W 2003 r. zarówno zwolennicy, jak i przeciwnicy wstąpienia Polski do Unii Europejskiej prześcigali się w prognozach, kreśląc czekające nas scenariusze. Co z tych przewidywań się sprawdziło, a co nie?

To już ponad 18 lat od momentu wstąpienia Polski do Unii Europejskiej, co nastąpiło 1 maja 2004 r. Sprawa rozstrzygała się natomiast nieco wcześniej – w referendum akcesyjnym, które odbyło się w dniach 7–8 czerwca 2003 r. Wtedy narracja rządowa była jednoznaczna – przedstawiano wyłącznie plusy przyłączenia Polski do Wspólnoty, przemilczano minusy. Jedynie niewielkie środowiska skrajnie lewicowe oraz szczerze wolnościowe próbowały pokazać ludziom także ciemną stronę integracji.

Suwerenność

Jednym z argumentów przeciwko wejściu Polski do Unii Europejskiej była utrata suwerenności. W jednej z ulotek pisano, że „w UE tracimy naszą suwerenność, gdyż w Unii ma miejsce nadrzędność prawa unijnego nad prawem państwowym, nawet rangi konstytucyjnej” i że grożą nam sankcje pieniężne. Zwrócono też uwagę, że w UE decyzje podejmowane są większością głosów, a Polska miałaby tylko 7 proc. głosów, więc łatwo może zostać przegłosowana.

Te obawy w dużej mierze się sprawdziły. Polska nie tylko nie może prowadzić własnej polityki energetycznej, rolnej, środowiskowej, czy w wielu aspektach fiskalnej, ale Bruksela wtrąca się nawet w obszary, o których nie mówią traktaty, jak na przykład sądownictwo, które teoretycznie jest kompetencją wyłącznie kraju członkowskiego. W efekcie praktyka pokazuje, że to Unia decyduje, które kopalnie i elektrownie w Polsce należy zamknąć (vide Turów), kiedy nie wolno łowić w Bałtyku dorsza, że nie należy wycinać chorych drzew w Puszczy Białowieskiej, ale nawet nie podoba jej się system wyboru sędziów w Sądzie Najwyższym czy Trybunale Konstytucyjnym.

Pojawiła się walka eurokratów z polskim rządem PiS, najpierw pod pretekstem ochrony demokracji, a teraz pod pretekstem łamania praworządności. Ostatecznie wprowadzono mechanizm warunkowości, który umożliwia Brukseli odbieranie krajom członkowskim unijnych funduszy.

Zgadza się również to, że grożą nam sankcje finansowe – Trybunał Sprawiedliwości UE nałożył kary na Polskę ws. kopalni Turów i Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego, a wkrótce mogą zostać nałożone kolejne – np. za niewdrożenie przez Polskę unijnej dyrektywy dotyczącej oczyszczania ścieków komunalnych. Ta akurat sprawa może nas kosztować aż 6 mld euro.

Superpaństwo?

W ulotkach przedreferendalnych przestrzegano, że Unia Europejska oznacza tworzenie jednego państwa europejskiego przez likwidację dotychczasowych państw narodowych. Superpaństwo miałoby być zdominowane przez Niemcy.

Rzeczywiście widać wyraźnie, że kolejne kroki Brukseli idą w tym kierunku. Po nieudanym projekcie europejskiej konstytucji, która została odrzucona w referendach we Francji i Holandii (wypadek przy pracy?), wróciła ona w postaci traktatu lizbońskiego. Traktat ten przyznał Unii Europejskiej osobowość prawną, poszerzono kompetencje Unii w zakresie wspólnej polityki zagranicznej i bezpieczeństwa, w tym utworzono unijną służbę dyplomatyczną (Europejska Służba Działań Zewnętrznych). Unia zyskała też prezydenta w postaci przewodniczącego Rady Europejskiej.

Jednak co najistotniejsze, w wyniku wprowadzenia traktatu lizbońskiego więcej decyzji jest podejmowanych w trybie większościowym. Tym samym każde państwo może zostać przegłosowane i zmuszone do przyjęcia regulacji niezgodnych z jego własnym interesem. Ostatnio natomiast Ursula von der Leyen, przewodnicząca Komisji Europejskiej, zaproponowała takie zmiany traktatów europejskich, by zrezygnować z zasady jednomyślności w głosowaniach dotyczących kluczowych kwestii w Radzie UE.

Co więcej, pod pretekstem odbudowy Unii po lockdownach, w ramach Funduszu Odbudowy Bruksela narzuca krajom członkowskim unijne podatki, które będą szły bezpośrednio do unijnego budżetu, z pominięciem państw członkowskich, oraz uwspólnotowienie długów. W szczególności nakładanie podatków jest typowym atrybutem państwa, a nie organizacji międzynarodowej, za jaką niektórzy chcą uważać UE. Coraz częściej mówi się także o budowie europejskiego wojska, co byłoby przypieczętowaniem unijnej państwowości. To, że procesy te są na rękę Niemcom, które za pomocą narzędzia o nazwie Unia Europejska zarządzają Europą, nie trzeba tłumaczyć.

Wielką obawą przed wstąpieniem do Unii Europejskiej była kwestia wykupienia polskich ziem (szczególnie na zachodzie i północy kraju) głównie przez Niemców. Były oczywiście takie przypadki, ale nie przyjęło to jakiejś wielkiej skali. Nie notujemy też wielkiego procesu osiedlania się Niemców w Polsce. Z tzw. Ziem Odzyskanych jak na razie nie wypędzono milionów Polaków, aby zrobić miejsce Niemcom posiadającym przedwojenne tytuły własności, co w 2003 r. sugerowały niektóre środowiska, pisząc o tym w swoich ulotkach.

Zyski i straty gospodarcze

Euroentuzjaści głosili, że Unia Europejska przyniesie nam niespotykany wzrost dobrobytu, że za 10–15 lat będziemy tak bogaci jak mieszkańcy Europy Zachodniej, a może nawet jak Niemcy. Eurosceptycy z kolei uważali, że członkostwo w Unii spowoduje wzrost bezrobocia i biedy oraz że dojdzie do likwidacji polskiej przedsiębiorczości i przemysłu.

Przewidywania zarówno jednych, jak i drugich w większości się nie sprawdziły. Kiedy wstępowaliśmy do Unii, bezrobocie sięgało ok. 20 proc., a teraz wynosi ok. 5–6 proc. Wydaje się, że bieda również jest mniejsza. Według GUS w 2003 r. PKB na osobę w Polsce wynosił połowę, podczas gdy w 2021 r. – już 77 proc. średniej unijnej. To dość znaczny postęp, jednak w dogonieniu poziomu życia Niemców niewiele się zmieniło: w 2021 r. eksperci WEI przewidywali, że Polska może dogonić ten kraj już za… 34 lata.

Co więcej, pytanie zasadnicze brzmi, czy poza Unią tempo bogacenia się Polaków nie byłoby większe? Otóż w ciągu 8 lat przed wejściem do UE polski PKB rósł w średniorocznym tempie 4,6 proc., podczas gdy w ciągu 17 lat członkostwa – średnioroczny wzrost wyniósł 3,8 proc. Z kolei wzrost płac netto w ciągu 10 lat przed członkostwem był w Polsce ponad dwa razy szybszy niż w ciągu pierwszych 10 lat po akcesji.

Przewidywania dotyczące likwidacji polskiej przedsiębiorczości i przemysłu również się nie sprawdziły. Udział wartości dodanej przemysłu w PKB przed wejściem do UE i teraz jest mniej więcej na podobnym poziomie – ok. 22 proc. Należy jednak zaznaczyć, że w rezultacie ogromnych inwestycji zagranicznych, głównie z państw UE, przemysł w Polsce w znacznej mierze nie jest polski. To koncerny zagraniczne, a nie polskie, czerpią lwią część zysków z „naszego” eksportu.

Obawiano się też, że „obowiązek wprowadzenia norm unijnych doprowadzi do upadku kolejne polskie przedsiębiorstwa, bowiem wprowadzenie tych norm jest bardzo kosztowne i niewiele podmiotów będzie na to stać”. Rzeczywiście wiele firm musiało podjąć wielki wysiłek finansowy, by sprostać unijnym regulacjom, ale nie mieliśmy do czynienia z masowymi bankructwami (choć wiele zakładów wyprzedano czy też pozamykano, jak np. huty, kopalnie czy koksownie). Ulotka tygodnika „Racja Polska” ostrzegała przed „upadkiem wielu małych polskich rodzinnych firm, szczególnie w handlu”, co generalnie sprawdziło się – handel został przejęty przez duże koncerny z Niemiec, Francji, Danii czy Portugalii. Należy natomiast przyznać, że choć niektóre gałęzie gospodarki zostały zredukowane, to inne – dzięki wspólnemu unijnemu rynkowi – nadspodziewanie się rozwinęły, jak np. transport międzynarodowy, przemysł spożywczy czy produkcja i eksport mebli.

Czyj dobrobyt?

Premier Leszek Miller zachęcał do głosowania za wstąpieniem do UE, argumentując, że Polacy będą mogli pracować na Zachodzie. Krótko mówiąc, uważał, że członkostwo jest dla Polaków dobre, bo ci będą mogli budować… dobrobyt państw Zachodu.

To się niestety całkowicie spełniło. Z Polski wyjechało ok. 2,5 mln, głównie młodych i przedsiębiorczych Polaków, którzy pracowali i pracują w innych państwach, w ten sposób rozwijając gospodarki tych krajów, a nie polskiej. „Nie po to urodziliśmy się tutaj, aby wyjeżdżać, pozostawiać rodziców, przyjaciół i znajomych. Nadzieją dla młodych nie może być przymusowa zsyłka do UE, ale rozwój i praca w ich rodzinnym kraju” – słusznie zauważała w ówczesnej ulotce Liga Polskich Rodzin.

Sprawdziły się przewidywania polityków Unii Polityki Realnej, że Unia Europejska to nie wolny rynek, ale etatyzm. W miarę krzepnięcia struktury urzędniczej i z biegiem lat ingerencja Brukseli w procesy gospodarcze jest coraz większa. Zalewają nas tony niepotrzebnych regulacji, które Polska musi wdrażać. W 2019 r. unijne służby medialne poinformowały mnie, że obowiązuje 1293 dyrektyw, 6671 regulacji i 717 aktów delegowanych. Niejednokrotnie są to przepisy całkowicie sprzeczne z polską racją stanu. Wielką inżynierią społeczno-gospodarczą jest Europejski Zielony Ład, zarówno jeśli chodzi o energetykę, jak i rolnictwo.

Ulotka Ruchu Katolicko-Narodowego z czasów referendum przewidywała m.in. podwyżki cen produktów codziennego użytku, w tym cukru, chleba, energii elektrycznej, leków, maszyn rolniczych, materiałów budowlanych, papierosów. To się właściwie w całości sprawdziło. Wzrost cen cukru związany był z polityką rolną i limitami produkcji. Wzrost cen materiałów budowlanych i maszyn rolniczych wynikał z nakazanego przez UE podniesienia VAT-u na te produkty do wyższej stawki podstawowej. Wzrost cen energii elektrycznej to przede wszystkim efekt unijnej polityki energetyczno-klimatycznej. Do tego należałoby natomiast dodać choćby wzrost cen paliw, za które w dużej mierze odpowiada Unia, która ustaliła minimalną akcyzę na te produkty (tak jak w przypadku papierosów).

Kwestie moralne

Za członkostwem w UE opowiedział się również Kościół katolicki. Hierarchowie twierdzili, że w ten sposób Polska przywróci religię i wiarę Europie Zachodniej. Stało się dokładnie odwrotnie. Polska nikomu wiary nie przywróciła, a w dodatku w naszym kraju nastąpił szybki proces odchodzenia ludzi od religii i Kościoła. Tu widać ewidentny wpływ Unii na Polskę, a nie odwrotnie. Sprawdziło się to, co pisały środowiska konserwatywne, że dojdzie do „osłabienia polskiej tradycji, kultury i wiary”.

Wbrew postanowieniom traktatów (brak kompetencji) Bruksela próbuje pokątnie forsować swoją obyczajową agendę: kulturę śmierci – aborcję i eutanazję, promuje dewiacje seksualne czy uznanie małżeństw homoseksualistów i ich praw do adoptowania dzieci. Np. w 2015 r. Komisja Europejska przyjęła listę działań odnośnie postępu w zakresie równości LGBTI. Są tam postulaty, których realizacja może naruszać porządki konstytucyjne państw członkowskich, jak narzucenie siłą nakazu legalizacji małżeństw homoseksualnych. Tak więc przedreferendalne przewidywania dotyczące tego typu żądań i nacisków sprawdziły się w całkowicie.

Poprzedni artykułMiesięcznik FPG – #6/2022
Następny artykułPorozumienie sześciu europejskich krajów – w tym Polski – w sprawie bezpieczeństwa energetycznego