Młodzież źle ocenia kierunek, w którym podąża Polska. Ten realizm cieszy, jednocześnie jednak to właśnie najmłodsi wyborcy i ci, którzy nimi dopiero będą, muszą być jak najszybciej włączeni w naprawę Polski. Obecna ekipa rządząca nie umie tego zrobić, bo nie potrafi komunikować się z młodzieżą, a jej siermiężne traktowanie patriotyzmu powoduje szkody. Można go na szczęście uczyć lepiej.

„Czy, ogólnie rzecz biorąc, sytuacja w naszym kraju zmierza w dobrym czy też w złym kierunku?” – takie pytanie zadał respondentom CBOS na jesieni 2021 r. Odpowiadali uczniowie szkół średnich, w przeważającej większości osoby w wieku 17–19 lat. Odpowiedź „w dobrym” wskazało tylko 4 proc. ankietowanych. „W złym” – 78 proc.

Cieszy realizm, bo sytuacja w Polsce w oczywisty sposób się pogarsza i widać to zarówno z poziomu danych makroekonomicznych, nastrojów konsumenckich, inwestorskich, jak i z perspektywy robienia zakupów w sklepie, tankowania samochodu czy chronienia własnych oszczędności przed walcem inflacji. Martwi oczywiście to, że taka odpowiedź w ogóle pada – wcale nie jest tak, że „im gorzej, tym lepiej” i chyba każdy wolałby żyć w kraju, który idzie w górę, a nie tonie. Martwi jednak jeszcze jedno. Brak pomysłu na to, co zrobić z tym głosem.

Interesy młodych stoją dziś w Polsce w oczywisty sposób w kontrze do interesów starych. Rozwijanie polityk senioralnych, naste emerytury, propaganda pozwalająca czuć się dobrze tym, którzy są na emeryturze, to wszystko dzieje się czyimś kosztem i są to młodzi.

Oczywiście nie dzieje się przez przypadek. Emerycki elektorat jest spory i karny, potrafi się odwdzięczyć przy urnie. Młodzi wyborcy niekoniecznie. Brak jest też jednoznacznej oferty dla nich. Młodzi ludzie są bardziej liberalni niż ich dziadkowie, nie tylko w kwestiach światopoglądowych, ale też gospodarczych, a przestrzeń w Polsce na partię nie socjalliberalną, konserwatywno-liberalną, ale właśnie „liberalno-liberalną” jest niezagospodarowana. Taka partia nie byłaby młodzieżowa sama przez się, ale skupiając głosy tych, którym zależy na wolności, mogłaby być atrakcyjną także dla najmłodszych wyborców.

To jest jednak tylko jeden z aspektów polskiej mapy wyborczej, powiedziałbym, że bardziej ulotny, choć w krótkim i średnim okresie czasu ważny. Jeżeli Polska ma zakończyć dyktat tych, na których trzeba pracować i pozwolić decydować tym, którzy pracują, to głos młodych, ludzi, którzy na rynku pracy spędzą z nas wszystkich najwięcej czasu, będzie niezbędny i trzeba o niego walczyć. Ale pod tym problemem jest jeszcze jeden. Rozpadający się rdzeń naszego kodu kulturowego, narzędzia pozwalającego na skuteczne komunikowanie się pomiędzy pokoleniami.

Nie chodzi o narzekanie znane od zawsze, obarczanie młodzieży jakąś wydumaną „innością” i dyskredytowanie kolejnych pokoleń przez tych, którzy wszystko wiedzą lepiej, bo mają na przykład 50 lat i w swoim mniemaniu zakumulowali ogromną życiową wiedzę.

Chodzi o to, że każdemu społeczeństwu doskonale będzie służyć wspólny katalog znaczeń i ocena pewnych postaw czy rzeczy. Do odczytania kodu potrzebny jest oczywiście wspólny język oraz takie też doświadczenia i wiedza. Te mają być domyślnie transmitowane przez państwowe instytucje edukacji, ale też publiczne media. Instytucje – molochy, a takimi są państwowe środki przekazu i zbiurokratyzowane polskie ministerstwa, bardzo powoli i nieudolnie reagują na, po pierwsze, ewolucję tego kodu, po drugie, transmisję najważniejszych znaczeń wykuwanych przez Polaków wiekami. Co do pierwszego problemu, nie da się mówić do dzisiejszej młodzieży językiem wręcz przedwojennym, tyle że z dodaniem znaczka @ tu i tam, który u pięćdziesięciolatków uchodzi chyba za jakiś symbol nowoczesności. Kod kulturowy się zmienia, to normalne i trzeba za nim nadążać, tak jak za zmianami w języku – bo tylko wtedy można go współkształtować, będzie on bowiem zawsze wynikiem gry różnych czynników. Na tym polu jest też to, co młodzież niejako zastała, a więc osiągnięcia w budowaniu kodu kulturowego pozostawione przez starsze pokolenia, także te, które już odeszły. Jako libertarianina ale też i patriotę ogromnie martwi mnie rozmienianie tego potencjału na drobne, bo głupotą jest nie uczyć się z doświadczeń przeszłych pokoleń i nie próbować dostosować zakumulowanej wiedzy do dzisiejszych realiów. A do tego właśnie prowadzi obecna siermiężność szkolna, której chyba najlepszym przykładem jest absurd przedmiotu Historia i Teraźniejszość, który odrzuca, a nie zachęca do zgłębiania trudnej historii Polski.

Jak zwykle wolny rynek ratuje zwykłych ludzi i daje im to, czego nie potrafi dostarczyć państwo – instytucja nieodmiennie zajmująca pierwsze miejsce w składaniu obietnic. W tym przypadku jest to zdolność do rozmawiania o ważnych tekstach naszej kultury. Przy okazji Dnia Nauczyciela Sanah wydała serię piosenek – interpretacji wierszy klasyków. Możemy więc posłuchać poezji śpiewanej, w której przewijają się Mickiewicz, Słowacki, Tuwim czy Asnyk. Mogą też to zrobić uczniowie, którzy na lekcjach omawiają tych twórców. Ich nauczyciele już teraz uruchomili na Tik-toku akcję dziękowania Sanah za jej wkład w popularyzację polskiego dziedzictwa. Nie dziękują jej za łatanie zrobionych przez państwo dziur w naszym kodzie kulturowym, choć Sanah właściwie też to robi. Skoro tak, to ja jej za to podziękuję. Jeszcze mocniej podziękują jej ci, którzy kupią jej płyty i bilety na jej występy. Bo Sanah pracuje dla zysku i dlatego jest skuteczna.

Marcin Chmielowski
* autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułKomisja Europejska chce zakazać tirów
Następny artykułParadoks inflacyjny w Polsce. Na czym polega?