Przez dekady interpretacja fundamentów ustrojowych, na jakich budowano integrację europejską, była oczywista. Teraz jednak ten paradygmat zmienił się o 180 stopni i zaczyna się ją rozumieć opacznie. Rozpocznijmy więc uczciwą dyskusję o bilansie naszego członkostwa w Unii, odczarujmy mit tej organizacji jako dobrodziejki dającej nam coś za darmo.

Fot. Pixabay

Debata i wymiana poglądów ma sens wtedy, kiedy dyskutanci tak samo rozumieją pojęcia, które są przedmiotem owej debaty. Trudno sobie bowiem wyobrazić konstruktywną wymianę myśli w sytuacji, w której takiego zrozumienia nie ma. Ma ona charakter jałowy i często bezprzedmiotowy. Czasami jeden z rozmówców wykazuje się złą wolą i celowo opacznie przedstawia pogląd drugiej strony, tak aby jej stanowisko przedstawić w krzywym zwierciadle. Mam wrażenie, że z taką sytuacją mamy do czynienia w Polsce w kontekście integracji europejskiej.

Co do zasady mało kto jest przeciwnikiem integracji jako takiej. Zdecydowana większość Polaków i praktycznie wszystkie, z małymi wyjątkami, środowiska polityczne w naszym kraju są za. Pytanie jednak, dokładnie za czym są, kiedy mówią, że popierają integrację europejską, co tak naprawdę to pojęcie oznacza konkretnie dla nich? Bo wydaje się, że przez różne strony sporu politycznego w Polsce jest ono rozumiane odmiennie. I tak np. ośrodki skupione wokół tzw. totalnej opozycji zdają się pojmować integrację europejską w sposób niezwykle szeroki. To znaczy, że nie odnosi się ona wyłącznie, czy nawet głównie do spraw gospodarczych. Jej zakres jest znacznie obszerniejszy i wchodzi w kluczowe dla państw narodowych kompetencje, takie jak ochrona życia, wymiar sprawiedliwości czy prawo rodzinne. Dotąd te kwestie były domeną poszczególnych członków Unii, to one we własnym zakresie ustalały regulacje w tych obszarach, i przez lata nikt tego nie negował. Ale od pewnego momentu to zaczęło się zmieniać. Od co najmniej kilku lat przekonuje się polskie społeczeństwo, że wchodząc do Unii Europejskiej, także w tych sprawach zgodziliśmy się na władztwo Brukseli. To, że nie wynika to wprost z traktatów, nie ma znaczenia, zawsze bowiem można ten czy inny przepis „twórczo” zinterpretować. Szczególnie, że artykuły prawa pierwotnego UE są pojemne i zasadniczo jest jedynie kwestią wyobraźni, aby rozumieć je tak lub inaczej.

Przez dekady interpretacja fundamentów ustrojowych, na jakich budowano integrację, była jednak oczywista. W sprawach, w jakich Wspólnota nie otrzymała wyraźnie kompetencji, decydują państwa narodowe. Było to zupełnie jasne i w takim duchu czytano traktaty. Teraz jednak ten paradygmat zmienił się o 180 stopni. Unia może tyle, ile sama uzna za stosowane, nie liczą się prawne podstawy, decyduje wola silniejszych wobec słabszych. Dajemy pieniądze, więc decydujemy – zdaje się brzmieć kluczowy argument w tej dyskusji. Jest on szczególnie ochoczo podnoszony wobec państw naszego regionu, które przez lata wpędzano w kompleksy i stawiano w pozycji żebraka. Ten swoisty protekcjonizm, z jakim traktowano m.in. Polskę, nie miał jednak podstaw w rzeczywistości. Nie, nikt nam nie robił łaski, przekazując unijne fundusze. I rację mają ci politycy, którzy mówią, że bilans korzyści i kosztów to coś więcej niż przepływy finansowe netto między Warszawą a Brukselą. Aby jednak zyskać posłuszeństwo i zmusić do uległości, chętnie wskazywano na te kwoty, mówiąc „tyle od nas dostaliście i jeszcze chcecie mieć własne zdanie?”. Tak to obecnie wygląda w kontekście sporu o tak zwaną praworządność. Dla zmyłki tak właśnie nazwano pakiet kompetencji, jakie mają być przetransferowane z państw członkowskich do unijnej centrali. Język odgrywa tutaj kluczową rolę, nikt przecież nie powie, że chodzi o suwerenność za kasę, ale praworządność, to co innego. Bo kto nie chciałby być praworządny? Tylko zbir jakiś lub bandyta.

Co w takiej sytuacji zrobić? Uważam, że trzeba wrócić do korzeni. Nie nazwać integracją czegoś, co nią nie jest. Przynajmniej nie tą, na jaką godzili się Polacy w referendum w 2003 roku. To nie jest ta integracja, to federalizacja w czystej postaci i to ze zdecydowanie większą rolą metropolii niż w wielu funkcjonujących federacjach. Pakiet pomocowy to tylko pretekst do zagrabienie kolejnych elementów władztwa, jakie dotąd miały wyłącznie państwa narodowe. Zacznijmy także uczciwą dyskusję o bilansie naszego członkostwa w Unii, odczarujmy mit tej organizacji jako dobrodziejki dającej nam coś za darmo. Potrzebny jest pogłębiony bilans kosztów i korzyści związanych z naszych członkostwem w UE. Bez ideologicznego zacięcia, za to z profesjonalnymi obliczeniami i wnioskami. Ustalmy definicje i dyskutujmy o faktach, tylko tyle i aż tyle.