witek, która wezwanie zignorowała, podobnie jak pan mecenas Giertych wezwania do prokuratury. Widzimy, jak pod władzą „dobrej zmiany” postępuje anarchizacja państwa, bo nawet oprócz legalnych, praworządnych i oczywiście niezawisłych sądów, pojawiły się sądy nielegalne, niepraworządne i zawisłe, więc w rezultacie nie wiadomo, które wyroki są prawdziwe, a które stanowią rodzaj kradzieży zuchwałej.

Wróćmy jednak do zbrodniczego Pegasusa. Skąd on się u nas w ogóle wziął? Podobno w roku 2017 rząd „dobrej zmiany”, a konkretnie Ministerstwo Sprawiedliwości, za 25 milionów wziętych z pozabudżetowego Funduszu Sprawiedliwości kupiło go od Izraela. Ciekaw jestem, jak na eferę Pegasusa zareaguje Ośrodek Monitorowania Zachowań Rasistowskich i Ksenofobicznych, bo czyż może być coś złego z Izraela? Problem w tym, że wspomniany Ośrodek należy do przeciwników rządu „dobrej zmiany”, bo w przeciwnym razie zarówno pan mecenas Giertych, jak i Wielce Czcigodny senator Brejza, nie mówiąc już o pani prokurator Wrzosek, już dawno zostaliby oskarżeni o antysemitismus i wtrąceni do lochu, w którym jęczeliby i szlochali przez resztę życia. Takie są plusy dodatnie totalnej wojny politycznej, w której pogrąża się nasz nieszczęśliwy kraj.

Ten izraelski Pegasus został kupiony dla Centralnego Biura Antykorupcyjnego, które zostało utworzone jako jedna z siedmiu grasujących w naszym nieszczęśliwym kraju bezpieczniackich watah, przy czym ta liczba obejmuje tylko te, które mają prawo prowadzenia działalności operacyjnej, czyli mogą werbować agenturę wśród cywilów. W jakich środowiskach? Prawdopodobnie nie wśród gospodyń domowych, bo cóż taka gospodyni mogłaby im powiedzieć? Co się przypaliło, co się przesoliło i tak dalej. To nawet mogą być informacje prawdziwe, ale cóż po nich? Toteż watahy werbują agenturę tam, gdzie rozmaite pomysły przekształcają się w prawo, czyli – w konstytucyjnych organach państwa – tam, gdzie kontroluje się kluczowe segmenty gospodarki, tam gdzie decyduje się o śledztwach; komu zrywamy paznokcie, a komu zostawiamy, tam gdzie wydaje się wyroki; kto idzie do lochu, a kto zostaje w domu, no i tam, gdzie produkuje się masowe nastroje: w mediach, przemyśle rozrywkowym i środowiskach opiniotwórczych. CBA powstało w 2006 roku, za rządów pana premiera Kazimierza Marcinkiewicza, którego kariera, jak wiadomo, niestety załamała się od nadmiaru szczęścia.

Od samego początku byłem przeciwny powoływaniu takiego Biura, bo gołym okiem widać było zasadniczą i nieusuwalną sprzeczność między interesem społecznym, a interesem Biura. W interesie społecznym leży, by korupcja zniknęła możliwie jak najszybciej, podczas gdy interes Biura jest odwrotny. Jedyną racją jego istnienia jest bowiem korupcja, czyli dopóki korupcja, dopóty Biuro. W interesie Biura leży zatem, by korupcja istniała jak najdłużej, żeby Biuro miało z czym walczyć. To tak, jak myśliwi dokarmiają zwierzynę, żeby mieli na co polować. Zresztą korupcja może być pożyteczna albo szkodliwa. W państwie totalitarnym nie tylko jest pożyteczna, ale niezbędna. Jest ona bowiem rodzajem smaru, bez którego machina państwowa, a przede wszystkim – gospodarka – zaraz by się zatarła, ze wszystkimi tego konsekwencjami. A contrario można by uznać, że korupcja jest szkodliwa tylko w państwie normalnym, państwie wolnościowym. Można by – ale nie można – bo w państwie normalnym korupcja może funkcjonować tylko na marginesie życia publicznego, a nie być naczelną zasadą rządzenia.

Gdzie występuje korupcja? Na styku sektora publicznego z prywatnym. Zatem najlepiej, gdyby tego styku w ogóle nie było. Można to osiągnąć na dwa sposoby: albo zlikwidować sektor prywatny, albo zlikwidować sektor publiczny. Sęk w tym, że ani jednego, ani drugiego zrobić nie można, bo ludzie z natury rzeczy należą do sektora prywatnego, więc będzie on istniał zawsze. Podobnie z sektorem publicznym – dopóki istnieje państwo, dopóty istnieje i on. Skoro jednak nie możemy tego styku zlikwidować, to powinniśmy maksymalnie go zmniejszyć. Na przykład ja uważam, że sektor publiczny powinien obejmować wyłącznie dziedziny związane ze stosowaniem przemocy, a wiadomo, że gospodarka do nich nie należy. Tak właśnie jest w wolnościowym państwie minimum. To już rozwiązywałoby skalę problemu, ale można zrobić jeszcze coś ponadto. Zwalczać korupcję można bowiem na dwa sposoby. Pierwszy to taki, jaki został wybrany przez rząd „dobrej zmiany”, ale utrzymywany był również przez rząd premiera Tuska i Ewy Kopacz. Ten sposób polega na podglądaniu, podsłuchiwaniu i prowokowaniu obywateli, żeby przyłapać ich na korupcji i wtrącić do lochu, przy okazji konfiskując im fanty. Przy tym sposobie CBA i Pegasus są nie tylko jak najbardziej na miejscu, ale są wręcz nieodzowne. Zwłaszcza Pegasus, przy pomocy którego można szpiegować obywatela nawet w sytuacjach, kiedy chodzi za potrzebą, nie mówiąc już o tak zwanych „momentach” z panienkami. Drugi sposób polega na likwidowaniu okazji do korupcji. Na przykład obrót paliwami płynnymi uchodzi za bardzo intratny, toteż rząd wprowadził w tej branży koncesje. Jednemu obywatelowi urzędnik koncesję da, a wszystkim innym – nie da. Oznacza to, że ten jeden dostał od niego prezent znacznej wartości. Tymczasem pensja urzędnika jest cały czas taka sama, bez względu na to, komu dał koncesję i czy w ogóle komuś dał. Ale na szczęście mało jest u nas ludzi, którzy nie potrafiliby okazać wdzięczności za otrzymany prezent, a najlepszym sposobem na jej okazanie jest podzielenie się korzyściami z niego płynącymi, najlepiej z góry. Gdyby jednak koncesje zostały zlikwidowane, to nie tylko nie byłoby żadnego powodu, by urzędnika korumpować, ale przede wszystkim nie byłoby kogo korumpować, bo w przypadku braku koncesji nie byłoby też urzędu, który je rozdziela. Ale z zagadkowych powodów jakoś nikt na to nie wpadł, chociaż proste to jak budowa cepa.

Stanisław Michalkiewicz

Poprzedni artykułPort Gdynia i chiński kapitał
Następny artykułWażne przypomnienie dotyczące kas rejestrujących