W okresie, kiedy prawie nic nie wolno i całkowicie odeszliśmy od różnych świętych zasad, zapomniano też o maksymie, zgodnie z którą „najwyższe prawo jest najwyższą niesprawiedliwością” – pisze w kolejnym gościnnym felietonie Michał Góra.

Zacznijmy od paradoksalnej myśli przewodniej: „wszyscy generalizują”. A przyszła mi ona do głowy, ponieważ z inicjatywy portali Nadwyraz.com oraz Polszczyzna.pl ukazał się Raport Koronamowa 2020 neologizmy powstałe w czasie pandemii COVID-19 (autorzy: Maciej Piotrowski, Krzysztof Kacprzykowski). Pośród takich słów jak „koronaferie” czy „wyszczepić” najmniej popularny okazał się nieprzyjemnie brzmiący „covidiota”.

Odruchowo pomyślałem, że termin ten musi tyczyć się mojej skromnej osoby, ponieważ tak jest zazwyczaj ze wszelkimi stygmatyzującymi epitetami. Postanowiłem więc upewnić się, co to słowo tak naprawdę oznacza. Najwyraźniej intuicja mnie nie zawiodła, skoro pośród wielu cech – przy czym znaczna część rzeczywiście zasługuje na wygarnięcie – Korin Miller w artykule What Does 'Covidiot’ Mean, and Who Qualifies as One? wskazuje na to, że nasz „covidiota” uważa ograniczenia ustanowione w związku z potrzebą „dystansowania społecznego” za naruszające jego „konstytucyjne prawa”.

Co ciekawe, „dystansowanie społeczne” nie znalazło się w cytowanym Raporcie Koronamowy, a przecież jest to nieco dystopiczny, pojemny i niejasny neologizm. Pod „dystansowanie społeczne” można podpiąć tak oczywiste nakazy, jak zachowanie odpowiedniej odległości od obcych osób czy mycie rąk ciepłą wodą i mydłem (za brak tego ostatniego nota bene nadal nie grozi żaden mandat, co uznaję za istotne przeoczenie).  W szerszym znaczeniu termin ten obejmuje również zakaz spotykania się z ukochanymi osobami, uczestniczenia w stacjonarnych zajęciach edukacyjnych i sportowych, czy prowadzenia działalności gospodarczej na własny rachunek. Wszystkie te aktywności wiążą się bowiem z kontaktem z innymi osobami, a to – jak mawiają anglofonii – ‘is a no-no’ w trakcie pandemii.

Jak już wspomniałem, nie zdziwiłem się szczególnie, że sam wpadnę w zakres „covidiotowego” definiensa. Bardziej zaskoczyło mnie to, że tak może być z uznanymi organami państwa. Chociażby Rzecznik Praw Obywatelskich wielokrotnie podkreślał rażące „naruszenia podstawowych standardów ochrony praw człowieka” w stanie epidemii. Podobne wypowiedzi, w kontekście wolności działalności gospodarczej, dało się słyszeć z ust Rzecznika Małych i Średnich Przedsiębiorców. Najwyraźniej są to Rzecznicy Praw Covidiotów.

Warto skończyć wypowiedź klamrą, bo Czytelnicy domyślili się już zapewne, dlaczego na początku pisałem o generalizowaniu. Prawnicy zdają sobie sprawę z tego, że na skutek biegunki legislacyjnej i zjawiska nazywanego „overcriminalization” jeszcze przed epidemią każdy z nas łatwo mógł stać się przestępcą. W tym kontekście często powtarzają, że prawo – zwłaszcza represyjne – powinno stanowić minimum, a nie maksimum moralności. W okresie, kiedy prawie nic nie wolno i całkowicie odeszliśmy od różnych świętych zasad, zapomniano też o maksymie, zgodnie z którą „najwyższe prawo jest najwyższą niesprawiedliwością” („summum ius, summa iniuria”). Z tego powodu stawiam śmiałą i generalizującą tezę: wszyscy jesteśmy „covidiotami”.