Polska modernizacja miała swoje wady, ale przynajmniej w ogóle jakaś była. Jej symbolem może być podróż pociągiem Pendolino, pokazująca aspiracje i podkreślającym ograniczone możliwości. Coraz wyraźniej jednak widać, że przesiedliśmy się do tramwaju, w którym obowiązuje reguła ustępowania miejsca starszym. Trudno się dziwić, że młodsi nie chcą takiej podróży.

Nie pamiętam, kiedy jechałem do Warszawy w celach innych niż zawodowe. Co prawda lubię podróże pociągiem, ale podchodzę do nich bez zbędnego znawstwa. Nie jestem popularnym „mikolem”, czyli miłośnikiem kolei. W podróżach po szynach interesują mnie przede wszystkim takie przyziemne okoliczności jak cena, ewentualne opóźnienia, siatka połączeń i czas podróży. Znajomość tych faktów pozwala mi czuć się dobrze poinformowanym. Resztę logistyki i inżynierii zostawiam lepiej poinformowanym od siebie.

Wcale nie tak dawno temu podróż pociągiem Pendolino na trasie Kraków – Warszawa, a więc najczęściej przeze mnie wybieranej trasie, oznaczała dwie godziny dziewiętnaście minut. Ten czas zdążył się już jednak wydłużyć. W ramach multiplikowania moich wrażeń w tej samej co dawniej cenie mogę cieszyć się podróżą kilkanaście minut dłużej. To niewielka różnica. Tyle że czas podróży wraz z wdrożeniami kolejnych etapów inwestycji w torowisko i infrastrukturę miał się skracać. Zamiast tego nawet nie stoimy w miejscu, lekko się cofamy. Najszybszy polski pociąg zwalnia, a nie przyśpiesza.

I nie jest to tragedia, bo w Polsce są większe problemy – całe ich mnóstwo. Jest to też jednak symbol.

Pendolino jako narzędzie pracy nie jest potrzebne każdemu. Łączenie dwóch największych w Polsce miast szybką koleją to nie jest inwestycja, której bezpośrednie owoce będą namacalne dla wszystkich. Są zresztą tańsze połączenia, wolniejsze, ale przecież też dojeżdżające do tych samych punktów na mapie. Tak naprawdę nawet nie chodzi o Pendolino, ale o skojarzenia, jakim ono obrosło.

Dobrze pamiętam wprowadzenie tego pociągu na polskie tory. Poprzedni rząd naprawdę dbał o to, aby zrobić z tego bądź co bądź przyziemnego wydarzenia epokowy skok w kierunku wielkich prędkości. Pendolino trochę przypomina mi transformację na miarę naszych możliwości. Robioną przy udziale zagranicznego know-how, ograniczoną do największych miast pogonią za wizją dostatniego zachodu, do którego równanie, niestety, często bez zrozumienia fenomenalnie ważnych idei liberalnych stojących za dawniejszym sukcesem tamtych społeczeństw, było czymś w rodzaju wskazania kompasu. Jasne, był to pościg niedoskonały, zbyt mało refleksyjny, miejscami śmieszny przez swoje kompleksy, ale jednak był. To wtedy, dzięki konsensusowi prawie wszystkich sił politycznych, udawało się bardzo wiele. Z perspektywy globalnej jesteśmy już krajem zamożnym. To jest sukces, po którym miały przyjść kolejne. Sukces dyskusyjny, bo przynajmniej dla mnie, libertarianina, za mały. Nie tylko ja zresztą na tamte zakusy, zdobywanie szczytów ekonomicznej i społecznej stratosfery, patrzyłem krytycznie. W cały czas zbytnio rozbudowanej biurokracji, nieprzejrzystości, tym, mówiąc Ziemkiewiczem, kisielu na styku biznesu, polityki i biurokracji, widziałem odkręcone butle, z których uciekał drogocenny przy takim ataku tlen, wolność gospodarcza i prosta reguła, że co nie jest zakazane, jest dozwolone.

Ale Pendolino zaczęło zwalniać i nawet jeśli sam pociąg faktycznie przyśpieszy, to symbolicznie już parę lat temu przesiedliśmy się do tramwaju. Do którego nie mam awersji, tramwajem też jeżdżę do pracy. Centrum Krakowa ma zresztą to do siebie, że taka podróż, właśnie tym transportem, jest zwyczajnie najbardziej sensowna. Ponownie chodzi nie o wehikuł, ale o pewien symbol. O ustępowanie pierwszeństwa. Zrezygnowaliśmy z naszej niedoskonałej, ale jednak modernizacji na rzecz ustąpienia pierwszeństwa starszym. Wartość złotówki spada, opodatkowanie pracy rośnie, zupełnie jak zadłużenie Polski, wiek emerytalny jest zbyt niski, aby w ogóle można było pomyśleć o czymś, do czego i tak potrzeba by było cudu – spięcia się ZUS-u. Emerytów już teraz jest siedem milionów. Pięćdziesiąt siedem procent Polaków po sześćdziesiątce uważa, że po 2015 roku w kraju nastąpiła zmiana na lepsze. Takiego samego zdania jest tylko piętnaście procent Polaków w wieku od osiemnastu do dwudziestu dziewięciu lat.

Podobno trzeba ustąpić miejsca starszym dlatego, że są słabsi. Słabsi okazali się jednak ludzie z Pendolino, nie starsze panie z tramwaju. Nie najlepiej wykonaną, ale jednak jakąś modernizację wymieniliśmy na przejedzenie marnych nadwyżek. Mobilizacja po stronie ludzi uważających się za pokrzywdzonych i przez to skutecznie używających karty wyborczej jako narzędzia krótkowzrocznej redystrybucji była większa niż w przypadku ludzi, którym te środki są zabierane. Polska to obecnie kraj wymyślony i zbudowany dla starych, taki Disneyland dla ludzi w wieku emerytalnym, w którym to młodzi składają się na kolejne emerytury, rozrywki, odpowiednią polewę ideową, symboliczną, w którym alert RCB służy do tego, aby przypomnieć emerytom, że mogą głosować bez kolejki. Do których nie mam żalu o to, że wykorzystują sytuację na swoją korzyść, bo to po prostu powszechna krótkowzroczność i zrozumiały deficyt umiejętności obywatelskich, których nie bardzo jak było się nauczyć w PRL-u. Żal mam do rządzących. Bo ci powinni wiedzieć, że emerytury, nie tylko trzynaste czy czternaste, zależą od tych, którzy pracują. A bez powrotu na ścieżkę modernizacji, stworzenia dla niej warunków, a nie klimatu przejadania w jesieni życia, pieniędzy nie będzie.

Marcin Chmielowski

Poprzedni artykułNIK wskazuje ryzyka związane z CPK
Następny artykułUboższe kraje nie chciały 100 milionów szczepionek na COVID