Jak wiemy, rządy światowe zajmują się głównie walką z różnymi kryzysami. Ostatnio coraz częściej zdrowotnymi. Prawie wszystko, nawet takie pozornie niezwiązane ze zdrowiem zagadnienia jak rasizm czy klimat, ujmowane są obecnie jako „zagrożenia dla zdrowia publicznego”.

Dlaczego tak się dzieje? Prawdopodobnie dlatego, że kiedy przedstawimy je jako „public health emergency”, wtedy krytykom można po prostu powiedzieć, że są szurnięci, ponieważ medycyna jest absolutnie ważniejsza od wolności i praw obywatelskich, a z nauką się w ogóle nie dyskutuje. Prawda?

Prasa podała ostatnio, że co najmniej dwa państwa (Nowa Zelandia i Wielka Brytania) zamierzają zadbać o zdrowie obywateli i walczyć z nałogiem tytoniowym. Już nie poprzez promocję zdrowych zachowań, nie poprzez podnoszenie podatków na wyroby tytoniowe, ale powolne wdrażanie prawnego zakazu obrotu i spożywania tytoniu. Nie wiem, czy włodarze pamiętają historię wielkiej prohibicji w USA i zdają sobie sprawę z drugoplanowanych, niepożądanych konsekwencji takich paternalistycznych i ultra-moralistycznych interwencji rządowych, ale mniejsza o to. Spróbuję Czytelnikom pokazać, że i tak skończy się to prawdopodobnie na rządowym programie dopłat do papierosów, który roboczo nazwałem „Tytoń+”.

Otóż po pierwsze, jak zapewne Państwo pamiętają, dwa lata temu zakazano nam przemieszczania się, ponieważ mogło to powodować zagrożenie sanitarne. To zresztą była święta prawda, ale takie ograniczenia mają niewątpliwe negatywne skutki uboczne. Oczywistym jest, że rujnują choćby sytuację w niektórych sektorach gospodarki, opartych właśnie na swobodzie ruchu. Na myśl przychodzi tu przede wszystkim turystyka. Walcząc więc z jednym zagrożeniem, rządy zawsze generują przy okazji jakieś inne, z którym również muszą walczyć. To tworzy takie błędne koło, które chyba ma usprawiedliwiać sens istnienia rozbudowanej władzy wykonawczej. W jaki to sposób polski rząd postanowił walczyć ze spadkiem dochodów dla sektora turystycznego? Otóż krótko po zniesieniu pierwszego lockdownu wydał nam bony turystyczne, a więc de facto impuls czy zachętę, aby więcej podróżować. To, co dwa miesiące temu było ściśle zakazane, nagle stało się dotowane. Jak w takiej sytuacji ludzie mają nie czuć, że ktoś robi z nich wariatów?

Po drugie, podobna rzecz ostatnio stała się z węglem. Jak wiemy, węgiel jest brudny, zły, jego spalanie przyspiesza zmiany klimatyczne, a w ogóle to do ogrzewania używają go tylko niewykształcone, biedne, heteroseksualne babuszki na wsiach. Dlatego z paliwami kopalnymi się w Europie walczy, dodatkowo je opodatkowuje, wprowadza specjalne kwoty, jakie można zużyć i to dopiero po zapłaceniu odpowiedniej opłaty. Promowane i dotowane są zresztą inne, „czyste” źródła energii. Może to i nawet wszystko jest słuszne, ale działa do czasu, aż przyjdzie prawdziwy kryzys ekonomiczny i energetyczny. Wtedy okazuje się, że jednak ważniejszy jest komfort wyborców, aby mieli czym palić i nie zamarzali w domach w imię walki z globalnym ociepleniem. I tak Polska Agencja Prasowa cytuje wiceminister Olgę Semeniuk, która oświadczyła: „Chcemy skrócić łańcuchy dostaw, tak aby pośrednicy sprzedający węgiel nie pobierali tak wysokich marż, jeśli to nie zadziała, wprowadzimy dopłaty dla najuboższych”. Po co dopłacać do czegoś, co chcemy wyeliminować i co jest rzekomo zbyteczne? W prywatnej rozmowie mój znajomy zwrócił mi uwagę, że w tej sytuacji rząd zachowuje się tak, jak w słynnym cytacie z Ronalda Reagana (pisał zresztą już o tym fenomenie przy innej okazji red. Tomasz Cukiernik): „Jeśli coś działa – opodatkuj. Jeśli dalej działa – reguluj. Jeśli przestaje działać – dotuj”.

Nie dam sobie ręki uciąć. Podejrzewam jednak, że za kilka lat rządy, które najpierw wprowadzały specjalne podatki, a potem podjęły próbę całkowitego zakazu sprzedaży tytoniu, będą zmuszone go dotować. Wtedy poproszę tylko o tantiemy za wymyślenie sloganu „Tytoń+”.

Michał Góra

Poprzedni artykułDzień Wolności Podatkowej 9 dni wcześniej
Następny artykułDramatyczny spadek notowań kryptowalut