Zaplanowany na 1 lipca 2022 r. termin wejścia w życie ustawowych łat na tzw. Polski Ład – w tym m.in. obniżenia stawki PIT w pierwszym przedziale skali z 17 do 12 proc. – skłania do ponownej refleksji nad sensem prowadzonej reformy podatkowej obecnego rządu. Reformy, która w swych założeniach miała sprawić, że podatki staną się bardziej sprawiedliwe i prostsze.

narodową strategią bezpieczeństwa obrotu gotówkowego prace - grafika wpisu
Kolasancjusz/Pexels

„Zmiana modelu podatkowego ma fundamentalne znaczenie, bo u nas jest tak, że im kto więcej zarabia, tym mniej płaci danin” – takie zdanie wygłosił w wywiadzie dla „Gazety Polskiej” Jarosław Kaczyński niedługo po tym, jak zaprezentowano Polski Ład. Ten sam, który okazał się wielką klapą na początku roku. Aby tę ideę urzeczywistnić, w ramach Polskiego Ładu PiS postanowił zrobić system podatkowy bardziej sprawiedliwym, czyli zabrać więcej bogatym, aby biedni mogli płacić mniej. Na programie zyskać miało (lub przynajmniej nie stracić) ok. 24 mln podatników. Czyli całkiem sporo, jeśli brać pod uwagę, że podatników PIT, opodatkowanych według skali, jest w sumie nieco ponad 25 mln (na liniowym PIT ledwie kolejne 700 tys.). Krótko mówiąc, na reformie stracić miało zaledwie niecałe 2 mln Polaków. A i to tylko tych najlepiej zarabiających, czyli o dochodach powyżej 11 tys. zł miesięcznie, a zatem raptem nieco ponad 130 tys. zł rocznie. W istocie jednak na zmianach podatkowych – tak przynajmniej zdaje się wynikać z wyliczeń – najbardziej tracą osoby o zarobkach mieszczących się w polskiej średniej.

Ale zaraz, zaraz. Czy faktycznie można powiedzieć, że lepiej zarabiający w Polsce płacą mniej niż najbiedniejsi? Załóżmy na chwilę, że wszyscy płacimy podatek liniowy według jednej stawki, takiej jak opodatkowani tym podatkiem przedsiębiorcy, czyli 19 proc. Ile podatku zapłaciłby bez żadnych ulg i odliczeń podatnik zarabiający 2800 zł? Rachunek jest prosty: 532 zł. A podatnik zarabiający 28 tys. zł? Tu też rachunek jest prosty: 5320 zł. Czy w takim razie zarabiający lepiej zapłaciłby więcej, czy mniej? Bo tak na oko wydaje się, że 5320 zł to 10-krotnie więcej niż 532 zł. To proste. Przy takiej samej stawce ktoś kto zarabia dziesięć razy więcej niż ktoś biedniejszy, płaci też dziesięć razy wyższy podatek. Podkreślam wyższy. A nie niższy.

Bo też i kłopot dla rządzących nie w tym, że lepiej zarabiający płaci mniej w żywej gotówce, ale że za dużo zostaje mu w kieszeni. Przecież osoba o wyższych zarobkach powinna płacić procentowo więcej niż osoba o zarobkach niższych. Dla socjalizujących (niezależnie od opcji politycznej, którą reprezentują) polityków na całym świecie nawet dużo więcej – najlepiej, gdyby oddawał przynajmniej połowę tego, co udało jej się własną pracą uzyskać.

A teraz spójrzmy jeszcze na dane samego Ministerstwa Finansów z rozliczenia PIT. Co z niego wynika? Ano wynika, że osoby o zarobkach do 85 tys. zł (pierwszy próg dotychczasowej skali) oddawały średnio do kasy państwa raptem ok. 7 proc. dochodu. Nie 17 ale 7 proc. właśnie. Czyli na każdy zarobiony tysiąc złotych ich podatek wynosił 70 zł.

Najwięcej od swojego dochodu oddawali podatnicy podatku liniowego – ok. 17 proc., czyli na każdy zarobiony 1000 zł – 170 zł podatku. 100 zł więcej niż podatnik na etacie płacący podatek formalnie według stawki 17 proc.

Nie bądźmy też hipokrytami. W wyniku zmian, które wprowadzono w systemie podatkowym już wcześniej, dziś ponad 5 mln osób nie płaci nawet złotówki podatku. I wcale nie dlatego, że nic nie zarabiają. Umożliwiają im to ulgi, w tym ulga na dzieci, która u osób o najniższych dochodach skutecznie zeruje podatek. Co więcej – około 2 mln podatników nie tylko nie płaci podatków, ale jeszcze dostaje dodatkowy zwrot od fiskusa. To ci, którym zabrakło podatku do odliczenia ulgi na dzieci. Brakująca kwota zawracana jest im z podatków innych obywateli. Ta grupa podatników, skoro już podatku nie płaci, nic na żadnych zmianach nie zyskała. Ale rząd skwapliwie doliczył ją do 24 mln Polaków, którzy na zmianach zyskać mieli. I co ciekawe – mimo hojnych ulg na dzieci, tych jak w Polsce nie przybywało, tak nadal nie przybywa.

Oczywiście argument, że w ramach solidaryzmu społecznego osoby zarabiające więcej powinny też w większym stopniu partycypować w kosztach utrzymania państwa – i to nie tylko w kwotach bezwzględnych, ale także licząc w procencie uzyskiwanych dochodów – nie jest całkiem bezzasadny. Kłopot jedynie w tym, że próby wprowadzenia w życie tej idei poprzez progresywne (choć głownie tylko z nazwy) skale podatkowe zdaje się całkowicie nietrafiony i nie pozwala osiągnąć zamierzonych skutków. Komplikuje natomiast niepotrzebnie system.

Ten sam efekt, który politycy starają się osiągnąć progresją opartą na skali podatkowej, można byłoby uzyskać, wprowadzając prosty, liniowy podatek dochodowy uzupełniony dodatkowym elementem w postaci podatku solidarnościowego (który przecież i tak już w Polsce funkcjonuje, chociaż obejmuje mikroskopijną grupę podatników). I to osiągając przy okazji widoczne uproszczenie systemu podatkowego.

Poprzedni artykułPo pierwsze „nie kradnij!” [Wspomnienie Jana Michała Małka]
Następny artykułKartą czy gotówką? Jak płacą Polacy