Planowany podatek od hurtowego zakupu mieszkań to przykład logiki interwencji. Rządzący mogliby zachęcić dużych zagranicznych inwestorów do działań na innych rynkach niż nieruchomości, do tego jednak potrzebna jest ich rewitalizacja. Powinna się ona zacząć się od likwidacji podatku Belki.

Jeden z brazylijskich parlamentarzystów miał powiedzieć kiedyś, że gdy wchodził do polityki, to myślał, że idzie tam po to, aby czynić dobro. Po krótkim czasie zorientował się, że co najwyżej blokuje większe zło, a i to nie zawsze mu się udaje. Cytat jest niedokładny, pamiętam go z konferencji „Weekend kapitalizmu”, gdzie występował między innymi Jarosław Gowin i powołał się właśnie na te słowa. Jest to niezły otwieracz pozwalający każdemu politykowi bronić się zawsze i wszędzie – ale też dobra obserwacja. Cenna także w przypadku zapowiedzianych przez premiera Mateusza Morawieckiego prac nad podatkiem od zakupu mieszkań.

Skoro już zacząłem odhaczać nazwiska z listy: Hans-Hermann Hoppe, niemiecki filozof  i ekonomista, mógłby twórczo rozwinąć obserwację rodem z brazylijskiej polityki. Hoppe lata temu napisał o tym, że każda państwowa interwencja wymusza kolejną, powodując coś w rodzaju decyzyjnego przymusu. Politycy majstrujący przy gospodarce nie mogą widzieć wszystkich konsekwencji swoich decyzji, więc każda nowa legislacja mająca konsekwencje ekonomiczne oprócz tych przewidywanych ma też te, które ujawniają się dopiero po fakcie. I czasami też po latach. Można to porównać do obracania ściankami w kostce Rubika. Ułożenie koloru na tej ściance, którą w danym momencie widzimy od frontu, nie znaczy, że na pozostałych też będzie tak, jakbyśmy tego chcieli. Polityk, chcąc poradzić sobie z konsekwencjami decyzji, musi układać dalej, wprowadzając kolejne zmiany i kolejne nieprzewidziane konsekwencje.

Tak właśnie było z nałożeniem podatku Belki od zysków kapitałowych. Początkowe 20 proc. od tego, co uda się wypracować na lokatach bankowych, po dwóch latach zamieniono na podatek minimalnie, bo o jeden punkt procentowy niższy, ale za to pobierany też od sprzedaży papierów wartościowych, od dywidend, odsetek od pożyczek, obligacji i funduszy kapitałowych. Oczywiście chodziło o ratowanie budżetu państwa, na który musiały się zrzucić budżety obywateli. W ten sposób każdy, kto chciałby przechytrzyć inflację i ochronić swoje oszczędności albo po prostu zarobić dzięki swoim inwestycjom, miał i ma rzuconą pod nogi dodatkową kłodę. A jako że coś z pieniędzmi warto robić, zamiast patrzenia się na to, jak tracą na wartości, ludzie poszli w nieruchomości, „betonowe złoto”, bo prostu to znali, mieli też zaufanie do czegoś, co widać, co jest materialne. I nie musieli płacić podatku Belki.

Dygresja. Jasne, w innych krajach też zdarzają się takie podatki i to bardzo często wyższe niż u nas. Tyle że Niemcy, Francja, Austria czy Włochy – pierwsze z brzegu przykłady państw, z którymi dzielimy blaski i cienie bycia w Unii Europejskiej i które sporo w Polsce inwestują – bo mają za co – to kraje dobrze ugruntowanego kapitalizmu, gdzie po prostu jest co opodatkowywać, bo tym krajom kapitalizm już dał bogactwo. W Polsce, kraju do niedawna PRL-owskich książeczek mieszkaniowych, które dla wielu ludzi były i będą szczytem przemyślności inwestycyjnej, potrzebujemy innych rozwiązań. Nasz rynek finansowy, jeśli ma być konkurencyjny, musi mieć jakieś przewagi i jedną z nich byłby właśnie brak podatku Belki. Chętniej inwestujący Polacy to też polskie firmy mające szerszy dostęp do kapitału i tak uzbrojone – bardziej konkurencyjne, zdolne do rywalizowania z zagranicznymi podmiotami. Taka mogłaby być konsekwencja likwidacji tej daniny. Koniec dygresji.

Inwestowanie w Polsce to mimo wszystko wciąż atrakcyjna sprawa i widać to choćby po funduszach, które w pakiecie kupują całe osiedla mieszkaniowe. Działają więc dokładnie tak jak Polacy uciekający z mniej przyjaznej i mniej sobie znanej przestrzeni inwestycyjnej do innej. Skoro potrafi to zrobić rodzimy detalista chcący mieć kilka mieszkań przynoszących dochód, które będzie też można kiedyś sprzedać i mieć co dołożyć do emerytury albo dać dzieciom, to potrafią to też ludzie, którzy skończyli London School of Economics i obracają pieniędzmi większymi niż te, które w swojej dyspozycji mają polskie ministerstwa.

Ich działania i decyzje mają jednak swoje konsekwencje, jedną z nich jest rosnąca trudność w wejściu na swoje – a to ma i będzie miało przeróżne konsekwencje, demograficzne, społeczne, kulturowe, nie tylko ekonomiczne. Można więc spróbować wyciąć pierwotną interwencję i zachęcić wszystkich, tak Polaków jak i obcokrajowców, do inwestowania na naszej giełdzie, w akcje naszych spółek, w nasze przeróżne papiery wartościowe. Oczywiście tutaj trzeba by było zrobić więcej, niż tylko ściąć podatek. Niestety, wracam do Hoppego, interwencja już goni swoją poprzedniczkę. A podatek od hurtowego zakupu mieszkań, jeszcze nie wiemy jak dokładnie sformułowany, choć w zamierzeniu będzie miał sensowne uzasadnienie, wywoła nowe zakłócenia. I to pomimo dobrodusznego uzasadnienia, którym będzie zwiększenie dostępności nieruchomości na rynku dla tych, którzy potrzebują czterech ścian na własne potrzeby mieszkaniowe. Problemy nieprzewidzianych konsekwencji pojawią się nawet przy nierealnym przecież założeniu, że szczegóły fiskalnego pomysłu opracują eksperci, którym zależy na dobru obywateli, nie partii.

Oczywiście w 2023 roku w kompetencje rządzących zespolone z ich idealizmem nikt już nie wierzy.

Przyszłość? Nawet bez szklanej kuli mogę powiedzieć, że na pewno znajdzie się ktoś w świecie polityki, kto za pięć czy dziesięć lat powie, że potrzebujemy nowej ustawy, nowego podatku i nowych regulacji. A potem kolejnej. Politycy przecież muszą usprawiedliwiać swoją obecność w naszym życiu.

Marcin Chmielowski
*autor jest wiceprezesem Fundacji Wolności i Przedsiębiorczości

Poprzedni artykułDruzgocący raport NIK. Kto odpowie za taką niegospodarność?
Następny artykułRestauratorzy chcą pomocy od rządu. Chodzi o drastyczne rachunki za gaz