Po roku 1989 w Polsce zlikwidowano 298 zakładów przemysłu spożywczego, w tym 27 firm zajmujących się przetwórstwem owocowo-warzywnym. Efektem reform Leszka Balcerowicza i Janusza Lewandowskiego było gospodarcze tsunami, które zaowocowało pojawieniem się na krajowym rynku wielu firm reprezentujących zagraniczny kapitał. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby polskie prawodawstwo przygotowane było wówczas na ochronę konsumentów i mniejszych firm, które do dziś znajdują się „pod butem” światowych hegemonów. W takiej właśnie sytuacji znaleźli się polscy sadownicy.

fot. Marcin Kalita

Sytuacja powtarza się prawie co roku: w kluczowych momentach sezonu gospodarstwa nawiedzają przymrozki, potem przychodzą nawalne deszcze, grad lub susza, które niszczą zbiory. Sadownicy mają ogromne problemy z uzyskaniem odszkodowań, bo firmy ubezpieczeniowe nie są zbyt skore do wyrzucania, z ich perspektywy, pieniędzy w błoto. Później rząd (niezależnie od opcji politycznej) obiecuje pomoc, która – nawet jeśli jest wypłacana – i tak nie wystarcza na pokrycie strat. Ten system jest niewłaściwie skonstruowany i sadownicy to wiedzą.

Nie ma niczego złego w rozważnie przydzielanej doraźnej pomocy. Często jest ona konieczna i decyduje o rynkowym być albo nie być wielu firm, ale nie można na „zapomogach” budować stabilności sektora. I to także sadownicy wiedzą.

Patologia goni patologię

Symptomatyczną i niewesołą historię przytoczył w ostatnich dniach prezes Związku Sadowników RP Mirosław Maliszewski. Otóż do jednego ze związkowców zadzwonić miał przedstawiciel największej sieci handlowej w Polsce. Celem rozmowy było nakłonienie (wymuszenie?) gospodarza do dostarczenia jabłek po skandalicznie niskich cenach. Chodziło tu o jabłka deserowe, które ujęte zostać miały w harmonogramie cotygodniowych dostaw (obejmujących okres do sierpnia 2022 roku) w tej samej cenie jesienią i wiosną. Propozycja jak propozycja. Warto jednak dodać, że rolnik za kilogram przesortowanych jabłek deserowych miał otrzymać… niecałą złotówkę. Albo się zgadzasz, albo wypadasz z gry – tak wygląda rzeczywistość branży, bo podobne historie usłyszeć można przy każdym niemal spotkaniu z dowolnym, w zasadzie, sadownikiem.

Problem ten pojawia się zazwyczaj w przypadku wielkich firm z krajów niemieckojęzycznych, Chin i Ukrainy, które łupią biednych polskich dostawców raz po raz. Ceny jabłek przemysłowych kształtowane są w Polsce przez podaż – to jasne – ale ogromny wpływ ma na nią także polityka zakupowa wielkich koncernów. Kiedy ceny na światowych rynkach stoją w miejscu, w Polsce, przez decyzje kilku osób, potrafią one spaść z dnia na dzień o kilkanaście procent. Rzeczywistość jest smutna – albo akceptujesz warunki oligopolistów, albo wypadasz z rynku.

Związek Sadowników RP zapowiedział już, że sprawę zgłosi do UOKiK, ale czy to coś da? Urząd działa na pełnych obrotach i podobnych postępowań prowadzi na pęczki, więc być może i tym przypadkiem kiedyś się zajmie. Kiedyś.

Co z tym zrobić?

Ustawa o przeciwdziałaniu wykorzystywaniu nieuczciwej przewagi kontraktowej już jest, UOKiK dostał nowe uprawnienia i realnie działa, ale sadownicy wciąż czekają na obiecane akty prawne, które rokrocznie odsuwane są w polityczny niebyt. Zdaje się, że upadł już pomysł utworzenia podmiotu, który miałby się zająć wytwarzaniem na masową skalę koncentratów owocowych. Wciąż na próżno szukać także realnych kroków, których efektem byłoby powołanie do życia Narodowego Holdingu Spożywczego czy też Krajowej Grupy Spożywczej, bo obie te nazwy zaistniały już w przestrzeni publicznej.

Sytuacja jest trudna, a przed Ministerstwem Rolnictwa i Rozwoju Wsi stoi niemały problem. Jesteśmy dziś w zasadzie w przededniu zbiorów jabłek. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że zbiory będą zbliżone do rekordów z roku 2018. Może przełożyć się to na drastyczny spadek cen owoców, który – mówiąc wprost – wykończy wiele przedsiębiorstw od lat funkcjonujących na rynku. Opierając się na doświadczeniach z 2018 roku wysnuć można wniosek, że nawet niewielką interwencją rynkową można skutecznie ten rynek stabilizować.

W ostatnim czasie problemami sadowników zajmuje się także Rada ds. Rolnictwa przy Prezydencie RP. Jej członkowie zapowiadają, że dążyć będą do rozwiązania absurdalnych problemów związanych z ubezpieczeniem sadów oraz corocznym i spotęgowanym przez pandemię problemem braku rąk do pracy w polskich gospodarstwach sadowniczych. Ale czy minister rolnictwa podejmie tę rękawicę?