Koncepcja przedsiębiorczego państwa to nie jest coś, co lubią libertarianie – chyba, że krytykować. Libertariańska propozycja ułożenia relacji pomiędzy jednostką, państwem, ciałami pośredniczącymi, całym społeczeństwem wreszcie jest zgoła inna niż proponowana przez teoretyków wspomnianego nurtu. Możemy być więc co najwyżej polemistami dla tych, którzy swoje nadzieje wiążą właśnie z takim modelem.

Nie jest on jednak tylko przynależny do sfery produkcji kapitału finansowego. Państwa bywają przedsiębiorcze także wtedy, kiedy chcą tworzyć inne kapitały, w tym też kapitał społeczny. Takie zjawisko mamy również i w Polsce. Nie jesteśmy tu wyjątkiem.

Jestem człowiekiem trzeciego sektora przede wszystkim dlatego, że to właśnie tą przestrzeń utożsamiam z wolnością, swobodą ekspresji, możliwością łatwego i spontanicznego łączenia się z innymi w instytucje i wspólnie z nimi tworzenie projektów. Nie tylko finansowych, także tych służących ludziom w inny sposób. Moja wizja sektora pozarządowego nie różni się szczególnie od tego, co mogą i powinny robić firmy, z tą jednak różnicą, że osiągany zysk nie musi mieć przede wszystkim wymiaru ekonomicznego. To oczywiście ważne, ale ewaluację wielu działań można prowadzić też w inny sposób, niż tylko licząc słupki. Trudno zresztą wyobrazić sobie, aby działalność na przykład hospicjum albo rodzinnego domu dziecka miała obracać się wokół ekonomicznej wydajności. Takie myślenie zubażałoby, nie wzbogacało, dodatkowo, utrudniało darczyńcom wsparcie na rzecz tych, którzy potrzebują pomocy. Warto jednak być przedsiębiorczym, przekuwać szanse na zyski – nawet wtedy, kiedy te ostatnie nie są wyrażane w pieniądzu, a niekiedy w wartościach trudniejszych do oszacowania – ale też od nich ważniejszych.

Obracanie projektami, znajomościami, instytucjami, miksowanie ich razem i sprawdzanie, co z tego wyjdzie, to oczywiście opis adekwatny zarówno do działań przedsiębiorcy, jak i trzeciosektorowego przedsiębiorcy idei. Pierwszy z nich produkuje jednak przede wszystkim kapitał, drugi: kapitał społeczny, choć rzecz jasna takie dystynkcje nigdy nie będą pełne, człowiek biznesu będzie bowiem tworzyć też społeczny wymiar życia dla innych ludzi, a menadżer trzeciego sektora wytworzy też zysk finansowy, bo praca to nie wolontariat, ten drugi zbyt szybko wypala. Stany idealne istnieją jednak tylko w laboratoriach, w rzeczywistości mamy różne ich zakłócacze. Na przykład politykę państwa, nieodmiennie zbyt przedsiębiorczego.

W Polsce też bardzo scentralizowanego, także na poziomie przydzielania środków organizacjom pozarządowym. Jestem rzecz jasna w stanie zrozumieć koncepcję, w której trzeci sektor realizuje zadania zlecone przez władzę polityczną, tak może być nawet czasami wydajniej i taniej niż w sytuacji, w której prywatna inicjatywa jest wypychana przez urzędników. Trudniej mi jednak przejść do porządku nad skalą tego zjawiska, szerokością oddziaływania państwowych agend na sektor teoretycznie pozarządowy, tym gorzej widzę również zdolność tego ostatniego do bycia autentycznie niezależnym. Mogę się też pochwalić, że Fundacja Wolności i Przedsiębiorczości nigdy nie wzięła publicznych pieniędzy i naszą pracę opieramy w pełni o prywatne środki.

Mamy jednak model, jaki mamy i pracownicy trzeciego sektora muszą sobie w nim jakoś radzić. My wszyscy musimy sobie za to radzić z problemem na co dzień ukrytym gdzieś pomiędzy kolejnymi terminami naborów wniosków i ich rozliczeń. Skoro bowiem państwo postanowiło wspierać trzeci sektor w produkcji kapitału społecznego, to swoim działaniem przynosi też odkształcenia.

Kapitał społeczny, a więc relacje i zaufanie do siebie jednostek, możemy bowiem podzielić na dwa rodzaje: kapitał wiążący i pomostowy. Ten pierwszy odpowiada za spoistość grupy, jest smarem działającym wewnątrz niej. Ten drugi – przeciwnie, pomaga nawiązać relacje z innymi, z ludźmi, którzy należą do innych grup. Żaden z nich nie jest ważniejszy, po prostu mają różne funkcje. Jednocześnie, wytwarzają się niejako samorzutnie, w zależności od okoliczności, które napotyka przed sobą społeczność lub społeczeństwo.

Przedsiębiorczość państwa w kwestii stymulowania wzrostu kapitału społecznego nigdy nie będzie oderwana od politycznych celów tej czy innej partii. Nawet w systemie dojrzałej demokracji pokusa oddziaływania byłaby ogromna i tak naprawdę jedynym bezpiecznikiem jest tutaj skala zaangażowania państwa w trzeci sektor. Ta w Polsce jest bardzo duża. I widać to doskonale także dziś. Z wyjątkiem projektów dotyczących Ukrainy i Ukraińców, ingerencja państwa w ten jakby nie patrzeć rynek, ma za zadanie przede wszystkim zwiększanie zasobów kapitału wiążącego. Po macoszemu jest jednak traktowany kapitał pomostowy. W dobie globalizmu niezmiernie przydatny. Mamy więc być bardziej spoiści, mniej zdolni do nawiązywania relacji na zewnątrz wspólnoty. I nie chodzi o to, że uważam to za coś z grubsza złego czy szkodliwego. Chodzi o to, że nie jest to samorzutny, przetestowany przez rynek rozwój. Jeśli dotujemy jeden rodzaj kapitału społecznego, to zubażamy możliwości na rozwinięcie się go w innej odsłonie.

I co ważne, kolejna partia, która będzie rządzić, odziedziczy wszystkie narzędzia do rozwijania politycznie umotywowanych projektów przeznaczonych do realizacji przez fundacje, stowarzyszenia i inne trzeciosektorowe podmioty. Wtedy ci, którzy dziś dzielą środki i ci, którzy z nich korzystają będą mówić o upolitycznieniu. I będą mieli rację. Przynajmniej w połowie, bo najmniej upolitycznienia będzie wtedy, kiedy trzeci sektor naprawdę będzie pozarządowy. Lepiej pozwolić ludziom działać. I traktować wolny rynek jako cel także dla trzeciego sektora.

Marcin Chmielowski
*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułZimą będzie niższa temperatura w domach
Następny artykułBiedronce grozi wysoka kara