Próbuję znaleźć analogię do tego, co Unia Europejska chce zrobić z motoryzacją, ale nie jestem w stanie. Nie było chyba w historii cywilizacji zachodniej podobnej sytuacji.

Fot. PAP/Artur Reszko

Oto organ o wątpliwej legitymacji – Komisja Europejska – wysuwa propozycję, której rdzeniem jest zmuszenie blisko 400 mln ludzi do dokonania nieracjonalnego wyboru. Ludzie tę propozycję tworzący wiedzą doskonale, że bez przymusu nic z tego nie będzie. Gdyby to, co chcą ludziom wmusić, było tak doskonałe jak twierdzą, przymus nie byłby potrzebny. Ludzie wybieraliby ten produkt sami z siebie. Kolejny organ – Parlament Europejski – tę decyzję z lekka zmienia i zatwierdza. Brakuje już tylko trzeciego składnika – zgody Rady UE.

Oderwane od realiów i rzeczywistości gremia, w imię niejawnych interesów oraz jawnej ideologii brutalnie gwałcą rynkowe zasady, wymuszając na obywatelach państw UE porzucenie jednego z najgenialniejszych wynalazków ludzkości: pojazdu spalinowego. Jego miejsce ma zająć technologia niedojrzała, wciąż niepraktyczna, ustępująca pod wieloma względami dotychczasowej, a być może będąca ślepą uliczką, bo jest przecież jeszcze technologia wodorowa.

Nie będę tu szczegółowo pisał o wadach samochodów na baterię. Wszyscy, którzy mają pojęcie o temacie i nie pozwolili wyprać sobie mózgów, doskonale o nich wiedzą. Gdy spojrzeć na sprawę z większego dystansu, widać natomiast bardziej generalne prawidłowości.

Po pierwsze – samochód spalinowy, także hybrydowy (te również mają zniknąć od 2035 r. jako mimo wszystko emitujące spaliny), daje znacznie większą swobodę niż bateryjny. Jest to związane z dwiema cechami aut na baterię, które decydują wciąż o ich podrzędności: czasem ładowania w porównaniu z czasem tankowania oraz liczbą punktów ładowania w zestawieniu z liczbą stacji i z zasięgiem. Wbrew temu, co próbują opowiadać zwolennicy aut na prąd, nie nastąpił w tej sprawie żaden przełom technologiczny właściwie od dekad. Owszem, zmieniły się materiały, z których są zbudowane akumulatory, wzrosła ich trwałość, pojemność, skrócił się czas ładowania (to ostatnie jednak wymaga coraz większych mocy ładowarek, a tu z kolei pojawia się problem infrastruktury energetycznej i zapasu mocy) – ale nie ma tu przełomu ani rewolucji, są tylko niewielkie postępy niezmieniające ogólnego stanu rzeczy. Wciąż auto elektryczne jest bardzo, ale to bardzo daleko od tego, co zapewnia współczesny przeciętny samochód spalinowy: tankowanie trwające 5 minut i 600-800 km zasięgu. I to niezależnie od warunków na drodze, od których z kolei elektryk jest ogromnie uzależniony. Zmuszenie ludzi do przesiadania się do aut na baterię to po prostu cofnięcie nas w rozwoju i zabicie motoryzacji.

Zauważyć też trzeba, że dostarczanie paliwa na stację jest bez porównania łatwiejsze niż rozbudowanie infrastruktury ładowania i zapewnienie do niej prądu tak, aby dało się stale używać choćby jednej czwartej tej liczby aut spalinowych, które dziś jeżdżą po polskich drogach (niespełna 29 mln). Wiedzą to doskonale eksperci od energetyki, choć jakoś niezbyt chętnie dzielą się tą świadomością publicznie.

Po drugie – śmiechu warte są szacunki takich lobbingowych organizacji jak Transport & Environment, przewidujących, że w ciągu kilku lat zrównają się ceny aut na baterię i spalinowych. Owszem – tak się może stać, ale przecież nie z powodów rynkowych, tylko ze względu na restrykcje finansowe nakładane na samochody spalinowe i dotacje, którymi zasilane są auta na baterię. Cały proces kasowania tradycyjnej motoryzacji jest bowiem sztuczny i wymuszany przez urzędników. Gdyby decyzję pozostawić ludziom, samochody spalinowe nie tylko trwałyby jeszcze długo, ale zapewne ciekawe i nowe kierunki przybrałby rozwój silników spalinowych. Elektryki zaś byłyby nadal zaporowo drogie – co w warunkach wolnego rynku zdecydowałoby o ich niszowości. Póki również to – poza zasięgiem i czasem ładowania – by się nie zmieniło, nie miałyby szans konkurować z autami spalinowymi.

Po trzecie – to, co się dzieje, w zestawieniu z innymi tendencjami (ekonomia wynajmu, windowanie kosztów posiadania – nie tylko samochodu, odzwyczajanie ludzi od własności) każe widzieć w decyzjach unijnych organów realizację pewnego strategicznego planu. Nie jakiegoś spisku, ale właśnie planu, który zresztą nie jest nawet szczególnie ukrywany i można go odnaleźć choćby w mniej popularnych i mniej chętnie relacjonowanych wystąpieniach uczestników szczytu takiego jak forum w Davos. Zapewne ogromna część uczestniczących w tym planie osób robi to z przekonaniem, że walczą bohatersko o uratowanie naszej planety – choć przecież nie pojawiło się żadne wyliczenie pokazujące, jaki konkretnie wpływ ma mieć rezygnacja z aut spalinowych na zmiany klimatu. Są jednak tacy, którzy doskonale rozumieją, że gra toczy się o przemeblowanie społeczeństw Europy, także w głowach, a klimat jest tu tylko pretekstem.

Słowem kluczem jest w tym wypadku podmiotowość. Własność tworzy podmiotowość. Poza nieruchomością dla większości ludzi najbardziej wartościową rzeczą posiadaną na własność jest samochód. Co więcej, ma on nad domem czy mieszkaniem tę przewagę, że choć wart jest zwykle mniej, to jednak daje wolność przemieszczania się, a to z kolei buduje ogólne poczucie swobody. Wszystko to są imponderabilia – czynniki trudne do wymierzenia, ale niezwykle psychologicznie ważne. Odbierz ludziom własność i wolność poruszania się, a odbierzesz im poczucie własnej podmiotowości i sprawisz, że staną się posłuszniejsi, mniej skłonni do buntu czy kombinowania. Nie rób tego skokowo, agresywnie, jak dawniejsze autorytarne reżimy, ale stopniowo i pod szlachetnym pretekstem, a ludzie nawet nie spostrzegą, że coś im odebrałeś.

Czy pozwolimy, żeby tak z nami grano?

Łukasz Warzecha

Poprzedni artykułGaz wydzielany przez krowy będzie opodatkowany!
Następny artykułNowe zasady stanowienia płacy minimalnej w Unii. Jak poradzą sobie polskie MŚP?