Inflacja jest jednym z najważniejszych wskaźników makroekonomicznych pilnie obserwowanych przez władze monetarne i polityczne. Ważny jest nie tylko jej bieżący poziom, ale także to, jak będzie się kształtowała w kolejnych miesiącach. Kluczowe są również oczekiwania zarówno gospodarstw domowych, jak i przedsiębiorstw dotyczące zmian w zagregowanym poziomie cen.

Jeśli pracownicy najemni spodziewają się, że ceny w najbliższych miesiącach będą rosły, pojawić się może presja na zwiększenie płac. Oczekiwane wyższe ceny towarów i usług wpłyną bowiem negatywnie na wysokość wynagrodzeń realnych, zatem za tę samą pensję będzie można kupić mniej. Aby ten ubytek zrównoważyć, zatrudnieni starać się będą o podwyżki. To zaś uruchomić może mechanizm spirali inflacyjnej. Wyższe ceny prowadzą do wyższych pensji, wyższe pensje przekładają się na wyższe ceny i tak dalej. Zjawisko to jest bardzo niebezpieczne, ponieważ niezwykle trudno nad nim zapanować.

Osoby chociaż trochę interesujące się ekonomią i finansami wiedzą, że za stabilność cen odpowiada instytucja nazywana bankiem centralnym. W Polsce jest to oczywiście Narodowy Bank Polski. Jego działania w pierwszej kolejności mają się koncentrować na zapewnieniu wartości naszej waluty. W związku z tym NBP dąży do tego, aby inflacja w średnim okresie znajdowała się w okolicach ustalanego celu. W naszym kraju został on określony na poziomie 2,5 proc. z dopuszczalnym pasmem odchyleń +/-1 proc.

Kiedy poziom CPI (wskaźnik cen konsumenta) odbiega wyraźnie od tego wyniku, pojawiają się pytania o to, dlaczego tak jest. Pisałem już na fpg24.pl o możliwych przyczynach inflacji. W skrócie przypomnę, że może się on brać z czynników podażowych. Ceny rosną, bo pojawiają się jakieś okoliczności, nazywane szokami, które wpływają na koszty produkcji. Najczęściej ma to związek z drożejącymi surowcami energetycznymi (ropa, gaz) lub energią elektryczną. Na stronę kosztową wpływać mogą także podatki i opłaty publiczne, szczególnie cenotwórczy charakter mają daniny pośrednie i sektorowe. Inną przyczyną wzrostu cen jest skok po stronie popytu. Wtedy firmy nie nadążają z produkcją, co przekłada się na wysokość kwoty, jaką konsument musi zapłacić przy kasie.

Ostatni szybki odczyt inflacji (dla uściślenia warto podkreślić, że mowa w tekście o cenach konsumpcyjnych) wskazał, że w ujęciu rocznym wzrosła ona o 4,8 proc. Nie trzeba być matematycznym geniuszem, żeby się zorientować, iż jest to wynik zarówno powyższej samego celu NBP, jak i nawet dopuszczalnego pasma odchyleń. Wobec tego pojawia się pytanie, czy władze monetarne z Radą Polityki Pieniężnej na czele nie powinny zareagować na tę sytuację. Przypomnijmy, że w związku z pandemią koronawirusa referencyjna stopa procentowa naszego banku centralnego została ścięta niemal do zera. Dzięki temu wyraźnie zmniejszyła się wysokość raty odsetkowej płaconej np. przez posiadaczy kredytów hipotecznych, taniej swoje potrzeby pożyczkowe mógł także finansować skarb państwa. Z drugiej strony realne oprocentowanie lokat jest obecnie ujemne, co zniechęca do oszczędzania, przynajmniej w preferowanej przez wielu Polaków formie, czyli trzymając pieniądze w banku.

Zasadnicze zagadnienie brzmi jednak, jaki jest powód, dla którego ceny w naszym kraju są wyższe niż cel NBP? To o tyle ważna sprawa, że od właściwej odpowiedzi zależy ustalenie, czy i jak należy działać, aby to się zmieniło. W związku z tym, że odczyt GUS za maj, którym dysponujemy, ma charakter wstępny, nie ma tam zbyt wielu szczegółowych informacji dotyczących struktury inflacji w Polsce. Jest jednak pewna wskazówka. Spójrzmy zatem na poniższą tabelę.

Jasno wynika z niej, że najbardziej podrożały paliwa do prywatnych środków transportu. To wzrost o 1/3 w ujęciu rocznym! Ale my chcemy więcej szczegółów. Cofnijmy się zatem do dostępnych już i bardziej szczegółowych danych za kwiecień:

 

Zdaje się, że jesteśmy coraz bliżej znalezienia winowajców zaistniałej sytuacji. Rzućmy uważnie okiem. Już na pierwszy jego rzut widać, że ponad resztę wybija się transport. Wzrost w ujęciu rocznym aż o 16,2 proc. Kluczowe jest to, że jak podaje GUS, o niemal 30 proc. podrożała benzyna i o 40 proc. droższy jest gaz. To oczywiście skutki tego, co dzieje się na światowych rynkach surowcowych (m.in. efekt niskiej bazy wynikający z pandemii i odbicia związanego z powrotem gospodarek do normalnego funkcjonowania), a zatem mówimy o negatywnym szoku podażowym, który ma wyjątkowo mocny cenotwórczy charakter. Ale to nie wszystko. W GUS-owskim systemie wag branych pod uwagę przy konfigurowania referencyjnego koszyka dóbr i usług na drugim miejscu jest użytkowanie mieszkania i nośniki energii (traktowane jako jedna kategoria). Tu mamy z kolei niemal 6-proc. wzrost cen. I pojawia się problem, dlaczego jest on tak znaczny? Kiedy zerkniemy do danych bardziej szczegółowych, zobaczymy, że opłata za wywóz śmieci wzrosła o 27,8 proc. r/r, a ceny energii elektrycznej o 9,5 proc., także w ujęciu rocznym. Wyjaśnieniem są pobierane przez samorządy opłaty związane z wywozem śmieci oraz rosnące ceny energii, których powodem jest polityka klimatyczna UE i powiązany z nią system certyfikatów uprawniających do emisji CO2. Wyraźnie wyższe są także koszty związane z łącznością, ale ich udział w koszyku GUS jest nieznaczny.

Wobec powyższego należy się zastanowić, czy narzędziami polityki pieniężnej można ze wzrostem cen coś zrobić. Wydaje się, że nie bardzo. Jedyne, co NBP może wskórać, to oddziaływać poprzez komunikację na oczekiwania inflacyjne. Te mają charakter adaptacyjny, ludzie przeważnie ekstrapolują na przyszłość wcześniejsze odczyty. Kiedy jednak zostanie im wysłany sygnał, że będą podjęte działania mające zdławić inflację, być może ten mechanizm zostanie przytłumiony, gdyż same oczekiwania staną się bardziej racjonalne niż adaptacyjne. Aby ten przekaz wzmocnić, RPP mogłaby symbolicznie podnieść stopy, np. o 10 pkt bazowych (0,1 pkt. proc.). Mówił o tym m.in. gość Ekonomicznego Newslettera, doradca prezydenta Zdzisław Sokal. Otwartą sprawą pozostaje to, czy takich ruch wystarczy. Obecnie mamy bowiem do czynienia ze straszeniem inflacją. Niektóre materiały dziennikarskie pokazują, jak to na bazarach podrożał ten czy inny produkt. Ma to wywołać wrażenie, że dzieje się coś niedobrego i nieuchronnego. Nie podaje się jednak wyjaśnień, co za to odpowiada, i że polityka pieniężna nie ma z tym zbyt wiele wspólnego.