fbpx
wtorek, 16 lipca, 2024
Strona głównaBiznesRybołówstwo rekreacyjne w Polsce przestało istnieć

Rybołówstwo rekreacyjne w Polsce przestało istnieć

Po wprowadzeniu przez Unię Europejską zakazu połowów dorsza zarówno rybacy komercyjni, jak i rekreacyjni nie otrzymali ani złotówki rekompensat. Chcemy usiąść do rozmów z rządem. Skoro coś się nam zakazuje, to trzeba to zrekompensować – mówi Michał Niedźwiecki, przedstawiciel rybołówstwa rekreacyjnego.

Od początku 2020 r. Komisja Europejska zakazała połowów dorsza. Czy te prawie cztery lata zakazu coś dały?

Trudno mi to ocenić. Nie wiem, jaka jest kondycja dorsza, bo na tę chwilę nie łowimy ryb. Natomiast przez cztery lata nie ma możliwości, żeby ten ekosystem się tak szybko odbudował. Potrzeba co najmniej dekady. Trzeba pozwolić naturze się odrodzić. To nie jest tak, że po czterech latach od razu będziemy mieli pięknego dorsza.

Czy zakaz był uzasadniony, szczególnie w przypadku połowów rekreacyjnych, które mają marginalne znaczenie? Czy przez te połowy rekreacyjne populacja dorsza była zagrożona?

Michał Niedźwiedzki

To jest żart, że połowy rekreacyjne spowodowały brak dorsza na Bałtyku. Jest wiele innych czynników, które miały na to wpływ. Przede wszystkim dorsz jest drapieżnikiem. Jeśli chcemy chronić tego drapieżnika, to nie możemy odławiać jego pożywienia. Jeżeli duże statki paszowe łowią pokarm dorsza, to w jakim sposób mamy tego drapieżnika chronić? Już przed 2020 r. sygnalizowaliśmy Unii Europejskiej i naszemu rządowi, że z dorszem dzieje się coś niedobrego. Był mniejszy, wychudzony. Nic w tym kierunku nie robiono. Wręcz odwrotnie – pozwalano wpłynąć wielkim statkom, które odławiały wszystko: od pokarmu dorsza – szprota, po śledzia i inne gatunki ryb. Do tego te wszystkie pozostałości militarne z II wojny światowej zaczynają poważnie szkodzić. Na wysokości Władysławowa i w innych miejscach widzieliśmy poparzone dorsze. Zgadzamy się z tym, że należy zamknąć Morze Bałtyckie na połów dorsza, ale nie w taki sposób. Ryba cały czas nie może się odrodzić, bo jej pokarm jest odławiany w potężnych ilościach. To są statki zarówno polskie, jak i z innych krajów Unii Europejskiej, które wpływają na nasze wody terytorialne i odławiają szprota czy śledzia. Poza tym problemem są kawerny gazowe. Cała płuczka jest wylewana do Zatoki Puckiej. W momencie jak to ruszyło, zaczął się pojawiać problem z dorszem. Do tego dochodzi brak wlewek z Morza Północnego. Po Bałtyku pływa też coraz większa liczba statków. W ciągu 10 lat bardzo rozrosła się baza kontenerowa w Gdańsku. O kilkaset procent. Są zrzuty zanieczyszczonych wód.

Jak Unia Europejska rozwiązała problem zakazu w przypadku rybaków komercyjnych? Czy rybacy komercyjni łowiący dorsza dostali odszkodowania?

Tu jest też umiejętna zagrywka ze strony Unii Europejskiej. Jeśli wprowadza ograniczenia powyżej jednego roku, to jest zobligowana do zapłacenia rekompensat. Jeżeli robi to co roku, to rekompensaty nie są wymagane. Unia Europejska wprowadza zakaz na rok i go co roku przedłuża. Nie zrobiła tego na 7 czy 10 lat, a o takim czasie się otwarcie mówi.

Czyli rekompensaty powinien płacić polski rząd?

Zarówno rybacy komercyjni, jak i rekreacyjni za zakaz połowu dorsza do dzisiaj nie otrzymali od polskiego rządu ani złotówki rekompensat. Rybacy komercyjni mogą korzystać z innych programów unijnych. Polski rząd twierdzi, że to są te rekompensaty, ale nie jest to nigdzie napisane. Te programy nie są po to, żeby rekompensować zakaz połowów dorsza, tylko po to, żeby im pomóc w przetrwaniu tego trudnego okresu.

A polscy rybacy mogą łowić w rejonach Morza Bałtyckiego, gdzie nie ma zakazu?

Możemy. Ale w mniejszych portach nie ma jednostek, które pływają gdzieś tam pod Szwecję, żeby łowić dorsza. W rybołówstwie rekreacyjnym poruszamy się w odległości do 30 mil od linii brzegowej. A w tym pasie jest zakaz połowów dorsza.

Porozumienie rybaków rekreacyjnych z rządem ze stycznia 2020 r. zakładało rekompensatę finansową w wysokości 150 mln zł na pokrycie kosztów związanych z przebranżowieniem się ludzi żyjących z rybołówstwa rekreacyjnego. Co z tego wyszło?

Z każdego portu nadmorskiego po dwóch przedstawicieli zawiązało sztab kryzysowy, który podpisał z ministrem gospodarki morskiej i żeglugi śródlądowej Markiem Gróbarczykiem porozumienie, z którego wynikało, że na trwale odchodzimy od zawodu, bo na dodatek mamy jeszcze morskie farmy wiatrowe, które z drugiej strony wchodzą na nasze jedyne łowiska. Posiadając takie statki, jakie mamy, nigdy do rybołówstwa rekreacyjnego nie wrócimy. Na pewno nie w takiej formie, jak to było do tej pory. Poza tym mieliśmy informację od ministra, że zakaz połowów dorsza nie będzie trwał rok czy dwa, ale kilkanaście lat. Dlatego uzgodniliśmy kwotę 150 mln zł, która miała być wypłacona odpowiednio do wielkości jednostek i strat. Niestety w rzeczywistości zostaliśmy oszukani. Do dzisiaj musimy płacić za postój naszych statków. Ponosimy koszty ich utrzymania, a nie mamy żadnej możliwości zarabiania. Polski rząd nie wywiązał się z ani jednego zapisu tego porozumienia. Czujemy się oszukani przez ministra Gróbarczyka. Nawet nie usiedliśmy do stołu, żeby porozmawiać, na jakich zasadach te pieniądze mają być nam przekazane.

Dlatego dalej organizujecie protesty?

Oczywiście. Doszliśmy do takiej kuriozalnej sytuacji, że niektóre jednostki drewniane się rozeschły i mogą w portach zatonąć.

Po co trzymacie te statki, skoro wiecie, że nie możecie wrócić do zawodu?

Jeżeli zainwestowało się w biznes w postaci zakupu statku, przygotowania do prowadzenia biznesu, a państwo nam tego biznesu zakazało, to oczekujemy od państwa rekompensaty. Złomowanie statku drewnianego to koszt 150-200 tys. zł. Nikogo z nas na to nie stać. Większości nie stać nawet na utrzymanie statku w porcie. Co roku musimy robić przeglądy, które kosztują w zależności od wielkości statku 12-18 tys. zł. Do tego raz na pięć lat trzeba zrobić duży przegląd, który kosztuje ponad 50 tys. zł. Znacznie więcej, jeśli coś trzeba naprawić. Problem jest taki, że nie możemy stać w porcie bez ważnych dokumentów. Jeśli nie ma ważnych dokumentów, to płaci się kary w kwocie 500-krotnie wyższej, niż kosztuje postój.

Ile do tej pory wynoszą starty rybaków rekreacyjnych z powodu wprowadzenia zakazu?

Mniejsze jednostki – do 12 osób – miały do 60 tys. zł rocznie czystego zysku, a powyżej 12 osób – ponad 100 tys. zł. Wszystkich jednostek łącznie jest 113.

Na początku 2020 r., kiedy Unia wprowadziła zakaz, rozmawiałem z rybakami. Mówili, że w stulecie zaślubin Polski z morzem całe wybrzeże umiera. Czy tak to wygląda dzisiaj?

W rybołówstwie dzieje się bardzo źle. Najprawdopodobniej skończy się tak samo jak z węglem. Widzimy, że ta branża chyli się ku upadkowi z uwagi na to, że rząd nie robi nic w temacie zabezpieczenia naszych interesów. We wszystkich miastach nadmorskich jednostki stoją. Jeżeli właściciel nie zarabia, to nie zarabia też załoga na utrzymanie swoich rodzin. Po sezonie letnim ludzie przyjeżdżali na połów dorsza. W tej chwili wszystkie pensjonaty, restauracje nie korzystają z tego. My cały czas idziemy w dół. Co miesiąc musimy odpisywać 1200 zł za postój statku.

Od początku 2024 r. Komisja Europejska chce zamknięcia wszystkich połowów ukierunkowanych śledzia i szprota w zachodniej części Morza Bałtyckiego. Czy ten zakaz jest uzasadniony?

Ten zakaz powinien być wprowadzony w momencie wprowadzenia zakazu połowu dorsza. Będzie on ujemnym bodźcem dla branży rybołówstwa komercyjnego, dlatego trzeba im to jakoś zrekompensować. Branża rybołówstwa rekreacyjnego w Polsce się skończyła. W lipcu br. bez żadnych konsultacji z naszym środowiskiem została podjęta decyzja o zlikwidowaniu licencji połowowych dla statków rybołówstwa rekreacyjnego, które były wydawane przez Główny Inspektorat Rybołówstwa Morskiego. Skreślono nas zupełnie z istnienia. Nie ma innej branży rybołówstwa rekreacyjnego w Polsce. Olano nas, bo jesteśmy małym problemem społecznym i nie pojedziemy do Warszawy jak górnicy, ale dla nas to jest być albo nie być. To jest całe nasze życie. Ci, którzy łowili śledzia i szproty, stracą wszystko tak jak my w tej chwili.

Nie będzie już polskich śledzi w Polsce?

Oczywiście, że tak. Tak samo jak z dorszem. Łowiony jest na innych akwenach. Teraz kupuje się dorsza atlantyckiego. Naszego nie ma.

Co to oznacza dla rybaków?

Jak były rozmowy kuluarowe, mówiono nam, żebyśmy się przenieśli do innych portów. Ale gdzie? Przecież my tu mieszkamy. Znamy te akweny, niektórzy łowią z dziada pradziada. Wiedzą, gdzie górka, gdzie kamyczek. Od lat mamy pozapisywane miejsca, miesiące. Wiemy, gdzie jest ryba, w zależności, z której strony wieje wiatr itd. Sugerowano nam nawet, żebyśmy się przesiedlili. Ale gdzie? Do Rosji mamy jechać, bo tam na głębinach można łowić, bo jest dużo ryby? Mamy pływać na 50 mil, skoro nie możemy? Były różne głupie pomysły. Chcemy usiąść do rozmów, jak się ukonstytuuje nowy rząd i poważnie podejść do tematu. Skoro coś się nam zakazuje, to trzeba nam to zrekompensować.

Na jak długo ma być wprowadzony ten zakaz połowów śledzia?

Prawdopodobnie Unia Europejska zrobi tak samo jak z łososiem, węgorzem i dorszem, czyli na rok i co roku ten zakaz będzie przedłużać.

Tomasz Cukiernik
Tomasz Cukiernik
Z wykształcenia prawnik i ekonomista, z wykonywanego zawodu – publicysta i wydawca, a z zamiłowania – podróżnik. Ukończył Wydział Prawa i Administracji Uniwersytetu Śląskiego oraz studia podyplomowe w Akademii Ekonomicznej w Katowicach. Jest autorem książek: Prawicowa koncepcja państwa – doktryna i praktyka (2004) – II wydanie pt. Wolnorynkowa koncepcja państwa (2020), Dziesięć lat w Unii. Bilans członkostwa (2005), Socjalizm według Unii (2017), Witajcie w cyrku (2019), Na antypodach wolności (2020), Michalkiewicz. Biografia (2021) oraz współautorem biografii Korwin. Ojciec polskich wolnościowców (2023) i 15 tomów podróżniczej serii Przez Świat. Aktualnie na stałe współpracuje m.in. z miesięcznikiem „Forum Polskiej Gospodarki” (i z serwisem FPG24.PL) oraz tygodnikiem „Do Rzeczy”.

INNE Z TEJ KATEGORII

Branża noclegowa liczy długi i wypatruje gości

Rusza sezon dla turystycznych obiektów noclegowych. Bez wątpienia przedsiębiorcy oferujący zakwaterowanie liczą, że w nadchodzących miesiącach utrzyma się tendencja z zeszłego roku, gdy liczba turystów, którym udzielono noclegów wzrosła o blisko 6 proc.
5 MIN CZYTANIA

„Drapieżne koty” z Polski sprawdziły się na polu walki. Ukraińcy zwiększają zamówienia

Polskie wozy bojowe Oncilla, wyprodukowane przez firmę Mista ze Stalowej Woli, doskonale sprawdziły się na polu walki. Na froncie walczy już setka transporterów. Ukraińska armia zamówiła kolejną partię „drapieżnych kotów”.
2 MIN CZYTANIA

Polski drób niedługo znajdzie się na azjatyckich stołach

– Produkujemy rocznie trzy miliony ton mięsa drobiowego. To najwięcej w UE – zaznacza Dariusz Goszczyński, prezes zarządu Krajowej Rady Drobiarstwa – Izba Gospodarcza (KRD-IG). Według niego, wysoka jakość rodzimego drobiu predestynuje go do sprzedaży nawet na tak wymagających rynkach jak Japonia czy Hongkong.
4 MIN CZYTANIA

INNE TEGO AUTORA

Unia Europejska jako niemieckie imperium w Europie

Dr Magdalena Ziętek-Wielomska stawia w swojej książce tezę, że unijne regulacje są po to, żeby niemieckie koncerny uzyskały przewagę konkurencyjną nad firmami z innych krajów członkowskich Unii Europejskiej.
6 MIN CZYTANIA

Rocznica członkostwa w Unii

1 maja mija 20 lat, odkąd Polska stała się członkiem Unii Europejskiej. Niestety w polskiej przestrzeni publicznej krąży wiele mitów i półprawd na ten temat. Dlatego właśnie napisałem i wydałem książkę „Dwadzieścia lat w Unii. Bilans członkostwa”.
4 MIN CZYTANIA

Urojony klimatyzm

Bardziej od ekologizmu preferuję słowo „klimatyzm”, bo lepiej oddaje sedno sprawy. No bo w końcu cały świat Zachodu, a w szczególności Unia Europejska, oficjalnie walczy o to, by klimat się nie zmieniał. Nie ma to nic wspólnego z ekologią czy tym bardziej ochroną środowiska. Chodzi o zwalczanie emisji dwutlenku węgla, gazu, dzięki któremu mamy zielono i dzięki któremu w ogóle możliwe jest życie na Ziemi w znanej nam formie.
6 MIN CZYTANIA