Rządowa batalia antyinflacyjna nabiera rozmachu. Do walki rzucono siły inspektorów Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Handlowcy mają zostać dopilnowani, by obniżyli ceny w swoich sklepach w związku z zawieszeniem od początku lutego poboru VAT na podstawowe produkty spożywcze. Czy taka akcja ma szansę się powieść?

ElasticComputeFarm/Pixabay

Czy klienci zobaczą obniżki? Czy niepobieranie podatku jedynie zahamuje dalsze podwyżki? Chodzi o ryby i przetwory rybne, produkty mleczarskie, a także o warzywa, owoce, przetwory zbożowe i wyroby piekarnicze, niektóre napoje oraz produkty do żywienia niemowląt i dzieci. Wyliczamy je. Po to, by móc obserwować, co będzie się dalej działo.

UOKiK żandarmem

W buty żandarma został ubrany Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumenta. Prezes UOKiK Tomasz Chróstny obiecał, że już za kilka dni powinniśmy w trakcie codziennych zakupów odczuć obniżki VAT na podstawowe produkty żywnościowe.

Zadanie, które wziął na swoje barki urząd, niełatwe jest. Z „nasłuchu” wynika bowiem, że handlowcy – za wyjątkiem kilku, którzy zadeklarowali już publicznie „społeczną odpowiedzialność” i gotowość do obniżenia cen – nie są skorzy do obniżek. Bo pięcioprocentowa redukcja VAT – jak twierdzą – nie zrekompensuje im wzrostów kosztów działalności, wynikających z drożejącego gazu, energii elektrycznej, czynszów najmu, wynagrodzeń itd. itp. itd.

Groźni inspektorzy ruszają w Polskę

Same apele Chróstnego do handlowców mogą się odbić pustym echem. Inspektorzy UOKiK ruszyli więc na kontrole w teren. Mają prowadzić stały monitoring cen produktów spożywczych. Szczególnie dotyczy to koszyka tzw. artykułów podstawowych, takich jak pieczywo, nabiał, warzywa czy owoce. Będą też sprawdzać, czy sprzedawca umieścił przy kasie informację o obowiązującej od lutego do końca lipca obniżce do zera stawki VAT na towary spożywcze. Jeśli dotrą do dostatecznie wielu miejsc robiąc przy tym odpowiednio groźne miny, przynajmniej to ostatnie może się udać.

Inspekcje i apele to za mało, by rząd osiągnął zakładany cel. UOKiK dobrze to wie. Dlatego z całą powagą urzędu wyposażonego w odpowiednie narzędzia do karania, spotyka się z przedstawicielstwami handlowców. Odbył już rozmowy z Polską Organizacją Handlu i Dystrybucji oraz Polską Izbę Handlu. Jeśli na przykład, pod rygorem naruszenia zbiorowych interesów konsumentów (za które grozi kara w wysokości do 10 proc. obrotu), skłoni duże sieci – supermarkety i dyskonty do obniżek cen (lub przynajmniej do ich niepodwyższania) – odniesie sukces. Za sieciami pójdą wtedy i mniejsi handlowcy, bo kupowanie masła w osiedlowym sklepiku za np. 10-12 zł przestanie mieć sens, jeśli w hipermarkecie cena nie przekroczy 4-5 zł.

Kontrola cen to ostateczność

Szczególnie starszemu pokoleniu ceny regulowane narzucają nieodparte skojarzenia z PRL-em i pustymi półkami w sklepach. Ich kontrolowanie i wywieranie nacisków na wolny rynek jest objawem mniejszej lub większej desperacji rządzących. Robi się to tam, gdzie inne instrumenty oddziaływania na poziom inflacji zawodzą.

Ceny reguluje się także w dzisiejszych czasach w 79 państwach. Symptomatyczne jest jednak to, że są to państwa rozwijające się lub po prostu biedne i bardzo biedne. Bank Światowy i wielu ekspertów uważa, że regulowanie przez państwo cen hamuje rozwój tych krajów. Tworzy bariery w prowadzeniu biznesu utrudniając także prowadzenie polityki pieniężnej. W efekcie spada produktywność, zmniejszają się zyski przedsiębiorstw, co też zniechęca do inwestowania oraz niszczy konkurencję.

Jeśli więc już sięga się po taki instrument używając autorytetu i siły państwa, oby okazał się on – przynajmniej doraźnie – skuteczny.

Poprzedni artykułPolska potentatem w produkcji wodoru
Następny artykułRząd rozszerza ulgę dla klasy średniej